dwutygodnik - strona kultury

Kwiecień 2009

01 2009

02 2009

Maj 2009

03 2009

04 2009

05 2009

Czerwiec 2009

06 2009

07 2009

Lipiec 2009

08 2009

09 2009

Sierpień 2009

10 2009

11 2009

Wrzesień 2009

12 2009

Wrzesień 2009

13 2009

Październik 2009

14 2009

15 2009

16 2009

Listopad 2009

17 2009

18 2009

Grudzień 2009

19 2009

Grudzień 2009

20 2009

Styczeń 2010

21 2010

22 2010

Luty 2010

23 2010

24 2010

Marzec 2010

25 2010

26 2010

Kwiecień 2010

27 2010

28 2010

Maj 2010

29 2010

30 2010

31 2010

Czerwiec 2010

32 2010

33 2010

Lipiec 2010

34 2010

35 2010

Sierpień 2010

36 2010

37 2010

Wrzesień 2010

38 2010

39 2010

Październik 2010

40 2010

Październik 2010

41 2010

42 2010

Listopad 2010

43 2010

44 2010

Grudzień 2010

45 2010

46 2010

Styczeń 2011

47 2011

Styczeń 2011

48 2011

Luty 2011

49 2011

50 2011

Marzec 2011

51 2011

52 2011

Kwiecień 2011

53 2011

54 2011

Kwiecień 2011

55 2011

Maj 2011

56 2011

57 2011

Czerwiec 2011

58 2011

59 2011

Lipiec 2011

60 2011

61 2011

Sierpień 2011

62 2011

63 2011

Wrzesień 2011

64 2011

65 2011

Październik 2011

66 2011

67 2011

68 2011

Listopad 2011

69 2011

70 2011

Grudzień 2011

71 2011

72 2011

Styczeń 2012

73 2012

74 2012

Luty 2012

75 2012

Luty 2012

76 2012

Marzec 2012

77 2012

78 2012

79 2012

Kwiecień 2012

80 2012

81 2012

Maj 2012

82 2012

PRZED EUROPEJSKIM KONGRESEM KULTURY:
Moda – wymienna tożsamość

Produkty uboczne Zygmunt Bauman

„Czas istot­nie pły­nie i sztu­ka na tym po­le­ga, by mu do­trzy­mać kro­ku. Je­śli nie chcesz uto­nąć, sur­fuj wy­trwa­le, czy­li zmie­niaj tak czę­sto, jak po­tra­fisz, gardero­bę, meb­le, ta­pe­ty, wy­gląd i zwy­cza­je, a krót­ko mó­wiąc – siebie” – fragment książki „Kultura w płynnej nowoczesności”

­
„O modzie” – jak za­ob­ser­wo­wał Ge­org Sim­mel – „nie moż­na nigdy po­wie­dzieć, że «jest». Mo­da zawsze się sta­je”. W ja­skra­wym prze­ci­wień­stwie do pro­ce­sów fizycz­nych, a w bli­skim powinowac­twie z kon­cep­cją perpetu­um mo­bi­le ewen­tu­al­ność trwa­nia w nie­u­sta­ją­cym ru­chu (czy­li nie­skoń­czo­ne­go wykonywania pra­cy) nie jest w przy­pad­ku mo­dy nie do pomyśle­nia. Co jest tu nato­miast nie do po­my­śle­nia, to przer­wa­nie już roz­po­czę­te­go łań­cu­cha samona­pę­dza­ją­cych się zmian. I rzeczy­wi­ście, naj­bar­dziej zdumiewa­ją­cym as­pek­tem mo­dy jest to, że jej „sta­wa­nie się” nie tra­ci roz­ma­chu w to­ku/wy­ni­ku „wykonywania pra­cy” nad świa­tem, w któ­rym prze­bie­ga. „Sta­wa­nie się” mody nie tyl­ko nie tra­ci ener­gii i roz­pę­du, ale na­bie­ra co­raz wię­ksze­go im­pe­tu i przy­śpie­sze­nia w mia­rę te­go, jak roś­nie za­sięg jej od­dzia­ły­wa­nia i mno­żą się ma­te­rial­ne, na­ma­cal­ne do­wo­dy jej wpły­wów.

