KUP SOBIE RECENZJĘ:  Ankieta. Jedna strona medalu
Śniadanie prasowe: Kup sobie recenzję! na Chłodnej 25, fot. Krzysztof Pacholak

KUP SOBIE RECENZJĘ:
Ankieta. Jedna strona medalu

Jeszcze 9 minut czytania

Skoro istnieje system VoD (video on demand), dlaczego nie stworzyć RoD (review on demand)? „New York Times” właśnie opublikował artykuł o kupowaniu przez autorów recenzji ze swoich książek, oraz o autorach tych tekstów, którzy zarabiają na tym spore pieniądze. Przypominamy ankietę, którą w grudniu 2011 roku przeprowadziliśmy wśród krytyków z różnych redakcji kulturalnych.

1. Jak promocja szkodzi kulturze?

2. Patronat medialny = dobra recenzja?

3. Darmowy hotel, samolot i bankiet: forma korupcji czy dobry zwyczaj?

4. Jak prywatne przyjaźnie wpływają na to, o czym i jak piszesz?


ŚNIADANIE PRASOWE:
Kup sobie recenzję!
10 grudnia 2011,
Chłodna 25, Warszawa
Anita Piotrowska, „Tygodnik Powszechny

1. Dobra promocja nie szkodzi kulturze. Szkodzi wtedy, gdy fetyszyzuje produkt lichej jakości. Gdy działa podstępnie. Gdy ubrana w skrzydlate słowa próbuje urabiać mnie niczym konsumenta pasztetu. Gdy próbuje formatować mój gust. Gdy podsuwa mi interpretacyjne gotowce. Gdy szantażuje mnie jako widza czy recenzenta. Słowem – gdy nie zna miary ni wstydu w tym, co robi. Podoba mi się, że współczesna kultura z dużym wdziękiem potrafi „odwinąć się” promocji – co przeczytać można w ostatniej powieści Houellebecqa, czy zobaczyć w głośnym dokumencie „Wejście przez sklep z pamiątkami” Banksy`ego – swoją drogą, dziełach doskonale wypromowanych. Wierzę w promocję „z misją”, choć jednocześnie nie mam złudzeń, że i ona korzysta z tych samych, sprawdzonych, często jeszcze bardziej podstępnych socjotechnik. Za największe niebezpieczeństwo ze strony promocyjnej machiny uważam stwarzanie w naszych głowach sztucznych, zwykle bardzo nietrwałych kanonów.

2. Nie można zjeść ciastka i jednocześnie go mieć – czyli objąć patronat, a jednocześnie w imię recenzenckiej uczciwości łamać zobowiązania, a te najczęściej oznaczają napisanie dobrej recenzji (co wyczytać można zwykle między wierszami patronackiej umowy). W „Tygodniku Powszechnym”, przynajmniej na poletku filmowym, sprawa jest prosta: patronujemy, czemuś, co sami cenimy. Sam fakt objęcia patronatu medialnego stanowi rekomendację ze strony redakcji, więc pozytywna recenzja czy relacja jest jej oczywistym dopełnieniem. Zwłaszcza, że osoba, która doradza w kwestii objęcia patronatu, jest zwykle tą samą, która później o danym wydarzeniu pisze. Więc nie może wykazać się rozdwojeniem jaźni. Jeśli wydarzenie jest ważne, ale jakoś problematyczne, rozwiązaniem może być rozmowa z twórcą zamiast pisania fałszywej laurki.

3. Staram się jeździć na takie festiwale czy wydarzenia filmowe, których gospodarzy cenię skądinąd i przede wszystkim mogę mieć pewność, że zaproszenie nie oznacza ze strony organizatorów transakcji czy szantażu. Trudno, zapewne wiele filmowych atrakcji mnie przez to omija, ale przynajmniej bankietowe koreczki nie stają mi potem w gardle. Pracując dla niszowej bądź co bądź redakcji, doceniam gościnność organizatorów zapewniających mi wikt i opierunek. Nie da się ukryć, że lepsze wrażenia wywozi się z imprezy spędzonej w wygodnych warunkach, bez obciążania prywatnej czy redakcyjnej kiesy. Trzeba jednak oddzielić tak zwane „okoliczności przyrody”, w tym sympatycznych gospodarzy, od sedna, czyli oferty i poziomu organizacji danego wydarzenia. Jeśli gospodarz tego nie rozumie i za karę nie zaprosi nas w przyszłym roku – sam sobie wystawia recenzję.

4. Przyjaźnie z twórcami zawsze są dla mnie sytuacją dwuznaczną i niebezpieczną, bo stawiają pod znakiem zapytania obiektywność mojej oceny. Bratając się z reżyserem, zwykle „uczestniczę” (mniej lub bardziej biernie) w procesie powstawania dzieła: czytając scenariusze, rozmawiając o intencjach autora, o różnych sytuacjach z planu, o zastosowanych w filmie chwytach, a to częstokroć zaciemnia mi gotowy obraz. Zaczynam patrzeć nań przez pryzmat tej wiedzy zza kulis, ale także przez pryzmat osobowości, charyzmy, uroku samego twórcy. Pomijam już fakt, że wiarygodność krytyka może być mocno nadwerężona, kiedy ten jawnie spoufala się z reżyserem czy flirtuje z nim na Facebooku. Ale staram się nie wpadać w paranoję. Wszystko przecież zależy do tego, jak zdefiniujemy naszą przyjaźń – czy jako (trudne czasem) partnerstwo, czy jako robienie sobie nawzajem dobrze.


