1/60 talentu
Łukasz Jastrubczak, Perspektywa porażki

1/60 talentu

Karol Sienkiewicz

Wystawa „Spojrzenia 2013” jest czytelna na poziomie struktury, ale z pracami bywa już różnie. Twórczość laureata, Łukasza Jastrubczaka, plasuje się zaś gdzieś pośrodku − między podawaniem komunikatu na tacy a wsadzeniem palca widzowi w oko

Jeszcze 3 minuty czytania

Konkursy dają nam chwilowy skok adrenaliny. My, przed telewizorami, czekamy na otwarcie koperty, i oni, tam po drugiej stronie, cali w sztucznych uśmiechach. W kategorii największy nazistowski dyktator wygrywa Adolf Hitler − tak w „Annie Hall” Woody Allen nabijał się z Hollywoodu. Nadęte gale, kiełki na obiad i śmiech z puszki − LA to samo zło. Gdy film Allena został nominowany do Oskara, reżyser nie pofatygował się na Zachodnie Wybrzeże. Przypuszczam, że jednak oglądał ceremonię w domowym zaciszu i uradowany skakał pod sufit. Bo wygrał. Z innej beczki: islandzka piosenkarka Björk, pytana w wywiadzie o jeden z zaszczytów, sprytnie odrzekła, że nagroda nie obchodziła jej wcale, dopóki jej nie dostała.

„Spojrzenia 2013”

artyści: Tymek Borowski, Piotr Bosacki, Karolina Breguła, Łukasz Jastrubczak, Agnieszka Polska, kuratorki: Jadwiga Sawicka, Ewa Łączyńska-Widz, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa, do 17 listopada 2013.

Organizowane od 10 lat przez warszawską Zachętę i Deutsche Bank „Spojrzenia” to najważniejszy konkurs dla młodych twórców w Polsce. Konkurs odbywa się co 2 lata, towarzyszy mu wystawa prac finalistów. Laureatem tegorocznej edycji został Łukasz Jastrubczak, drugie miejsce zajęła Karolina Breguła. Laureaci poprzednich edycji to m.in. Wojciech Bąkowski, Janek Simon i Paweł Althamer.

Nagroda Deutsche Bank, przyznawana artyście lub artystce do 36. roku życia, niesie emocje stosowne do skali przedsięwzięcia. Poruszamy się w obszarze tak zwanej młodej sztuki polskiej − nie załapałby się ani Allen, ani nawet Tarantino. I jak to ze sztukami wizualnymi bywa, jakkolwiek by się starała się warszawska Zachęta, organizator konkursu, emocje rzadko wychodzą poza krąg najbardziej zainteresowanych. Nie pomógłby ani czerwony dywan, ani nawet Doda w roli mistrza ceremonii. Ale emocje zawsze są. 15 tysięcy euro piechotą nie chodzi. Szepcze się o tym i owym. A to kurator wystawy konkursowej nierównomiernie rozkłada swoje sympatie, a to wątpliwości budzi system głosowania, a to artysta o swojej wygranej dowiaduje się przed obradami jury. Zawsze jest też grupa trzymająca władzę (GTW), nadreprezentowana w komisji konkursowej, która przedkłada własny interes nad prawdę o artystycznych wartościach.

No i nie obywa się bez przegranych. Jak wiadomo, reakcje na niedostanie Oscara są ciekawsze niż mowy dziękczynne; i czym byłoby łyżwiarstwo figurowe bez upadków. Lekarstwem na obite półdupki jest bankiet na koszt sponsora. Nie pchajcie się do półmisków, tym razem tartinek dla wszystkich wystarczy. I wina na toasty za zwycięzcę, tadam, tadam, Łukasza Jastrubczaka.

