Experimental is new mainstream. Unsound 2013
Tralala Blip at Hotel Forum. By Zeb Schulz.

Experimental is new mainstream.
Unsound 2013

Michał Fundowicz

Tygodniowy maraton w stolicy Małopolski pozwala zapoznać się w krótkim czasie z najnowszymi trendami muzyki niekomercyjnej

Jeszcze 3 minuty czytania

Falujący tłum zanurzony w niebieskiej poświacie. Zaparowane od tańczących ciał szyby hotelu Forum. Entuzjazm podkręcany bitami przez Dj-ów. Lepiąca się podłoga już po wszystkim, o piątej nad ranem. W manifeście tegorocznej edycji festiwalu Unsound uczestnikom zaproponowano zwrócenie się ku wrażeniom czysto zmysłowym, niezapośredniczonym przez media. Dlatego też zabroniono fotografowania wydarzeń zarówno widzom, jak i przedstawicielom mediów, częściowo zrezygnowano z wizualizacji towarzyszących występom, postanowiono nie tworzyć „medialnego szumu” i nie publikować „lekkostrawnych klipów” na łamach własnych portali społecznościowych.

„Przez cały tydzień będziemy starali się stworzyć tymczasową, autonomiczną strefę, w której publiczność i artyści będą mogli przeżyć coś niepowtarzalnego” – górnolotnie brzmiały zapewnienia, które poprzez odwołania do koncepcji Hakima Beya miały podkreślić kontrkulturowy wymiar wydarzenia. Wstęp do strefy wolności miał jednak konkretną cenę, zaklętą w koszcie karnetów oraz biletów na dodatkowe, „ekskluzywne” wydarzenia, takie jak intensywnie promowany koncert na karylion i elektronikę Pantha Du Prince & The Bell Laboratory. 

Każda kolejna edycja krakowskiego festiwalu ma motyw przewodni. W zeszłym roku hasło „The End” wywołało falę przypuszczeń, że dziesiąta odsłona będzie ostatnią. Gdy jednak potwierdzono daty kolejnej edycji, miałem nadzieję, że koniec w tytule odnosił się do pewnej konwencji festiwalu, który wraz z rozrostem we wszystkich możliwych kierunkach stracił nieco na charakterze. Jednak nic takiego nie nastąpiło, a zmiany, jakie zapowiedziano, okazały się rewolucją jedynie pozorowaną.

Budowanie tożsamości wokół zakazu nie wydaje się dobrą strategią. Już przed rozpoczęciem imprezy fora huczały od niezadowolenia widzów, a także pozbawionych pracy fotoreporterów. Las rąk z komórkami rejestrującymi koncert to rzeczywiście problem, jednak przede wszystkich masowych, stadionowych sytuacji koncertowych. W mekce techno, berlińskim klubie Berghain, nikogo nie dziwi szlaban na robienie zdjęć. Jednak to nie z tego powodu miejsce to cieszy się popularnością, lecz ze względu na program. Jeśli ktoś w przeszłości zakłócał kameralne koncerty Unsoundu, to wynajęta przez festiwal pamiętna ekipa filmowców wchodzących na scenę. Rozdmuchanie zakazu to w mojej opinii chwyt marketingowy, służący wywołaniu medialnego szumu, od którego tak się odżegnywano w tym roku. Koniec końców, fotografie zastąpiły rysunki i szkice z koncertów, których galerię można obejrzeć na portalu społecznościowym Unsound.

Niekonsekwentna okazała się również decyzja o braku wizualizacji. Animacje towarzyszyły większości setów tanecznych w hotelu Forum. W innym przypadku pomysł występu został oparty na mocnych efektach wzrokowych, jak w laserowym show Roberta Henke.