Jacek Marczyński, „Rzeczpospolita”

1. Nie i tak. Nie, bo we współczesnym świecie żadne zjawisko, ba, nawet jednostkowy fakt, nie może zaistnieć bez specjalnej promocji. Promocja dobrze więc służy kulturze, bo pomaga się jej przebić przez gąszcz informacji i reklam, które atakują nas codziennie. Ale jednocześnie promocja jest szkodnikiem kultury, bo zabija w niej hierarchię wartości, a ta jest czymś niezbędnym jak powietrze. Jeśli bowiem promuje się jakiś fakt kulturalny – premierę, wydanie książki, koncert, wystawę – jak potem zaprzeczyć tej promocji stwierdzeniem, że mamy do czynienia ze zdarzeniem nieudanym, kiczem czy artystyczną porażką?

2. Istnieje takie niebezpieczeństwo, ale można go uniknąć. Po pierwsze – przez staranny dobór zdarzeń, które obejmujemy medialnym patronatem. Zawodowe doświadczenie osób podejmujących takie decyzje pozwala zminimalizować ryzyko. Na ogół da się przewidzieć poziom przedsięwzięcia, jakie dana instytucja czy też artysta chce poprzez patronat zarekomendować, choć pewne ryzyko zawsze istnieje. Po drugie – dobrze sporządzona umowa patronacka nie musi wcale obejmować także recenzji, może ograniczać się jedynie do zarekomendowania danego zdarzenia. I nie chodzi o to, by uniknąć konieczność zamieszczania krytycznej recenzji. Bywają bowiem wydarzenia, którym warto pomóc patronatem, choćby dlatego, że mają duże znaczenie lokalne, a niekoniecznie trzeba je recenzować, gdyż na tle innych wydarzeń nie są aż tak istotne.

3. Nie jestem zwolennikiem teorii, że krytyk podczas spektaklu czy koncertu powinien unikać jakichkolwiek kontaktów z osobami trzecimi, by te nie wpływały – nawet podświadomie – na jego osąd. Cenię sobie możliwość wymienienia uwag przed napisaniem recenzji i tzw. popremierowy bankiet, czyli po prostu lampka wina może temu sprzyjać. Należy wystrzegać się prawdziwych bankietów, zakrapianych kolacji i alkoholowego bratania się z artystami. Nie znam instytucji kulturalnych szafujących biletami samolotowymi dla krytyków, z darmowego hotelu czasami korzystam, bo wiem, że dla teatru czy festiwalu nie jest to specjalne obciążenie. Opcja hotelowa nie powinna mieć jednak żadnego wpływu na decyzje o podjęciu artystycznej podróży. Generalnie – hotel należy załatwiać sobie samemu.

4. Nie mam artystów-przyjaciół, są artyści, z którymi zdarza mi się spotykać pół-prywatnie, ale zawsze jednak w takich sytuacjach rozmawiamy o sprawach zawodowych, a nie osobistych. Nie korzystam z gościny u artystów, np. podczas wyjazdów zagranicznych, bo to byłoby przekroczeniem pewnych zasad regulujących wzajemne stosunki. Bywają artyści, którzy bardzo chcą się zaprzyjaźniać, tych unikam. Wiem, którzy artyści po wspólnym spotkaniu i wypitej kawie, uważają, że mogą spodziewać się wyłącznie dobrych recenzji. Tych też unikam. Mam też takich, których lubiłem, a po krytycznych uwagach udają, że mnie nie znają, bywa że stan ten trwa potem latami (nawet po zakończeniu ich kariery). Przechodzę nad tym do porządku dziennego.


Dorota Szwarcman, „Polityka”
1. Promocja nie szkodzi kulturze, kiedy odbiorca jest wykształcony i bywały, i sam może odróżnić ziarno od plew. Parę informacji więcej nigdy nie szkodzi, chyba że są „podbite”, podkoloryzowane. Niezorientowaną osobę mogą wtedy zbałamucić.

2. Patronat medialny nie równa się dobra recenzja. Tak przynajmniej jest na łamach mojego macierzystego pisma:-)

3. Hm... zależy. Samolot to już przesada;-)

4. Staram się, żeby prywatne przyjaźnie nie miały wpływu na to, co piszę. Jeśli jestem w wielkim konflikcie wewnętrznym, staram się po prostu nie pisać...


Witold Mrozek, „Krytyka Polityczna

1. Odpowiem odnosząc się do teatru i pisania o nim. Z jednej strony, działania promocyjne są bezcenne – dążyć należy do tego, by teatr nie był wyłącznie domeną jakiegoś zakonu wtajemniczonych, czy snobistycznej elity symbolicznej. Z drugiej strony, język prasowych zapowiedzi czy odautorskich komentarzy z wywiadów odciska się nieraz na sposobie pisania recenzentów. Dotyczy to jednak także różnych innych medialnych klisz i zbitek pojęciowych – dotyczących społeczeństwa, polityki czy sztuki, a wziętych z codziennej, sformatowanej publicystyki głównego nurtu. Ani jej siła, ani działalność „kulturalnych copywriterów”, nie zwalniają krytyka z samodzielnego myślenia i odpowiedzialności za nie.

2. Nie widzę związku. Zresztą, od patronów medialnych organizatorzy oczekują przede wszystkim promocji wydarzenia – informowania o nim w czasie jego trwania i wcześniej; wywiadów i innych materiałów „towarzyszących”. Poza tym „dobra recenzja” to nie tyle tekst zachwalający artystyczny produkt, co głos wchodzący z nim w dialog, naświetlający konteksty, a przede wszystkim kontynuujący pewną myślową pracę, rozpoczętą przez twórcę – bądź też wskazujący na szwy czy luki w jego myśleniu.

3. Dobry zwyczaj – kwestią pewnej uczciwości i siły charakteru jest nie dać się skorumpować. Tytuły, które traktują krytykę poważnie, bardzo często działają przy niskich budżetach. Przydarzające się od czasu do czasu wsparcie – w postaci chociażby noclegu dla recenzenta – znacznie ułatwia ich działanie. Całkowite wycofanie się z tego typu „bonusów” mogłoby na dłuższą met oznaczać oddanie pola krytyki wyłącznie dziennikom i tygodnikom głównego nurtu. A tam z publicystyką kulturalną coraz gorzej...