Werdykt GTW

Muszę przyznać, że i ja poddałem się panującym nastrojom. Gdyby bukmacherzy przyjmowali zakłady, stawialiby na Agnieszkę Polską. Polska sporo wystawia w Polsce i za granicą, całkiem ważne polskie nagrody już wygrywała, a do zagranicznych była nominowana. No i cieszy się poparciem dyrektorów polskich muzeów i galerii. To za Polską miała stać w tym roku grupa trzymająca władzę, tak jak dwa lata temu miała wywindować Konrada Smoleńskiego, a przed czterema laty − Wojtka Bąkowskiego. Okazało się, że takowa grupa nie istnieje, nawet w jury, w którym zasiadają m.in. Anda Rottenberg, Joanna Mytkowska i Fabio Cavallucci. A kto jak nie oni tworzyłby ową GTW? Spytajcie pana Biernackiego.

Padło na Jastrubczaka. Gdy Rottenberg odczytała werdykt, zgromadzeni odetchnęli z ulgą, a nawet nastąpił nieśmiały wybuch radości. Może z powodu tego, kto dostał nagrodę, a może tego, kto nagrody nie dostał. Oficjalnie, jak zawsze, wybór był trudny. Ale chociaż Rottenberg żartuje, że pełni dziś głównie funkcje dekoracyjne, nie wierzyłbym zbyt łatwo w tego typu deklaracje.

Przed werdyktem i poczęstunkiem zebranych na „gali” przetrzymano na makaronowych przemówieniach oficjeli − ważnym panom nie przerywa się muzyką ze „Szczęk”. Nawiązując do relacji sztuki i pieniądza, dumny przedstawiciel znanego wszystkim banku wspomniał, że w starożytności talent oznaczał około 30 kilogramów złota. Sprawdziłem: kilogramowa sztabka kosztuje ponad 30 tys. euro. Prosty rachunek pokazuje, że bank docenił zaledwie 1/60 talentu Jastrubczaka.

Laureaci „Spojrzeń 2013”: Karolina Breguła i Łukasz Jastrubczak

Wykładzina w prostokąty

By jurorzy mogli podjąć decyzję, najpierw nominowanym należało zrobić wystawę. Poza Jastrubczakiem i Polską w gronie tym znaleźli się Piotr Bosacki, Tymek Borowski i Karolina Breguła (to w sumie o dwóch artystów mniej niż w poprzednich edycjach). Kuratorkom w tym roku udała się rzecz trudna. Z wyboru jury nominującego (miałem przyjemność w nim zasiadać) Ewa Łączyńska-Widz oraz Jadwiga Sawicka zbudowały ekspozycję prostą i czytelną.

Artyści i ich prace nie przeszkadzają sobie nawzajem i nikt nie ma wątpliwości, z czym ma do czynienia − to wystawa konkursu. A artyści pokazują to, co mają najlepszego − przeważnie po jednej wyrazistej pracy, która dobrze oddaje charakter ich twórczości. Całość spina graficzny wzór na podłodze, z czarnych i białych prostokątów, trochę jednak nadobecny, mylący się z czyimś dziełem sztuki (czyim?) i w nachalnie korporacyjny sposób budujący identyfikację wizualną konkursu.

Widok wystawy, na pierwszym planie kabina z filmami Łukasza Jastrubczaka, na drugim Tymka Borowskiego
fot. M. Krzyżanek

O ile jednak wystawa jest czytelna na poziomie struktury, to z pracami bywa już różnie. Kuratorka Jadwiga Sawicka nieco zachowawczo przyznaje w rozmowie: „widzowi stawia się tutaj pewne warunki, albo może raczej zakłada, że ma on pewną wiedzę, orientuje się (np. w polskiej sztuce lat 70. XX wieku, w filmografii Hitchcocka), a jeśli nie wie, to z chęcią się dowie”. Poszedłbym krok dalej i powiedział, że niektórzy twórcy po prostu ignorują problem czytelności i zrozumiałości swych dzieł. Pod tym względem konkursowi artyści reprezentują skrajnie odmienne podejścia. Na jednym biegunie plasuje się Tymek Borowski, na drugim − Agnieszka „How the work is done” Polska.

Kim oni są?