Gdy­by mo­da by­ła je­dy­nie po­spo­li­tym pro­ce­sem fi­zycz­nym, by­ła­by mon­stru­al­ną ano­ma­lią gwał­cą­cą pra­wa na­tu­ry. Ale mo­da nie jest zjawi­skiem fi­zy­ki: jest fe­no­me­nem spo­łecz­nym. A ży­cie spo­łecz­ne jest w swej isto­cie urzą­dze­niem zdu­mie­wa­ją­cym: czy­ni wszyst­ko, by unie­waż­nić działanie dru­gie­go pra­wa ter­mo­dy­na­mi­ki, wy­kra­wa­jąc dla sie­bie ni­szę zabezpie­czo­ną przed klą­twą „en­tro­pii”, czy­li „ter­mo­dy­na­micz­nej wiel­ko­ści repre­zen­tu­ją­cej ilość ener­gii w sy­ste­mie, ja­ka nie mo­że być już wy­zy­ska­na dla pra­cy me­cha­nicz­nej”, a któ­ra to wiel­kość „roś­nie w mia­rę te­go, jak ma­te­ria i ener­gia de­gra­do­wa­ne są do sta­nu osta­tecznego sta­gna­cyj­nej jed­no­rod­no­ści”.

W przy­pad­ku mo­dy ów stan uni­formizmu owo­cu­ją­ce­go iner­cją nie jest „stanem osta­tecznym”. Prze­ciw­nie: jest od­da­la­ją­cą się wciąż per­spek­ty­wą. Im wię­cej as­pek­tów ludz­kich po­czy­nań i skład­ni­ków ży­cio­we­go śro­do­wi­ska podda­je się lo­gi­ce mo­dy, tym trud­niej o sta­bi­li­za­cję i za­mro­że­nie jed­nych i dru­gich. To tak, jak­by mo­da by­ła wy­po­sa­żo­na w kla­py bez­pie­czeń­stwa, które otwie­ra­ją się na oścież gru­bo wcześ­niej niż per­spek­ty­wa wy­zby­cia się ener­gii w wy­ni­ku „uni­formizacji” (któ­rej pra­gnie­nie, pa­ra­dok­sal­nie, jest po­noć jed­ną z za­sad­ni­czych ludz­kich po­bu­dek utrzy­mu­ją­cych pro­ces mo­dy w jej nie­u­stan­nym „sta­wa­niu się”) zbli­ży się na ty­le, by za­gro­zić mo­dzie spowolnieniem, nie mó­wiąc już o wy­czer­pa­niu się jej mo­cy ku­sze­nia i uwodze­nia.

Je­śli en­tro­pia jest, by tak rzec, zja­wi­skiem spłasz­cza­ją­cym róż­no­rod­ność zjawisk, mo­da (któ­ra ską­di­nąd, po­wtórz­my, czer­pie swój ani­musz z ludz­kiej nie­chę­ci do od­mien­no­ści i tęsk­no­ty za zni­we­lo­wa­niem róż­nic) mno­ży i potęgu­je po­dzia­ły, zróż­ni­co­wa­nia, nie­rów­no­ści, dy­skry­mi­na­cje i upośledzenia, któ­re obie­ca­ła za­ła­go­dzić, zni­we­lo­wać, a w koń­cu i cał­kiem wy­e­li­mi­no­wać.

Zygmunt Bauman „Kultura w płynnej nowoczesności”,
Agora SA we współpracy z Nina, Warszawa,
144 strony, w księgarniach od maja 2011
Z nie­moż­li­wo­ści w fi­zycz­nym wszech­świe­cie per­pe­tu­um mo­bi­le (pro­ces samo­na­pę­dza­ją­cy się, na­bie­ra­ją­cy ener­gii w mia­rę jej zu­ży­wa­nia) prze­o­bra­ża się w nor­mę, z chwi­lą gdy znaj­dzie się w „świe­cie uspo­łecz­nio­nym”. Jak to moż­li­we? – py­ta Sim­mel. I wy­jaś­nia: dzie­je się tak po­przez kon­fron­ta­cję dwu rów­nie po­tęż­nych i wsze­cho­gar­nia­ją­cych ludz­kich pra­gnień/tęsk­not – nierozłącz­nych wpraw­dzie kom­pa­nów, ale wciąż ze so­bą skłó­co­nych i zapatrzo­nych w prze­ciw­ne kie­run­ki.