4. Nie zajmuję się promocją. Jeśli chodzi o wpływ prywatnych przyjaźni na praktykę krytyczną – nawet jeśli całkowicie odrzucimy biografizm jako metodę – to bliska znajomość życiorysu, poglądów, formacji twórcy wpływa niewątpliwie na to, co się o nim pisze – to nie do uniknięcia. Wierzę jednak w dialog między artystą a krytykiem; jeżeli przy okazji są oni przyjaciółmi – tym bardziej dialog ten powinien być szczery i uczciwy.


Bartek Chaciński, „Polityka”

1. Wyczuwam prowokację. Nie wiem, czy słusznie. Oczywiście i tak, i nie. Nachalna promocja każdemu potrafi zaszkodzić. Czasami („I jak się podobała płyta? Napisze pan coś?”) potrafi wyprowadzić z równowagi, ale dyskretna – przypomnieć, że coś się w ogóle dzieje, wychodzi, ukazuje. Nie mam więc na to odpowiedzi lepszej od: „to zależy”.

2. Niekoniecznie. Redakcje znają sytuacje braku komunikacji między działami i nietrafionych patronatów. Sam znam przypadki, gdy duże gazety publikowały krytyczne recenzje po wzięciu patronatu. Bo ten ostatni oznacza często kupowanie kota w worku na podstawie przesłanek wynikających z wielkości, ważności, autorytetu, wcześniejszych pomysłów autora dzieła. Często nie sposób do końca (np. przy niektórych wykonaniach premierowych, spektaklach teatralnych) potwierdzić, że to jest coś wartego zaangażowania patronackiego. A już bardzo często zdarza się, że patronat = brak recenzji, w sytuacjach, gdy redakcja się tego czegoś, nad czym objęła patronat, zwyczajnie wstydzi. Jeśli o mnie chodzi, unikałbym takich sytuacji najchętniej poprzez unikanie patronatów, na których media często mogą więcej stracić niż zyskać.

3. Łatwej odpowiedzi nie ma. Samolot do Paryża czy Londynu zabierający dziennikarzy na wywiady bywa normalną praktyką, na premierę – już może delikatną sugestią, pod warunkiem, że fundują go bezpośrednio zainteresowani artykułem. A dla niektórych może i gratyfikacją samą w sobie. Samolot z miasta do miasta w Polsce to lekka przesada, chyba że trzeba kogoś szybko przewieźć, a pociąg jedzie 10 godzin (a to się zdarza). Ale czy sam bym potrafił odmówić? Ha, nie wiem. Bankiet jest z mojej perspektywy formą poprawienia sobie humoru przez fundującego, teoretycznie jest najmniej potrzebny ze wszystkich trzech, ale za to obrósł w niemałą tradycję. Hotele mogą być różne i sytuacje też. Pewnie i do tego podchodziłbym z większą dozą krytyki, gdyby nie to, że większości redakcji w tym kraju nie stać na wysłanie dziennikarza do innego miasta w Polsce, a co dopiero za granicę. Odpowiem wymijająco: jako dziennikarz czuję się dużo lepiej, gdy wysyła mnie redakcja, niż gdy podróżuję na koszt kogoś innego.

4. W przeróżny sposób – bo wszyscy są podatni na to, co przyjaciele podpowiadają. Wybory znajomych i przyjaciół – nawet w sieciach społecznościowych – mają jakiś wpływ na nasze. Podobnie jak rodzina, akademiccy i zawodowi mentorzy, czasem nawet dzieci (z którymi – na przykład – idziemy na film dla dzieci). Gorzej z przyjaźniami z twórcami, o co tu (jak się domyślam) chodzi przede wszystkim. Chwalę więc sobie moją specjalizację – muzykę popularną – w której mają stosunkowo najmniejsze znaczenie (choćby ze względu na wielkość środowiska, ale też na jego małą integrację) niż w jakiejkolwiek innej. Film stoi pod tym względem dużo gorzej, teatr, muzyka poważna i sztuki wizualne są wystawione na okrutną próbę, książki z pełną regularnością mieszają role piszących o literaturze i piszących literaturę. Rozsądną granicą jest pewnie zapraszanie kogoś do domu, kręgu najbliższych, bliskie przyjaźnie. Na szczęście większość artystów ma wyczucie takich sytuacji i też tego rodzaju kontakty ogranicza. Ale i tu sytuacja jest bardziej skomplikowana, żeby opowiedzieć ją w całości w ankiecie.


Bartosz Żurawiecki, krytyk niezależny
1. Promocja szkodzi w ten sposób, że po prostu zastępuje kulturę. Wprowadza odbiorców w stan rozkosznego i bezmyślnego lenistwa. Zwalnia ich z konieczności dokonania wyboru tego, co będą oglądać, słuchać, czytać. Chodzi się na to, co jest wypromowane. Ogląda się to, co jest wypromowane. Lubi się to, co jest wypromowane. A właściwie nawet nie trzeba tego oglądać, słuchać, czytać, bo wiadomo z góry, że wypromowane znaczy dobre.
Natomiast na tzw. krytykę (ograniczę się do filmowej, gdyż o niej cokolwiek wiem) promocja wpływa demoralizująco. Mam wrażenie, że w polskich mediach nie ma już krytyki, nie ma już nawet recenzji, jest tylko PR. Dziennikarze bez żenady piszą pod dyktando dystrybutorów, PISF-u, Stowarzyszenia Filmowców Polskich, tudzież działów promocji mediów, w których pracują.