Jeśli się nie zrozumie pokazywanego na wystawie najnowszego filmu Polskiej „Future Days”, wypada on ładnie. Gra muzyka, kadry zdradzają profesjonalizm operatorów, a całość pachnie sporym budżetem. Ale najnowsze dzieło artystki jest niezrozumiałe do tego stopnia, że aż chciałoby się rzucić w ekran zgniłym jajkiem. Powiedzieć, że w swym filmie nie bierze pod uwagę kompetencji kulturowych widzów, to powiedzieć za mało.

W onirycznym krajobrazie postaci grane przez aktorów w maskach i perukach rozmawiają ze sobą kwadratowo-prostokątnymi zdaniami, trapieni rozterkami nie z tej ziemi. Raczej coś wygłaszają, niż wchodzą ze sobą w interakcje. Trudno się domyślić, co się tu dzieje, ale pojawiają się dzieła Richarda Longa, Edwarda Kienholza, Roberta Smithsona i Avitala Gevy. (Oczywiście, lepiej je wcześniej znać.) A wszystko kończy „zaćmienie ziemi”, obserwowane z jakiejś innej planety czy zaświatów. Główny problem: kim oni do diabła są. Osoba zapoznana z historią sztuki najnowszej po pewnym czasie domyśli się, że bohaterowie to ważni artyści i teoretycy sztuki. Rozpoznałem trzech. Byli to Włodzimierz Borowski, Jerzy Ludwiński i Bas Jan Ader. Ten ostatni zasłynął tym, że wyruszył w podróż morską łódeczką z żaglem i nigdy nie powrócił. Wiele lat po (domniemanej) śmierci trafił do filmu Polskiej, odnaleziony na skalistym brzegu. Kim są pozostali? Lee? Charlotte? Brodaty Andrzej? (Przywara?!) Na to nie odpowiadają ani napisy końcowe, ani katalog wystawy. Więcej dowiedziałem się z wywiadu z Polską w „Szumie”. Artystka mówi, że film to „niebo artystów” (rzeczywiście, wszyscy artyści nie żyją), że „Charlotte” to Charlotte Posenenske, że „Andrzej” to Andrzej Szewczyk. Wciąż tajemnicą pozostaje dla mnie „Lee” (Lozano?) oraz po co w ogóle ten film powstał. Pojawia się natomiast sugestia, że to dopiero część pierwsza. Już się boję kolejnych.

Agnieszka Polska, „Future Days”, 2013 / fot. M. Krzyżanek

Jasne, artystka zawsze może powiedzieć, że to zamglenie jest celowe, że chciała, by widz wykonał wysiłek, bo artystkę interesuje widz zainteresowany. Ale gra mu się tu na nosie. Polska potyka się na poziomie scenariusza, bo jeśli chciała opowiedzieć jakąś historię, przegrała z kretesem. Jej notatki reprodukowane w katalogu są bardziej czytelne niż skończone dzieło. Więc jeśli ktoś ma z wami na pieńku i życzycie mu, by się poczuł jak głupek, wyślijcie go do Zachęty na film Agnieszki Polskiej.

Life is life

Niebezpiecznie blisko porażek Polskiej jest też Karolina Breguła, zdobywczyni drugiej nagrody. W jej ostatnich filmach, np. „Fire-followers”, też napotykamy rozbieżność między autorskim opisem i fabułą, którą odczytujemy z samej pracy. Opis jest zawsze precyzyjny, a film − rozmyty. W przypadku prezentowanej na Spojrzeniach „Obrazy” (moim zdaniem najlepszej pracy Breguły) artystka wychodzi obronną ręką. Narracja jest prosta: ponieważ władze zarządziły dekoniczyzację (zakaz hodowli koniczyny), niektórzy hodują ją na niewielkich poletkach na własnym ciele. Ale w samym filmie nie ma już cienia sugestii, że osobie, która wprowadzała zakaz, przyświecała myśl, jakoby takie ograniczenia ożywiały moce twórcze społeczeństwa i przyczyniały się do modernizacji. Breguła opowiada zaś o tym w wywiadach, jakby było to elementem jej narracji. (Jej film można raczej odczytać jako głos w sprawie legalizacji marihuany.)