Za­po­ży­cza­jąc się raz jesz­cze u fi­zycz­nej ter­mi­no­lo­gii, mo­że­my po­wie­dzieć, że „sta­wa­nie się” mo­dy jest czymś w ro­dza­ju osob­li­we­go wa­ha­dła, w ja­kim kinetycz­na ru­chu jest stop­nio­wo, ale za to w ca­ło­ści, bez naj­mniej­sze­go uszczer­bku, a czę­sto i z nad­wyż­ką, prze­kształ­ca­na w po­ten­cjal­ną ener­gię goto­wą do prze­mia­ny w ener­gię ki­ne­tycz­ną kon­trru­chu. Wa­ha­dła się ko­ły­szą – i gdy­by nie uby­wa­ło im ener­gii z każ­dą zmia­ną kie­run­ku, mog­ły­by się kołysać bez koń­ca.

Owe sprzecz­ne wza­jem­nie pra­gnie­nia/tęsk­no­ty, o któ­rych tu mo­wa, to: tęskno­ta za tym, by się bez­piecz­nie w gru­pie/zbio­ro­wi­sku za­do­mo­wić, i pragnie­nie wy­o­dręb­nie­nia z ma­sy, zin­dy­wi­du­a­li­zo­wa­nia się i na­bra­nia orygi­nal­no­ści; ma­rze­nie o przy­na­leż­no­ści i ma­rze­nie o sa­mo­sta­no­wie­niu; potrze­ba spo­łecz­ne­go opar­cia i żą­dza au­to­no­mii; chęć upo­dob­nie­nia się do innych i dą­że­nie do nie­pow­ta­rzal­no­ści. W osta­tecznym ra­chun­ku wszyst­kie te sprzecz­no­ści spro­wa­dza­ją się do star­cia po­trze­by trzy­ma­nia się za rę­ce, wynikłej z pra­gnie­nia bez­pie­czeń­stwa, oraz po­trze­by oswo­bo­dze­nia rąk, wynikłej z tęsk­no­ty do wol­no­ści. Al­bo, je­śli spoj­rzy­my na ten sam kon­flikt emo­cjo­nal­ny od in­nej stro­ny: lęk przed wy­o­dręb­nie­niem – i strach przed rozma­za­niem włas­nej od­ręb­no­ści. Al­bo przed sa­mot­no­ścią i bra­kiem odosobnie­nia.

Tak jak w wy­pad­ku licz­nych (wię­kszo­ści?) mał­żeństw bez­pieczeń­stwo i wolność nie mo­gą żyć jed­no bez dru­gie­go, ale ży­cie wspól­ne nie­ła­two im przycho­dzi.

Bez­pie­czeń­stwo bez wol­no­ści jest nie­wo­lą, a wol­ność bez bezpieczeństwa na­pa­wa nie­u­le­czal­ną nie­pew­no­ścią i gro­zi ner­wo­wym załama­niem. Je­śli któ­reś z nich po­zba­wić zba­wien­ne­go rów­no­wa­że­nia, kompen­so­wa­nia czy ne­u­tra­li­za­cji przez je­go par­tne­ra (czy ra­czej „al­ter ego”) – za­rów­no bez­pie­czeń­stwo, jak i wol­ność prze­ro­dzą się z go­rą­co po­żą­da­nych war­to­ści w spę­dza­ją­ce sen z po­wiek kosz­ma­ry. Bez­pie­czeń­stwo i wol­ność potrze­bu­ją sie­bie na­wza­jem, ale jed­no­cześ­nie nie mo­gą się znieść. Pra­gną siebie na­wza­jem, a rów­no­cześ­nie są so­bie nie­chęt­ne – choć pro­por­cje tych dwóch prze­ciw­staw­nych uczuć zmie­nia­ją się wraz z czę­stym (na ty­le częstym, że moż­na je na­zwać „ru­ty­no­wym”) od­chy­le­niem od „zło­te­go środka”, za ja­ki ucho­dzi ak­tu­al­nie za­war­ty mię­dzy ni­mi, z re­gu­ły nie na długo, kom­pro­mis.