2. Na porządku dziennym jest sytuacja, gdy redaktor pyta mnie najpierw, czy podobał mi się film, który jego medium objęło patronatem. Szczera odpowiedź: „nie, nie podobał mi się” oznacza, że nie u mnie zostanie zamówiona recenzja z tegoż filmu. A że w wielu mediach o „patronatach medialnych” decyduje nawet nie redakcja, a dział promocji, więc... patrz odpowiedź nr 1.

3. Ja akurat byłem korumpowany co najwyżej za pomocą darmowej płyty DVD. Widać, jestem za małym misiem, by opłacało się wydawać na mnie większe sumy. Ale odpowiedź jest prosta: forma korupcji. Ewentualnie, przymknę oko na bankiety, pod warunkiem, że są skromne.

4. Wielu dziennikarzom schlebia to, że mogą się zaprzyjaźnić (prawdziwie czy fałszywie – nie mnie o tym sądzić) z twórcami. Kompleksy, kompleksy, kompleksy! Tyle, że owe przyjaźnie znacząco wpływają na to, co potem dziennikarz o tych twórcach pisze. Wiem, widziałem, czytałem. Uważam, że nie należy recenzować dzieł osób, z którymi jest się w bliskich stosunkach. Powiedzmy, że to kwestia etyki zawodowej. Można natomiast o nich pisać w tekstach analitycznych, esejach czy felietonach – choć w tym ostatnim wypadku tylko wtedy, gdy się owe bliskie relacje ujawni.


NN, krytyczka niezależna
1. Czasem szkodzi. Język tekstów pijarowych często determinuje recepcję utworu, wystawy, książki. Ten język ostatnio bardzo się ujednolicił. Jest jednocześnie hermetyczny i zuniformizowany. Złożoność stylistyczna i pojęciowa niektórych materiałów (biuletyny muzealne, druki na wystawach) sprawia, że są one niedostępne dla wielu widzów. Tworzy się elitarna grupa odbiorców, którzy są w stanie opanować dominujący dyskurs. Zachodzi też zjawisko odwrotne; proste hasła mają sprawić, że wydarzenie będzie „sukcesem”.
Materiały zaczynają przesłaniać treść samej wystawy – kultury. Stają się jedyną dostępną i jedyną słuszną wykładnią, sposobem interpretacji, tropem rozumienia. Promocja jest dziś koniecznym elementem wszystkich produktów kultury – w przypadku dotowanych przez państwo jest środkiem na „uwiarygodnienie” sensowności prodkuktu. Powstaje rodzaj totalitarnego języka - opisu projektu dla potencjalnych grantodawców, sposobu promocji a potem recenzowania. Wartościowa recenzja powinna przeniknąć i zamysł i sposób opisu - i dotrzeć do rzeczywistości dzieła. Marna ślizga się na powierzchni pojęć i gotowych struktur. 

2. Dziś, kiedy „wydarzenie medialne” czyli takie, które odnotowała prasa, tv lub radio, jest wartością samą w sobie niezależnie od tego, do czego odsyła, patronat może oznaczać tylko notkę, lub jakiś rodzaj relacji. Wszystko zależy od rodzaju „dealu”. Dla wysokonakładowych tytyłów nie musi oznaczać zobowiązania. Recenzent ma szansę zadać pytanie, co było zamysłem, założeniem projektu i na ile zostało to spełnione. Paradksalne jest raczej to, że jeśli o czymś nie czytamy – nie oglądamy – uważamy, że to nieważne – przeszło „bez echa”. Z kolei obecność w prasie – choćby powierzchowna – jest jednoznaczna z „sukcesem”. Daje nam poczucie, że coś jest „w obiegu”. Rzetelna recenzja coraz rzadziej jest wartością. Wartością jest sam fakt, że media „relacjonują”. 

3. Oczywiście to rodzaj przekupstwa. Z drugiej strony – brak sponsora często oznacza, że polski dziennikarz nie dotrze na miejsce. Po prostu go na to nie stać. Sprowadza się to znów do „kupowania” powierzchni magazynu czy czasu na antenie. Bywa, że jest to bardziej opłacalny deal niż wykupienie reklamy. Niestety tego rodzaju praktyki prowadzą do zatarcia się hierarchii. Jedziemy oglądać promocję produktu a przy okazji wystawę – sieć powiązań jest wieloraka. Chyba nikt nie ma jednak wątpliwości, że kultura weszła w tryb „produkcja – promocja – kosumpcja„”. Problem nie w tym, czy można to zmienić – trzeba rozumieć, jak działa ten system, złożoność relacji, zobowiązań etc.
Dobrzy autorzy umieją przemycić w recenzji jakieś wątki „z zaplecza”, odsłonić mechanizmy i pułapki promocji, zdemaskować klisze. Po to są autorytety.

4. W moim przypadku jest to wypadkowa własnych zainteresowań i oczekiwań zleceniodwacy. Ponieważ mam na koncie pracę z różnymi tytułami – „awangardowymi”, konserwatywnymi, niszowymi i masowymi, nie mam złudzeń, że za każdym razem dostarczam absolutnie autonomiczny tekst. Nie mam też takich aspiracji.
Myślę, że „prasa” zawsze oznacza konwencję i uwikłania. Tytuły mają swoje profile. Nie można oczekiwać od elitarnego magazynu tego samego, co od tygodnika opini etc. Osobiście wolę bardzo dobrze skonstruowany tekst, który ujawnia różne płaszczyzny i kontrowersje, niż „zaangażowane” wypowiedzi zdradzające światopogląd, taki mam temperament...
Dobry autor i dobry tekst zawsze odsyła do jakiejś ambiwalencji. Jeśli zajdzie taka potrzeba finansowa, mogę pisać teksty na użytek komercji. Szanuję ludzi, którzy opanowali to rzemiosło. Myślę, że możliwośc pisania autorskiego, poza tendencjami, poza konwencjami, poza zobowiązaniami, w imię zasad i w obronie wartości i prawdy, to przywliej starszych pokoleń. Na razie utracony.