Unsound, podobnie jak inny krakowski festiwal, Miesiąc Fotografii, angażował widza poprzez dobór lokalizacji, proponując mu alternatywną wycieczkę po mieście. Według miejskiej legendy hotel Forum został zamknięty ze względu na użyty przy budowie azbest. Odwiedziny kultowej dla krakowskiego pejzażu budowli to niezapomniane przeżycie, podszyte lekkim niepokojem. Przestrzeń ta zadebiutowała jako parkiet już rok temu, tym razem posłużyła jako scena większej liczbie wydarzeń. Tu odbył się całonocny koncert Roberta Richa, przeznaczony do kontemplowania podczas snu. Nawet tak niecodzienny pomysł okazuje się powtórzeniem patentów z historii  festiwalu. Kilka lat temu w ramach Unsoundu odbyła się wielogodzinna improwizacja tria Groupshow do filmu „Empire” Andy'ego Warhola.

Zamiast reformy festiwalowego formatu, ograniczono się do wyboru kolejnego nośnego hasła, tłumaczącego taki a nie inny dobór wykonawców. Interferencja to termin zaczerpnięty z języka fizyki, oznaczający zjawisko nakładania się fal, odnoszący się do własności dźwięku: „zniekształceń, przekształceń sygnału, powstawania zakłóceń, zamierzonych usterek, przeszkód i zaburzeń”. Wszystkie tego typu celowe błędy od dekad tworzą słownik muzyki eksperymentalnej. Od szumu radiowego kompozycji Johna Cage'a, poprzez niestandardowe sposoby artykulacji nurtu free improvisation, aż po estetykę glitch – odejście od brzmień poprawnych i typowych to codzienność artystycznych praktyk. Wybranie więc takiego tematu i sposób jego uzasadnienia w kontekście imprezy popularyzującej dźwiękowy eksperyment wydaje się mało oryginalne.

Program Unsoundu z roku na rok coraz bardziej się kodyfikuje. I nic nie poradzą na to PR-owe zabiegi i zapewnienia w rodzaju: „odrzucamy podziały na muzykę elektroniczną i eksperymentalną, odrzucamy typowość na rzecz wyjątkowości”. Gdyby się pokusić o wyznaczenie „recepty na Unsound”, wyglądałaby mniej więcej tak: muzyka taneczna 47%, nietaneczna elektronika/noise 25%, postklasyka 8%, postrock 7%, ambient 3%, drone metal 2%, hip-hop 2%, minimal music 2%, sound art 2%, avant jazz 1%, footwork 1%. Według takiego przepisu festiwal został sporządzony kolejny raz – być może w efekcie badań gustów potencjalnych uczestników, a może tylko osobistych preferencji organizatorów. 

W ostatecznym rozrachunku, biorąc pod uwagę niewielką w Polsce konkurencję, trudno traktować to jako zarzut. Możliwość zapoznania się z niszowymi nurtami, takimi jak noise (Pete Swanson), footwork (RP Boo), minimal music (Charlemagne Palestine) czy undergroundowe techno (prezentacja oficyny White Material Records), nie zdarza się często. Za decyzję o sprowadzeniu twórców marginalnych wobec szeroko rozumianego mainstreamu cenię najbardziej radę programową. Obok oficjalnego programu odbywały się w tym roku inne, równie ważne wydarzenia: targi polskich niezależnych wydawnictw muzycznych i towarzyszące im prezentacje artystów – popołudnia z Monotype Records, Sangoplasmo i Mik Musik. Potencjał krajowej sceny jest ogromny, a takie okazje tylko spajają pełne energii i zapału środowisko, mierzące się z oporem rynkowych realiów. Unsound to jeden z punktów węzłowych, ważne miejsce spotkań i dyskusji toczących się podczas paneli oraz w kuluarach.

Tygodniowy maraton w stolicy Małopolski pozwala zapoznać się w krótkim czasie z najnowszymi trendami muzyki niekomercyjnej. W radzie programowej festiwalu zasiadają dziennikarze topowych zachodnich mediów, takich jak magazyn „The Wire” czy internetowy „Quietus”, którzy na co dzień opisują, lub raczej kreują mody. Prezentacja ich typów pozwala wyrobić sobie opinię o kondycji undergroundu.

