Pomnikofilia
Karolina Brzuzan (detal)

Pomnikofilia

Karol Sienkiewicz

Open City to lubelski festiwal sztuki w przestrzeni publicznej. Pomnik się w jej definicjach nie mieści – i na odwrót. Ale co by było gdyby… Zapowiadał się ciekawy eksperyment. Niestety, artyści zrejterowali

Jeszcze 2 minuty czytania

Pomniki mają to do siebie, że nachodzą falami. Chyba żadnego polskiego miasta nie ominęła fala papieży Janów Pawłów II. Tworzonych niemal seryjnie przez wyspecjalizowanych, niezbyt spełnionych rzeźbiarzy. Szybko zaczęto mówić o niezamierzonym humorze tych tworów. Gdy dłuto się poślizgnie, bywa zabawnie. Czasami przychodzi zaś fala, która pomniki zmywa z powierzchni ziemi. Jak w Polsce po 1989 roku, gdy zmieniliśmy godło, nazwę państwa, a w nazwach ulic Ludowe Wojsko Polskie zastąpiła Solidarność, Marchlewskiego – Jan Paweł II. No, i powstał problem, co zrobić z monumentami poprzedniego systemu. Jeśli nie zniszczyć, to przynajmniej zneutralizować. Raz pomnikofilia, raz pomnikofobia.

W takim Białymstoku, gdzie chodziłem do liceum, na miejskim placu stało kilka betonowych słupów zwieńczonych gniazdem orła z rozpostartymi skrzydłami. Orzeł za sobą miał Park Centralny posadzony na byłym cmentarzu żydowskim, po lewej – dom handlowy Central, gdzie chodziło się oglądać ekspedientkę z wąsem, a po prawej – Komitet Wojewódzki PZPR. To Pomnik Bohaterów Ziemi Białostockiej, odsłonięty z okazji 30-lecia PRL. W 1990 poświęcili go duchowni, nieco zmieniono jego wymowę, ale potem, by nikt nie miał wątpliwości co do jego słuszności, ktoś nielegalnie powiesił na nim znane i ograne hasło „Bóg, honor, ojczyzna”, wielkie białe litery. W internetowych memach zastępowano go inną popularną wyliczanką: „Piwo, wino, wódka”. Zainteresowanym polecam książkę „Białystok” Marcina Kąckiego.

Festiwal Open City 2016

kurator: Stach Szabłowski, Ośrodek Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych „Rozdroża”, Lublin, do 20 lipca 2016

Dzisiaj czekamy na tsunami – wkrótce zaleje nas fala pomników smoleńskich i prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zapowiada to już jego brat, a także pierwsze jaskółki – dziwne Jezusy przemieszczające się po kraju na wojskowych ciężarówkach czy upamiętniający „poległego” prezydenta głaz, który – niezgodnie z procedurami – wylądował na placu Bankowym. Dumni samozwańczy stawiacze pomników porównują te gesty do konspiracyjnej tradycji, na przykład usunięcia niemieckiej tablicy z pomnika Kopernika w 1942 roku. Skąd wziął się głaz? „Z pól ojców naszych”. O tym, że stawiano go w pośpiechu, świadczy podobizna prezydenta na tablicy. Przypomina historię sprzed kilku lat, gdy artystka amatorka Cecilia Gimenez „poprawiła” twarz Chrystusa na XIX-wiecznym fresku w hiszpańskim miasteczku, na kilka tygodni wygrywając internety.

A to dopiero początek. Gdy nie pozwalają na to przepisy lub konserwatorzy zabytków, pomnik można postawić na kółkach. To sprawdzona metoda, podpatrzona u naszego bohatera narodowego Michała Drzymały. Już w 2008 roku na Wawelu stanął niemal pięciometrowy nielegalny papież. Kościelni prawnicy tłumaczyli się tym, że to nie pomnik, bo nie był „na trwałe połączony z podłożem”. Z głazem na Bankowym jest podobnie.

Krótko mówiąc, pomnik to dziś jeden z najbardziej gorących tematów. Walka o pomniki (albo na pomniki) jest jak walka o rząd dusz. Zwycięzca bierze wszystko. Pewnie dlatego Stach Szabłowski, kurator tegorocznej odsłony festiwalu Open City w Lublinie, postawił przed artystami proste zadanie: POMNIK. Bo Open City to festiwal sztuki w przestrzeni publicznej. Pomnik się w jej definicjach nie mieści – i na odwrót (nikt nie ma wątpliwości, że „Tęcza” Julity Wójcik pomnikiem nie była). Ale co by było gdyby… Zapowiadał się ciekawy eksperyment.