Tomasz Łubieński, „Nowe książki”
1. Uważam, że już za późno się nad tym zastanawiać. Promocja w kulturze jest faktem i raczej dla kultury niepomyślnym. Staje się wartością samą w sobie. Również rodzajem cenzury. Artysta być może zastanawia się, jakie jego dzieło może mieć szanse promocyjne. Z góry. Zdolności promocyjne (również aktorskie) mogą w znacznym stopniu zdecydować o sukcesie. Ale to wszystko są już obiektywne fakty, więc nie warto zbytnio się nimi denerwować.

2. Patronat medialny znaczy niewiele. Tyle tylko, że bierzemy niejako odpowiedzialność za dzieło, które obejmujemy patronatem. Ale bez wielkiej odpowiedzialności.

3. Darmowy hotel, samolot i bankiet: a kto za to płaci? Przypominam angielską maksymę: „no free lunch”. Toż to dosyć obrzydliwa, oczywista forma korupcji.

4. Wpływają niestety. Najlepiej dobierać sobie przyjaźnie z ludźmi innych zawodów, w tym artystycznych. Francuzi mają na to określenie: „copinage”. Przyjaźń, uczucie pozytywne, żeby nie powiedzieć piękne, fałszuje oceny i degraduje się w wyniku gry interesów. A nawiasem mówiąc, uważam, że pisarz pisarzowi niewiele ma do powiedzenia.


Aneta Kyzioł, „Polityka”
1. Promocja generalnie nie szkodzi kulturze – kultura nie jest przecież tworzona tylko dla środowiska kulturą już zainteresowanego. Promocja pomaga poszerzyć grono odbiorców dzieła sztuki, pomaga dotrzeć z przekazem poza krąg wtajemniczonych. A już rolą dziennikarzy jest odsiewanie ziaren od plew, czyli słabych, za to dobrze nagłośnionych wydarzeń od wydarzeń bardziej interesujących, za to z mniejszym budżetem na promocję.

2. Nie wiem, jak sprawa patronatów medialnych wygląda w innych redakcjach – w „Polityce” patronaty przyznaje komisja i specjalnie nimi nie szasta. Dziennikarze – specjaliści w określonych dziedzinach – są proszeni o konsultacje ofert, odrzucane są te, które zdaniem dziennikarzy na patronat „Polityki” nie zasługują. Dzięki temu „Polityka” nie patronuje wydarzeniom, których jej dziennikarze nie cenią. Generalnie, standardem w redakcji jest wolność wyrażania opinii przez dziennikarzy.

3. Z mojego doświadczenia: nikt nie próbował wpływać na treść artykułów, jednak pojawiały się żądania co do liczby tekstów, ich wielkości i miejsca publikacji (np. cover story, okładka). Zasadą „Polityki” jest, że redakcja sama decyduje, jaki i gdzie materiał opublikuje.


Joanna Wichowska, krytyczka teatralna, dwutygodnik.com
1. A czy kultura może bez niej przetrwać? W teatrach na przykład działy promocji są często ważniejsze niż działy artystyczne. To od nich zależy życie spektaklu. Prawdziwa władza jest dzisiaj w rękach pijarowców i nie zanosi się tutaj na jakąś spektakularną zmianę frontu. Tkwimy po uszy w paradoksie: promocja sprowadza kulturę do rangi produktu, którego wartość mierzy się wskaźnikami sprzedaży, ale bez promocji skazani jesteśmy na outsiderstwo i underground, na zapyziałe piwniczki, do których zagląda tylko pięciu znajomych.

2. Patron z założenia wspiera to, czemu patronuje. Ale wspieranie nie musi wcale oznaczać braku krytycyzmu. Teoretycznie – nie powinno. Praktyka jest najczęściej inna: zdobyć patronat to jak zabukować dobrą recenzję. A objąć – jak to się czule mówi – patronatem, to obiecać nietykalność. Dość toksyczny związek.

3. Potencjalnie tego rodzaju bonusy działają jak coś w rodzaju szantażu emocjonalnego. Idealnie byłoby, gdyby to media fundowały swoim przedstawicielom samoloty i hotele. Ponieważ często je na to nie stać, krytycy są zmuszeni ustawicznie hartować wolę. Albo trzymać się sztywnych zasad, np. nie pojawiać się na bankietach. Mam kłopot ze sztywnymi zasadami, więc na popremierowych bankietach bywam, co więcej: nie uważam tego za oznakę braku profesjonalizmu.

4. Tak. W konkretnych przypadkach oznacza to, że staram się nie pisać o pracy znajomych, która im – moim zdaniem – nie wyszła. Chyba, że nie widzę innego sposobu zakomunikowania im, co dokładnie uważam za chybione. Używanie precyzyjnych argumentów jest tutaj (i generalnie) kluczowe – i nikt rozsądny z tego powodu przyjaźni nie zerwie.
Na szczęście tych kilkoro twórców, z którymi się mniej czy bardziej koleguję, to ludzie niezwykle utalentowani i rzadko zdarzają im się poważne wpadki.


Karol Sienkiewicz, krytyk niezależny
1. Wręcz przeciwnie, niektóre instytucje robią zdecydowanie zbyt mało, by przyciągnąć do siebie potencjalnych widzów. Pytanie, gdzie leżą granice promocji? Bo gdyby tak Muzeum Narodowe obwiesiło reklamą „Bitwy pod Grunwaldem” Dworzec Centralny?

2. Nie rozumiem mechanizmu patronatu medialnego. Czy jest w nim coś poza wymianą logotypów? Nigdy żadna redakcja nie sugerowała mi napisania pozytywnej recenzji z uwagi na patronat. Aczkolwiek zdarzyło się, że straciłem temat, bo spodziewano się po mnie krytycznej recenzji artystów współpracujących z redakcją jako graficy.