Pró­by zrów­no­wa­że­nia i po­go­dze­nia obu dą­żeń/war­to­ści oka­zu­ją się z re­gu­ły nie­kom­plet­ne, nie w peł­ni za­do­wa­la­ją­ce, a tak­że na­zbyt chwiej­ne i kru­che, by roz­to­czyć au­rę osta­teczności. Za­wsze znaj­dą się ja­kieś luź­ne nit­ki wymagające za­wią­za­nia, ale za każ­dym po­cią­gnię­ciem gro­żą­ce roz­dar­ciem sub­tel­nie utka­nej sie­ci sto­sun­ków. Z tej przy­czy­ny pró­by po­go­dze­nia ni­gdy nie osią­gną usil­nie po­szu­ki­wa­ne­go, jaw­nie gło­szo­ne­go czy taj­ne­go ce­lu; i z tej­że sa­mej przy­czy­ny nie da się ich za­nie­chać. Współ­ży­cie bez­pie­czeń­stwa z wolno­ścią bę­dzie na­dal peł­ne wrza­wy i wrzą­cych emo­cji. Je­go przy­ro­dzo­na a nie­roz­wią­zal­na am­bi­wa­len­cja czy­ni je nie­wy­czerpal­nym źró­dłem twór­czej ener­gii i ob­se­sji od­mia­ny. To właś­nie pre­de­sty­nu­je je do sta­tu­su „per­pe­tu­um mo­bi­le”.

„Mo­da – mó­wi Sim­mel – jest szcze­gól­ną for­mą ży­cia, któ­ra ma za­pew­nić kom­pro­mis mię­dzy ten­den­cją do spo­łecz­ne­go zrów­na­nia a ten­den­cją do indywi­du­al­nej od­ręb­no­ści”. Ów kom­pro­mis, przy­pom­nij­my, nie mo­że być „sta­nem trwa­łym”, nie moż­na go usta­lić raz na za­wsze: kla­u­zu­la „do odwołania” jest weń wpi­sa­na od po­cząt­ku i za­trzeć się nie da. Ów kom­pro­mis, po­dob­nie mo­dzie ku nie­mu zmie­rza­ją­cej, ni­gdy nie „jest”, lecz za­wsze „sta­je się”. Nie mo­że za­krzep­nąć w bez­ru­chu; wy­ma­ga nie­u­stan­nej re­ne­go­cja­cji. Na­pę­dza­ny im­pul­sem do wy­o­dręb­nie­nia się i ucie­czki z tłu­mu oraz umknię­cia po­go­ni ma­so­wy pęd do te­go, co (obec­nie, w tej oto chwi­li) mod­ne, pro­wa­dzi szyb­ko do upo­wszech­nia­nia, upos­po­li­ce­nia i try­wia­li­za­cji bie­żą­cych odznaczeń wy­róż­nie­nia. Naj­krót­szy mo­ment nie­u­wa­gi czy chwi­lo­we choć­by zwol­nie­nie tem­pa pre­sti­di­gi­ta­cji mo­gą do­pro­wa­dzić do efek­tów przeciwstawnych do za­mie­rzo­nych: do utra­ty in­dy­wi­du­al­no­ści. Dzi­siej­sze ozna­ki „by­cia w czo­łów­ce” trze­ba na­by­wać po­śpiesz­nie, a wczo­raj­sze trze­ba z rów­nym po­śpie­chem eks­pe­dio­wać na wy­sy­pi­sko śmie­ci. Na­kaz pil­no­wa­nia „co już wy­szło z mo­dy” mu­si być prze­strze­ga­ny rów­nie su­mien­nie jak obowią­zek orien­to­wa­nia się w tym, „co no­we i (w tej chwi­li) na to­pie”. Pozycja ży­cio­wa, de­kla­ro­wa­na przez jej po­sia­da­cza czy as­pi­ran­ta, komunikowa­na in­nym i czy­nio­na pu­blicz­nie roz­poz­na­wal­ną za po­mo­cą naby­wa­nia sym­bo­li ko­lej­nych mód, jest okre­śla­na w tym sa­mym stop­niu widocz­no­ścią sym­bo­li, ja­kie właś­nie we­szły w mo­dę, co nie­o­bec­no­ścią tych, któ­re właś­nie z mo­dy wy­szły.