Niestety, artyści zrejterowali. Przechadzając się po Lublinie w poszukiwaniu tych nowych, przewrotnych pomników, odnosiłem wrażenie, że stronili od tematu jak od ognia. Oto „pomnikiem” jest neon ilustrujący tezę, że kanapka zawsze spada masłem do dołu (Michał Frydrych). „Pomnikiem” jest gniazdo sępa zawieszone wysoko na murze, dodatkowo przybrudzonym ptasimi odchodami (Jerzy Kosałka). A jak już artyści zauważają, że coś jest na rzeczy, to na przykład powstaje napis „Społeczeństwo”, oblany smołą i posypany pierzem – to ponownie Frydrych, ale podobną technikę wykorzystywała ostatnio Zuzanna Janin. Monika Zawadzki stworzyła wielkie czarne atrapy pralki i lodówki, nie wychodząc poza bezpieczne ramy własnej sztuki. Miałem wrażenie, że zaproszeni artyści słysząc „pomnik”, myślą „ja”.

1. Michał Frydrych 2. Monika Zawadzki 3. Jerzy Kosałka

Ani artyści, ani chyba nawet kurator Szabłowski nie zauważyli, że pomniki powstają jako efekt specyficznej gry sił – między oczekiwaniami fundatora, politycznym zapotrzebowaniem (lub jego brakiem) a wizją artysty. Twórcy pomników mają częściowo związane ręce. Więc chcąc do tematu podejść uczciwie, uczestnicy Open City też powinni się częściowo ograniczyć. Albo grać obie role jednocześnie.

Dlatego najsensowniej wypada „Pomnik chłopa”, projekt artysty Daniela Rycharskiego i kuratora Szymona Maliborskiego. Zamyślony w rodinowskiej pozie rolnik siedzi na pustej kance po mleku, na podnośniku, a wszystko to mieści się na przyczepce do rozrzucania gnoju. Bo „Pomnik chłopa” to pomnik jeżdżący – znowu pojawia się casus Drzymały. Artysta zainspirował się niezrealizowanym projektem Albrechta Dürera poświęconym wojnom chłopskim. Pomnik rozpoczął swoją peregrynację w Kurówku, rodzinnej wsi Rycharskiego, a potem zwiedzał inne miejscowości. W końcu jest na kółkach. Odwiedził nawet Warszawę (MSN). W Lublinie pojawia się więc jako obiekt bardzo dobrze znany. Z tym, że chyba jeszcze nigdzie nie miał tak świetnego sąsiedztwa. Chłop przegląda się w figurze Chrystusa Frasobliwego, zamkniętego w ozdobnej kapliczce. Dzieli ich dosłownie kilka metrów. I tak zamartwiają się wspólnie, jakby małpując się nawzajem.

1. Daniel Rycharski, Szymon Maliborski    3. Wojciech Bąkowski

Ale prawdziwy-prawdziwy pomnik jest jeden. I dla niego samego warto się do Lublina wybrać. To „Pomnik godziny czwartej” Wojtka Bąkowskiego. Bąkowski potrafi zrobić coś całkowicie „na temat” i uczynić to w stu procentach własnym. Na pierwszy rzut oka jego praca przypomina nagrobek (też przecież często nazywany „pomnikiem”). Na drugi rzut – łóżko z wysokim zagłówkiem. Jest tu nawet głowa, która na nim spoczywa. Ale na rzut trzeci to, co wydaje się narzutą, okazuje się być papą – bo to nie tylko nagrobek, nie tylko łóżko, ale też zajezdnia tramwajowa. Papa pokrywa jej dach. Wszystko umiejętnie złączone w jeden betonowy obiekt. Napisy naśladujące wyświetlacze komórek i budzików sugerują, że jest czwarta nad ranem.

Tak więc bezsenność. Nawet śpiewało o tym Stare Dobre Małżeństwo: „Czwarta nad ranem, może sen przyjdzie”. Tramwaje wyjeżdżają z zajezdni, dając znak, że wstał nowy dzień. Podobno zostało naukowo dowiedzione, że to krytyczny moment w dobowym cyklu człowieka. Ciało jest najsłabsze, temperatura najniższa. To godzina samobójców.

Ta nagrobkowa bezsenność lepiej oddaje stan ducha niż smoła i pierze. Bąkowski nikogo ani niczego swoim pomnikiem nie stawia na piedestale, nie upamiętnia wiekopomnego wydarzenia ani żadnej narodowej tragedii, ale zawiera w swym pomniku coś z naszej teraźniejszości. Mógłby służyć przyszłym pokoleniom za przestrogę. Bo może to pomnik nie tylko godziny czwartej. Może to pomnik roku pańskiego 2016.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons CC-BY-NC-ND.