3. Do listy dodałbym jeszcze darmowe publikacje – książki i katalog. Rzadko, ale się zdarza. Hotele i samoloty? Raczej przybiera to formy propozycji pokrycia kosztów podróży do Ustrzyków Dolnych (w zamian za recenzję oczywiście). Przypuszczam, że raczej w Interregio niż w Intercity. Nie spróbowałem, więc nie wiem. Ale wiem, że innych zaprasza się to tu, to tam. Czy mam się czuć zazdrosny? Gorzej, że niektóre (publiczne!) galerie pośredniczą między tytułem a krytykiem. Kiedyś duża publiczna galeria skierowała do mnie pytanie, czy chciałbym napisać o ich wystawie do „Obiegu”. Inna publiczna instytucja proponowała mi zapłacenie honorarium za tekst do pisma, które sam współprowadziłem (rzeczywiście pracowaliśmy za darmo). Ciekawe, jakby zaksięgowali taki wydatek? Były to ewidentnie propozycje korupcyjne – coś za coś, ręka w rękę. Natomiast ofiarowanie katalogu, pokrywanie kosztów podróży czy noclegu, nie musi oznaczać korupcji, jeśli nie idzie za tym zobowiązanie napisania tekstu. To delikatna sprawa i kwestia formy.

4. O czym piszę, ostatecznie decyduje redakcja. Ja mogę najwyżej coś sugerować. Przyjaciele są nieraz pierwszymi czytelnikami i krytykami moich tekstów, więc mają jakiś wpływ na to, „jak piszę”. Wielu artystów znam osobiście. Staram się chodzić na wernisaże przyjaciół i znajomych. I tyle. Bo gdy piszę, przyjaciele-artyści nie mają specjalnych chodów ani taryfy ulgowej. To ryzyko zawodowe, które każe odwrócić pytanie: jak to, co i jak piszę, wpływa na moje przyjaźnie.

UWAGI POZA PYTANIAMI:
Wydaje mi się, że problem w mniejszym stopniu leży po stronie samych krytyków. Zachowanie etyki zawodowej jest kwestią wielu indywidualnych decyzji. Nasze środowisko jest również stosunkowo niewielkie. Dla krytyka kluczowa jest wiarygodność i musi o nią dbać na każdym kroku. Odnoszę wrażenie, że i tak ciągle patrzy nam się na ręce. Oczywiście, przyjaźnię się z artystami, znam się z kuratorami, galerzystami i dyrektorami instytucji, więcej – zdarza mi się dla nich pracować, chociaż w żadnej instytucji nie jestem zatrudniony na stałe. Czy to oznacza, że nie mam własnego zdania? Żadna z instytucji nie obraziła się na mnie za krytyczną recenzję. (Raczej cieszą się, że ktokolwiek o nich pisze.) Ale niech ktoś się spróbuje utrzymać z pisania tekstów o sztuce do niskonakładowych magazynów i portali kulturowych. Powodzenia. Bardzo łatwo jest powiedzieć krytykowi „sprawdzam”, aczkolwiek nie wszyscy z nas są „bez winy”.
Problem leży moim zdaniem gdzie indziej. Pisma o sztuce i kulturze mają swoich mocodawców. Czy są od nich niezależne? Niedawno portal culture.pl, tworzony przez Instytut Adama Mickiewicza, informujący o najważniejszych wydarzeniach w kulturze i oferujący sporą „bazę wiedzy”, przykryła strona o wydarzeniach kulturalnych w ramach polskiej prezydencji w Unii. dwutygodnik.com, wydawany przez Narodowy Instytut Audiowizualny, o wiele szerzej niż inne redakcje informował o Europejskim Kongresie Kultury we Wrocławiu. Przypadek? Teoretycznie recenzji kupić nie można. A całą gazetę? Małą berluskonizację przeszedł „Art & Business”, kupiony przez właścicieli domu aukcyjnego Abbey House, podpisujący umowy na wyłączność głównie z młodymi, debiutującymi malarzami. W ten sposób „sztuka inwestycji” łączy się z dziennikarstwem. Recenzje już uznanych twórców legitymizują promocję tych związanych z Abbey House. Gdzie w „Art & Business” kończy się reklama własna, a zaczyna krytyka? Zachodzę w głowę.


Adam Mazur, niezależny krytyk i historyk sztuki, kurator CSW Zamek Ujazdowski

1. Pytanie powinno brzmieć: „Czy używanie kultury jako narzędzia (politycznego) PR-u szkodzi artystom i sztuce?”. Na tak zredagowane pytanie można odpowiedzieć, że wybranym artystom i kuratorom to zapewne na rękę: jest „publicity”, no i są szybkie, a do tego łatwe pieniądze do wyjęcia na „projekt” z budżetu „wydarzenia”. Po latach posuchy namaszczeni do roli oficjalnych twórców mogą wreszcie przystąpić do konsumpcji. To chyba jest OK i to weteranom się należy. Artystyczna odmiana PR nie jest obliczona na sens tylko na wizerunek, trudno ją więc krytykować jako płaską, wtórną, skleconą naprędce pod temat imprezy.
Jest kongres, to musi być dziesięć wystaw, performensy, instalacje i nawet kontestacja jest w to wpisana, bo również dobrze sprzeda i ubarwi wydarzenie. Na dłuższą metę to dość płaskie i przewidywalne jak wakacyjne tournee Maryli Rodowicz, ale też nieszkodliwe, bo czy dobry PR ostatecznie komuś zaszkodził? Może tylko trochę fałszem trąci, jak niegdysiejsi kontestatorzy dziś z ministrami i filozofami do stołu zasiadają albo po świecie na obwoźnych „anty-festiwalach” pro-unijnych się lansują i słusznie oburzają. Ruch w PR-owym interesie działa polaryzująco na scenę artystyczną i wywołać musi kontrę. Wydarzeniami listopada były nieprzypadkowo promująca polską prezydencję i kulturę ekskluzywna Villa Tokio (+m.in. Witryna Sztuki), a z drugiej strony biegunowo odmienne spotkanie artystycznego prekariatu w Nowym Wspaniałym Świecie.