Per­pe­tu­um mo­bi­le mo­dy jest w su­mie wy­so­ce wy­kwa­li­fi­ko­wa­nym, bo­ga­to do­świad­czo­nym i wiel­ce spraw­nym bu­rzy­cie­lem wszel­kie­go za­sto­ju. Mo­da wtrą­ca sty­le ży­cia w stan per­ma­nen­tnej, nie­da­ją­cej się do­pro­wa­dzić do koń­ca re­wo­lu­cji. Ja­ko że zja­wi­sko mo­dy jest in­tym­nie i nie­ro­zer­wal­nie po­wią­za­ne z dwo­ma wiecz­ny­mi i po­wszech­ny­mi atry­bu­ta­mi ludz­kie­go spo­so­bu by­cia-w-świe­cie oraz ich rów­nie nie­u­su­wal­nym kon­flik­tem, je­go wy­stę­po­wa­nie nie ogra­ni­cza się do jed­nej czy kil­ku wy­bra­nych form ży­cia. We wszyst­kich okresach ludz­kiej hi­sto­rii, na wszyst­kich te­re­nach ludz­kie­go za­miesz­ka­nia i we wszyst­kich kul­tu­rach przy­pa­dła mo­dzie ro­la na­czel­ne­go ope­ra­to­ra w prze­ku­wa­niu nie­u­sta­ją­cej zmia­ny w nor­mę ludz­kie­go spo­so­bu by­to­wa­nia. Spo­sób jej ope­ro­wa­nia, po­dob­nie jak i in­sty­tu­cje ob­słu­gu­ją­ce jej ope­ra­cje, ulega­ją wszak­że z bie­giem cza­su prze­o­bra­że­niom. Obec­na po­stać zja­wi­ska mo­dy okre­śla­na jest przez ko­lo­ni­za­cję i eks­plo­a­ta­cję owe­go wiecz­ne­go as­pek­tu ludz­kiej kon­dy­cji przez ryn­ki kon­su­men­ckie.

Mo­da jest jed­nym z głów­nych kół za­ma­cho­wych „po­stę­pu” (czy­li takie­go ro­dza­ju zmia­ny, któ­ry po­mniej­sza i oczer­nia, a więc de­wa­lu­u­je, wszyst­ko to, co po­zo­sta­wia za so­bą i za­stę­pu­je czymś no­wym).
Ale w ostrej opo­zy­cji do wcześ­niej­szych użyt­ków te­go po­ję­cia sło­wo „po­stęp”, je­śli się dziś w ko­mer­cjal­nych por­ta­lach in­ter­ne­to­wych po­ja­wia, ko­ja­rzy się nie ty­le z na­dzie­ją ra­tun­ku przed za­gro­że­niem, ile z za­gro­że­niem, przed którym trze­ba się ra­to­wać; nie wy­zna­cza ono ce­lu wy­sił­ku, lecz tłu­ma­czy, dla­cze­go ko­niecz­ne jest je­go pod­ję­cie. W dzi­siej­szym uży­ciu te­go po­ję­cia „postęp” to prze­de wszyst­kim pro­ces nie do za­trzy­ma­nia, do­ko­nu­ją­cy się nieza­leż­nie od na­szej wo­li i obo­jęt­ny na nasz doń sto­su­nek – pro­ces, któ­re­go nie­po­ha­mo­wa­na a prze­moż­na pre­sja żą­da po­tul­ne­go mu się pod­da­nia na zasa­dzie „ja­ko że nie mo­żesz ich po­bić, to się do nich przy­łącz”. „Po­stęp”  to we­dle wpa­ja­nych przez ryn­ki kon­sum­pcyj­ne prze­ko­nań śmier­tel­ne za­gro­że­nie dla le­ni­wych, nie­prze­zor­nych i gnuś­nych. Im­pe­ra­tyw „włą­cze­nia się do postępu” czy „pój­ścia z po­stę­pem” in­spi­ro­wa­ny jest przez żą­dzę ucie­czki przed wid­mem oso­bi­stej ka­ta­stro­fy spo­wo­do­wa­nej po­na­do­so­bo­wy­mi, spo­łecz­ny­mi czyn­ni­ka­mi, któ­rych od­dech czu­je się wciąż na kar­ku. Ni­by cał­kiem jak w przy­pad­ku „ucie­czki w przy­szłość” Anio­ła Hi­sto­rii z ob­ra­zu Pa­u­la Klee opatrzo­ne­go ko­men­ta­rzem Wal­te­ra Ben­ja­mi­na: anio­ła od­wró­co­ne­go ple­ca­mi do przy­szło­ści, w któ­rą pcha go wstręt prze­ży­wa­ny na wi­dok roz­kła­da­ją­cych się i cuch­ną­cych po­zo­sta­ło­ści po po­przed­nich ucie­czkach... Ty­le że, by sparafra­zo­wać Mar­ksa, epic­ką tra­ge­dię Anio­ła Hi­sto­rii ste­ro­wa­na przez ryn­ki mo­da wy­sta­wia na mo­dłę ka­me­ral­nej gro­te­ski.