Karolina Breguła, „Obraza” / fot. M. Krzyżanek

Tymczasem inny nominowany, Tymek Borowski, przemawiający z drugiego bieguna, robi sztukę, która rozumie się sama przez się. Nie ma drugiego dna ani informacji podprogowych. Proste komunikaty podane są zazwyczaj w prostej formie. Podkreślę słowo „zazwyczaj”. Jego malarstwo, które jakiś czas temu porzucił na rzecz grafiki komputerowej, miało penetrować pokłady podświadomości. Teraz zadaje proste pytania (co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi? jak działa sztuka?) i ilustruje proste prawdy (np. że na sukces składa się talent, praca i szczęście). Borowski miał więc zrezygnować z pokrętnych dyskursów dzieła sztuki. W wybranym przez niego obszarze produkcji internetowej nie obowiązują artystyczne ekonomie oryginalności. Na wystawie wpada jednak w zastawione przez sztukę sidła. Mimo ogólnodostępnych plików (każdy może sobie wydrukować pracę Borowskiego), na potrzeby „Spojrzeń” powstała monumentalna drukowana kompozycja „Bo tutaj jest jak jest”, która mogłaby konkurować z „Bitwą pod Grunwaldem”. Jest nawet stosownie szeroka rama i ogólny horror vacui. Pełno tu glutów, jakby Borowski wciąż robił ukłon w stronę neosurrealizmu, przypadkowo rozrzuconych gołych dziewczyn, penisów, no i dobrych rad w rodzaju: „Do something stupid every day”. Nie da się ukryć, że Borowski czyni tu krok wstecz i trochę sam sobie przeczy. Chciałby, ale boi się.

Filmy Piotra Bosackiego też można rozpatrywać 1:1, jednak artysta wypełnia je o wiele bardziej złożoną treścią. To przekazywane werbalnie (monotonny głos narratora) i wizualnie (rodzaje kinetycznych schematów) wykłady czy minitraktaty. Nomen omen, jego film pokazywany w Zachęcie nosi tytuł „Rzeczy oczywiste”. Bosacki tłumaczy m.in.: kiedy ktoś jest przekonujący, jak działa ciało, kto to jest ekspert. Tymi (wcale nie tak oczywistymi) oczywistościami już trochę zdążył nas przytłoczyć.

Tymek Borowski, detal pokazywanej na wystawie pracy /fot. M. Krzyżanek

Upadki i sukcesy

Może na tym polega właśnie urok sztuki Łukasza Jastrubczaka, który zawiódł go do pierwszej nagrody, że plasuje się gdzieś pośrodku, między podawaniem komunikatu na zbyt blisko wysuniętej tacy a celowym wsadzeniem palca w oko widzowi. Chodzi o sposób, w jaki operuje formą oraz jakimi motywami się posługuje. By odczytać jego krótki film „Perspektywa porażki”, prezentowany na wystawie, potrzebujemy pewnych kompetencji kulturowych, ale nie musimy czytać tych samych książek co artysta. Powiedzmy, że wystarczy matura i odrobina wyobraźni.

Łukasz Jastrubczak, „Perspektywa porażki” / fot. M. Krzyżanek

Jastrubczak dostrzega na przykład potencjał tkwiący w swetrze w romby, w którym występuje w filmie. Za pomocą tego swetra przeistacza się w umowną postać sprzed wieków i wchodząc w przestrzeń zabytkowej Florencji, gra z pojęciem odkrytej w renesansie perspektywy zbieżnej. Jego postać zostaje zestrzelona − znowu umownie − wśród całkiem współczesnych turystów. Intuicyjnie zrozumiemy prostą fabułę i nieco slapstickowy humor. Wszystko inne to sfera interpretacji. W roli interpretatora występuje niezawodny Sebastian Cichocki.

W każdym razie mnie zwycięstwo Jastrubczaka ucieszyło. Stanisława Ryster w „Wielkiej grze” pytała zwycięzców, na co przeznaczą nagrodę. Artysty jakoś pytać nie wypada. Oby nie wakacje na Wyspach Nonsensu.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.