2. Patronat medialny = wzmianka + foto + przedruk remiksu tekstu kuratorskiego. Recenzja kosztuje drożej (patrz niżej).

3. Darmowy hotel, samolot i bankiet = dobra recenzja? Odpowiedź: a czy kiedykolwiek czytaliście Państwo złą recenzję z wystawy współorganizowanej przez Instytut Adama Mickiewicza? Jak się jedzie do kogoś w gości, śpi i je na jego koszt, miło rozmawia przy winie i planuje kolejne wyjazdy z dziennikarskim „jet-setem” do kraju objętego chwilowo parasolem „roku polskiego” vel „prezydencji” to chyba nie wypada potem smarować, że się nie podobało, bo drugi raz nie zaproszą. A poza tym przecież się podobało, smakowało, dobrze spało i bankietowało. Niestety, redakcje są zbyt biedne, by wysyłać dziennikarzy z Warszawy do Łodzi, a o Poznaniu, Wrocławiu, Szczecinie nie wspominając, no więc wpisują organizatorzy hotele, pkp/samolot, bankiet, torby pełne giftów w budżet imprezy i wtedy może się coś w prasie ogólnopolskiej pojawi (po niektórych to nawet samochód pod dom wysyłają, dajmy na to z Torunia do Warszawy i z powrotem z szoferem, dla krytyka, co za tekst dostanie od 100 do 500 pln to doświadczenie przyjemne, kojące i bezcenne). Prasa i krytyka ogólnopolska staje się więc coraz mniej istotna, coraz mniej wiarygodna, nic dziwnego, że czytelnicy wolą bloga bankietami niezblazowanego, autentycznie sztukę przeżywającego poczytać. Nadzieję na sanację daje chyba już tylko dwutygodnik.com.

4. Tekstu katalogowego, eseju nie napiszę jak artysty/ki nie znam, nie lubię i nie cenię. Krytyka towarzysząca zakłada bliskość i znajomość tematu, przy jednoczesnej konieczności zachowania umożliwiającego trzeźwy osąd dystansu. Znam się z wieloma artystami/kami, ale tylko z kilkorgiem z nich przyjaźnię. Jeśli nie podoba mi się to, co robią, to im to powiem i będę próbował swojego zdania bronić w rozmowie, ale nie będę pisał recenzji. Pisanie – podobnie jak czytanie – recenzji prasowych właściwie już mnie nie interesuje. Jeśli się zna mniej więcej rozkład sił w środowisku (znajomość podstawowych reguł gry w polu sztuki, jak ująłby to Pierre Bourdieu), to można spokojnie zakładać się o to, co, kto i jak napisze, co będzie kitem, co hitem, a co przejdzie kompletnie bez echa. Wartości, hierarchie w instytucjonalnym świecie sztuki już od dawna nie są ustalane przez „krytyków”.


Anna Theiss, „Wprost” 
1. To pytanie zdradza podobieństwo do gorącego ostatnio zapytania „Jak żyć?”. Odpowiedź na jedno i drugie wydaje mi się porównywalnie prosta. Ciężko mi wyobrazić sobie współczesną produkcję kulturalną bez promocji – nie tylko dlatego, że jest to stała rubryczka we wnioskach budżetowych. Jeśli przyjmiemy, że promocja to wszystko to, co mieści się między instytucją, artystą a odbiorcą, a jest jakimś świadomym komunikatem, to chyba możemy uznać ją za dobrą, miłą, pomocną i niezbywalną rzecz.

2. Nie. Proszę zajrzeć do gazet. I naprawdę dobrze poszukać (ale się znajdzie).

3. No pewnie, i jeszcze świetnie, gdyby można było zabrać kanapki na wynos. Rzadko widuję krytyków na bankietach, zazwyczaj lecą do domu szybko napisać recenzję. Tęsknię za starymi czasami, kiedy samolot i hotel fundowały redakcje i całość procesu była znacznie mniej moralnie uwikłana, ale nie wydaje mi się, żebyśmy szybko tam wrócili. Więc – ani korupcja, ani dobry zwyczaj, raczej jakiś niewygodny kompromis wobec rzeczywistości, w której, jeśli dziennikarzowi nie opłaci się samolotu, to tekstu nie będzie.

4. Tak. Przyjaźnię się z redaktorami, dla których pracuję. A zazwyczaj to oni zlecają mi teksty i decydują o tym, co pójdzie w gazecie. Artyści towarzysko interesują mnie znacznie mniej. Muszę tłumaczyć dlaczego?


Justyna Sobolewska, „Polityka”
1. Działy promocji wyobrażają sobie, że recenzje są tylko po to, by reklamować książki. I dlatego bardzo często próbują zamiast dziennikarzy redagować pismo. Albo próbują przekształcić dziennikarzy w PR-owców. To szkodzi, bo w ten sposób zanika rzetelna dyskusja o kulturze, której i tak jest coraz mniej. I okazuje się, że otaczają nas same arcydzieła.

2. Patronat medialny zawsze oznacza dobrą recenzję. Dlatego staramy się w „Polityce” brać ich niewiele. Ostatnio żałowaliśmy pochopnej decyzji, bo właśnie patronat medialny sprawia, że działy promocji wydawnictw chcą ustalać co, kiedy, jak i gdzie będzie.

3. No niestety, recenzentom literackim nikt raczej nie proponuje lotów ani hoteli w Paryżu. Aż szkoda, że nikt nas nie chce tak korumpować.