Za ikonę nowego eksperymentu można uznać występującego na scenie hotelu Forum Jamesa Ferraro. Muzyczny kameleon, po okresie nadprodukcji w dziedzinie garażowego drone-rocka, stał się prorokiem cyfrowej muzyki internetu. Biorąc na warsztat muzak i pastelowe brzmienia najnowocześniejszych aplikacji, kreuje hiperrzeczywistą wizję współczesności, proponuje wirtualną wyprawę w świat „klimatyzowanego koszmaru” postępującej dehumanizacji. Wszystko w aurze świadomej kiczowatej estetyki. Grając na żywo w kontekście klubowym, niejednokrotnie łamał przyzwyczajenia słuchaczy, wybijając ich z rytmu najmniej spodziewanymi pauzami. Stosując niezręczną ciszę, lub momentalnie zmieniając nastrój i konwencję, zakpił sobie z roli DJ-a. Jego konceptualna sztuka stawia ciekawe tezy, jednak estetycznie okazała się mało porywająca.

W poszukiwaniu diagnozy kondycji muzyki eksperymentalnej pierwszej dekady XXI wieku, warto zapoznać się z twórczością grupy Hype Williams, której członkowie wystąpili osobno na tegorocznym Unsoundzie. Inga Copeland i Dean Blunt wydali serię albumów, kompilujących nieprzystające do siebie elementy. Śmieciowa estetyka, której są wyznawcami, nakazuje im łączyć w jedną narrację utwory w różnych stylach: od techno, przez trip-hop, gospel, R&B, aż po dubstep i pop, i podawać wszystko bez ładu i składu. Ich muzykę często inkrustują nieprzyjemne odgłosy, takie jak spazmatyczny kaszel czy wystrzał z broni. Bazująca na wywoływaniu zdziwienia antysztuka zaskoczyła raz jeszcze, wraz z wydaniem albumu Blunta „The Redeemer”. Okazało się, że jej autor... potrafi komponować. Pozujący na muzycznego nieuka Amerykanin rozpisał  kompozycje na wiele instrumentów, w Krakowie zaś miał się zaprezentować wokalnie w towarzystwie sekcji smyczkowej Sinfonietty Cracovia. Niestety, smyczki zastąpiła akompaniująca gitara.

Interferencja jako przenikanie konwencji najciekawiej wypadła w projektach eksplorujących hip-hop. Clipping to trio łączące hałas z rapem. Porażające siłą decybeli, abstrakcyjne struktury zostały uzupełnione rapem szybkim jak wystrzał karabinu. Czy można łączyć wszystko ze wszystkim? – na pytanie sprowokowane przez Clipping trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Granice hip-hopu przesuwa również Mykki Blanco – raper i performer, znany z transgenderowych kreacji. W heteronormatywnym świecie hip-hopu jest on nadal w awangardzie. Na krakowskiej scenie prężył się i wyginał w najdzikszych pozach, wykonując raz agresywnie, innym razem uwodzicielsko melodeklamowane partie. Zapadające w pamięć mocne podkłady dopełniały jego ekstrawagancki performance.

Tego typu odważne występy ginęły w masie prezentacji „bezpiecznego eksperymentu”, takich jak poprawny, lecz mało oryginalny Forest Swords. Łączący głębokie uderzenia basu, hiphopową rytmikę, wokalne sample z nagrań R&B i dokładając do tego wszystkiego efekt zamglenia, buduje doskonale przeciętną muzykę, sprofilowaną pod obowiązujące trendy. Sytuacja grania na żywo odsłoniła niedoskonałości tego typu konfekcyjnej elektroniki.

Uważne słuchanie, sugerowane przez organizatorów, nie tak często skutkowało reakcjami spontanicznego zachwytu. Dźwięki nie przemawiają same za siebie – tak jak w sztuce konceptualnej, w niektórych przypadkach od wrażenia estetycznego bardziej liczy się zamysł. Muzyka znajduje się na rozdrożach, trafia do ślepych zaułków, dochodzi do ściany. Jednak bywa, że znajduje siłę, mimo powszechnego wyczerpania. Oczekując euforii, w końcu ją znalazłem podczas porywającego setu duetu Karenn. Moc pierwotnego techno sprawiła, że błękitne światło, pulsujący tłum, zaparowane szyby i klejąca się podłoga na moment stały się całością.