Po­stęp, krót­ko mó­wiąc, prze­niósł się z dys­kur­su wspól­nej po­pra­wy ży­cia do dys­kur­su oso­bi­ste­go prze­trwa­nia. O po­stę­pie nie my­śli się już w kon­tek­ście chę­ci do pę­du, ale w związ­ku z roz­pacz­li­wym wy­sił­kiem, by za wszel­ką ce­nę nie wy­paść z bież­ni i uni­k­nąć dysk­wa­li­fi­ka­cji oraz wy­klu­cze­nia z wy­ści­gu. My­śli­my o „po­stę­pie” nie w kon­tek­ście pod­wyż­sza­nia sta­tu­su, ale zapobiegania po­raż­ce. Przy­słu­chu­jesz się na przy­kład wia­do­mo­ści, że w nadcho­dzą­cym ro­ku Bra­zy­lia bę­dzie „je­dy­nym sło­necz­nym miej­scem wypo­czyn­ku tej zi­my” i wy­cią­gasz stąd wnio­sek, że nie mo­żesz te­go ro­ku poka­zać się tam, gdzie lu­dzie o as­pi­ra­cjach po­dob­nych do two­ich wi­dzia­ni by­li ze­szłej zi­my. Lub czy­tasz, że mu­sisz „po­zbyć się po­ncha”, któ­re by­ło bar­dzo en vo­gue w ze­szłym ro­ku, bo no­sząc je na grzbie­cie dziś, wy­glą­dasz (ja­ko że czas pły­nie...) „jak wiel­błąd”. Co wię­cej, do­wia­du­jesz się, że ma­ry­nar­ki w prąż­ki i T-shir­ty, któ­re by­ły „mu­sem” w ze­szłym se­zo­nie, dzi­siaj są passé, po­nie­waż dzi­siaj „każ­dy nikt je no­si”... I tak da­lej.

Czas istot­nie pły­nie i sztu­ka na tym po­le­ga, by mu do­trzy­mać kro­ku. Je­śli nie chcesz uto­nąć, sur­fuj wy­trwa­le, czy­li zmie­niaj tak czę­sto, jak po­tra­fisz, gardero­bę, meb­le, ta­pe­ty, swój wy­gląd i zwy­cza­je, a krót­ko mó­wiąc – sie­bie.

Fragment książki Zygmunta Baumana „Kultura w płynnej nowoczesności”, która ukazała się właśnie na zamówienie Narodowego Instytutu Audiowizualnego.

Zygmunt Bauman, światowej sławy socjolog i filozof, jeden z twórców koncepcji ponowoczesności. Jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu w Leeds, a od 2004 roku rektorem Uniwersytetu Powszechnego im. Jana Józefa Lipskiego w  Teremiskach. We wrześniu 2010 roku zainaugurowano w Leeds działalność Instytutu Baumana.

Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu, prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.

Teatr

Boski teatr

Joanna Targoń

Literatura

PRZED EUROPEJSKIM KONGRESEM KULTURY:
Przypadkowy przechodzień

Maciej Wiśniewski

Literatura

PRZED EUROPEJSKIM KONGRESEM KULTURY:
Kultura w jednoczącej się Europie

Zygmunt Bauman

Film

BŁĄD:
Dziesięć błędów, które (nie) wstrząsnęły kinem

Rafał Marszałek

Film

BŁĄD:
Filmowe wpadki

Maciej Stasiowski

Literatura

Pochwała eugeniki

Kinga Dunin

Sztuka

BŁĄD w interpretacji sztuki

Grażyna Bastek

Film

Cannes.
Po werdykcie

Jan Topolski

Produkty uboczne

BŁĄD:
Arcybispup, czyli ze wspomnień redaktora

Tomasz Fiałkowski

Felietony

PÓŁ STRONY:
Jedność; Lud

Joanna Tokarska-Bakir

Produkty uboczne

BŁĄD:
W zmarszczkach rozum mieszka

Agnieszka Słodownik

Literatura

PRZED EUROPEJSKIM KONGRESEM KULTURY:
Kultura w jednoczącej się Europie

Zygmunt Bauman