4. Najlepiej byłoby nie mieć przyjaciół wśród pisarzy. Minęły czasy, kiedy między krytykiem a twórcą toczyła się szczera rozmowa, która zakładała, że krytyk czasem pisał źle, a przyjaźń na tym nie traciła. Dziś zła recenzja oznacza najczęściej nienawiść pisarza, zerwanie kontaktów itp. Czasem się na to decyduję, czasem wolę nie pisać o kimś, kogo dobrze znam. Oczywiście, można zostać takim „jedynym sprawiedliwym”, który wszystko „chlasta” i taka rola może dawać recenzentowi satysfakcję i poklask. Ale wydaje mi się to pójściem na łatwiznę.
Z drugiej strony nie zapamiętałam sytuacji, żeby ktoś z przyjaciół intensywnie skłaniał mnie do promowania swojego dzieła. To jednak nie wypada. Czasem zdarza się, że sama zachwycę się książką znajomego i wtedy chętnie daję temu wyraz, bo to przecież nie jest częste uczucie.
Myślę, że przed skorumpowaniem recenzentów ratuje też nieprzebrana ilość książek do opisania. Często zdarza się, że PR-owcy albo i sami autorzy zabiegają o uwagę, ale to i tak ginie w tym zalewie literatury. W wydawnictwach widać też skutki kryzysu, bo jeszcze kilka lat temu dołączali do książek najdziwniejsze gadżety – dziś to zanika.


Dariusz Nowacki, krytyk niezależny

1. Szkodzi w tym znaczeniu, że deformuje, a niekiedy wręcz dewastuje rozmowę tak o kulturze artystycznej, jak i przede wszystkim o konkretnych artefaktach. Dyskurs ekonomii, jakim posługują się osoby odpowiedzialne za promocję, czy ideologia sukcesu rynkowego, jakiej ulegają, fałszuje hierarchie artystyczne, ustanawia nośne a głupawe style odbioru, usuwa twórców i dzieła, które nie mieszczą się w wyznaczonych schematach prezentacji. Oczywiście skala tego szkodnictwa jest różna w różnych sytuacjach; pewnie nie należałoby uogólniać.

2. i 3. W układy korupcyjne nie wchodzę, ale bynajmniej nie z definicji, lecz z braku pokus. Co oczywiście przyjmuję z wielką ulgą. „Kto wie, gdyby nas lepiej i piękniej kuszono” – zanotował Klasyk. Sęk w tym, że kusić nie chcą, na pewno nie w branży literackiej, z którą czuję się związany. Branża to bowiem cieniarska, jeśli idzie o budżety na promocję i reklamę. Na co może liczyć życzliwy krytyk? Na wino Sofia i koreczki serowe w trakcie wieczoru promocyjnego? Śmiech na sali! Mówię tu o własnym doświadczeniu, czyli praktyce zawodowca. Tymczasem dziś większość opinii o książkach powstaje w blogosferze (niezliczone blogi recenzenckie) oraz w ramach innej netowej amatorszczyzny. Amatorzy zawierają proste porozumienia z działami promocji dużych domów wydawniczych: egzemplarz gratisowy w zamian za opinię. Zgadnijcie, co się stanie, jeśli owe opinie nie będą przynajmniej po części entuzjastyczne? Szlaban na gratisty – to się stanie. Nawiasem mówiąc wiemy, ile kosztuje taki głos. W przypadku standardowej powieści w twardych okładkach jest to jakieś 35 do 40 złotych (w tym 5 proc. VAT). Zaiste, wstrząsająca wielkość łapówki.

4. Oczywiście, że wpływają, ale niekoniecznie negatywnie. Po pierwsze, dobrze jest czytać pisma tych, których się osobiście zna. Dysponujemy wtedy dodatkowym kontekstem lektury, choć nie nazwałbym go biograficznym (byłby to uproszczenie). Po drugie, osobista znajomość z autorem, nie mówiąc o przyjaźni, bywa osobistym zobowiązaniem – do uważności/wnikliwości/staranności. Głupio nie odczytać przyjaciela jakoś „głębiej” bądź bardziej pomysłowo. Wprawdzie nie jestem wrogiem tzw. przysiadalności, ale niektóre jej formy uznaję za zbyt radykalne. „Przeginają” zwłaszcza członkowie wspólnot poetyckich. Jak wiadomo, krytyków poezji nie będących zarazem czynnymi poetami policzyć można na placach jednej ręki. Owa podwójność prowadzi do zabawnych konsekwencji, czyli wzajemnych zapewnień o wybitności. Dziś ja tobie, jutro ty mnie… zrobisz dobrze.


Michał Walkiewicz, krytyk filmowy, Filmweb.pl
1. To pytanie nie do mnie. Jeżeli ktoś po prostu pisze o kulturze, raczej nic mu nie szkodzi. Jeśli chce się bawić w promowanie filmów, nie powinien pisać. Jeśli zaś promocja filmu pokrywa się z osobistym zdaniem krytyka na temat danej produkcji – nie widzę problemu.

2. Myślę, że najróżniejsze redakcje oraz podmioty zostawiające im pieniądze na reklamę, wypracowały tyle strategii współpracy, że tej ostatniej granicy nikt nie przekracza. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której piszę pozytywną recenzję filmu, którego miejsce jest na śmietniku (historii kina) tylko dlatego, że moja redakcja objęła patronat nad filmem.

3. Ani jedno, ani drugie. Mówiąc szczerze, obowiązek dystrybutora. Dlaczegóż niby za zakwaterowanie, wyżywienie i transport miałaby płacić redakcja, skoro dziennikarz uczestniczy w imprezie promującej film?

4. Nijak. Nie znam ludzi, o których piszę. A jeśli kogoś znam, nie piszę. Proste.