Dzieła rozpadu
fot. Bartosz Górka

11 minut czytania

/ Sztuka

Dzieła rozpadu

Karol Sienkiewicz

Wystawa „Kurz” w CSW odsłania ambicje instytucji u progu nowego otwarcia. Ale czy tytułowa metafora jest w stanie sprostać stawianym jej oczekiwaniom?

Jeszcze 3 minuty czytania

„Kurz” to delikatna sprawa. Niektóre prace składają się po prostu z proszku, drobinek. Nie ma tu całostek, raczej resztki i czynniki pierwsze. A wszystko skąpane w czerni ścian. Przypomina się słynna scena z „Annie Hall”, w której Woody Allen kicha w pudełeczko z kokainą, spektakularnie zamieniając ją w chmurę białego pyłu. Tu też łatwo o takie potknięcia.

Iza Tarasewicz w kilku kątach rozsypała ochrę. Żółty proszek kontrastuje z otoczeniem. Ochra to jeden z podstawowych barwników w dawnym malarstwie, nawet w tym najstarszym – jaskiniowym. U Tarasewicz powraca do stanu pierwotnego – zwietrzałej skały, gliny z tlenkiem żelaza. Wojtek Pustoła w serii performansów za pomocą szlifierki rozprawia się z kostką marmuru karraryjskiego. Nic z niej nie rzeźbi, wokół postumentu powstaje za to warstwa białego pyłu. Na wernisażu ktoś napisał na podłodze „Hej, fajna wystawa”, a obok odbił swą dłoń, ślad ludzkiej obecności. Takich śladów szukam na wystawie. Jest ich kilka, ale wielu nie znajduję.

Tarasewicz i Pustoła to polskie wyjątki. Większość zaproszonych artystów pochodzi z Bliskiego Wschodu, głównie z Libanu i Iranu. To przywołuje na myśl „globalną perspektywę”, którą zapowiadała wraz ze swym nadejściem nowa dyrektorka warszawskiego CSW Małgorzata Ludwisiak. Artyści z tego rejonu często goszczą na międzynarodowych ekspozycjach. Ich pochodzenie nadaje wystawie szczególnej wymowy, ale też powoduje pewien poznawczy dysonans. Kurz czy pył można traktować dosłownie, jako estetycznie wysublimowany materiał, i metaforycznie – to zgrabna przenośnia, w dodatku wpisująca się w modne od kilku lat dyskursy posthumanistyczne. Przyglądamy się materii nieożywionej. Pytanie, co można w niej wyczytać.

Wietrzenie

KURZ / DUST / غبار

Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, od 4 września do 15 listopada 2015
Kuratorka: Anna Ptak
Współkuratorka: Amanda Abi Khalil

Ciemne przestrzenie wypełniają prace raczej ulotne. To wystawa o kruchości przedmiotów. Nawet skała wietrzeje, rozmieniając się na drobne. Powstaje swoisty obraz historii, zapisanej w przedmiotach i materialnych resztkach. Majakowski pisał kiedyś o „łajnie przeszłości stwardniałym na kamień”. Artyści częściej operują śladem niż obrazem. Może stąd właśnie ta wszechobecna czerń – na czarnym lepiej widać łupież. Ale otworzysz okno i zwieje. W gruncie rzeczy sporo tu o przemijaniu, chociaż o człowieku niewiele.

Całe miasta, Warszawa czy Teheran, obracają się w pył, by się na nowo narodzić. Erozja i sedymentacja. Minerały krystalizują się. Organizmy przechodzą w skamieliny. W drukarce kończy się tusz i pozostawia jedynie wyblakłe smugi – z tak wydrukowanych kartek składa swą instalację Caline Aoun. Mehraneh Atashi w skomplikowanej instalacji unaocznia przepływ energii – od ognia do elektryczności, w ruchu suchych liści, papierków, drobnych odpadków. Wszystko razem generuje dźwięki i rzucane na ściany abstrakcyjne, ruchome obrazy. Prezentowane na wystawie rysunki Mireille Kassar czy Alego Kazima to też raczej zapis rozpadu, drobinki, zacieki, procesy, którym trzeba się bliżej przyjrzeć, a nawet zaopiekować się nimi, wreszcie – zamknąć w bezpiecznej ramce. Artyści naśladują procesy przyrody.

KURZ / DUST / غبار / fot. Bartosz Górka

Pozornemu porządkowi wytworów człowieka odpowiada tu chaos. Rygorystyczny terakotowy ornament z dubajskiego tunelu w instalacji Vikrama Divechy ukazuje swój negatyw – zbiór resztek kafli, powstały po ich odpowiednim przycięciu. Divecha układa je na podłodze tak, by odpowiadały elementom ornamentu. Resztki nie układają się jednak w żaden uporządkowany wzór. Wręcz przeciwnie.

Na językach

Polski tytuł wystawy jest nieco mylący. Gdy Zamek anonsował „Kurz”, byłem przekonany, że będzie dotyczyła czego innego. Kurz to coś, co osadza się na meblach, co trzeba zetrzeć, co może wywoływać alergię. Angielski „dust” ma o wiele szersze konotacje. To nie tylko nasz kurz, brud, ale też pył – z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. Może dlatego pełen tytuł podawany jest w trzech językach jednocześnie: „Kurz / Dust / غبار”.

Po angielsku wystawa brzmi sensowniej. Także dosłownie – opisy prac w przewodniku zostały w większości przetłumaczone z angielskiego na polski bez większego zrozumienia, w wielu miejscach brzmią po prostu jak bełkot. Rysunkom Kassar przypisuje się chociażby „posągową formę”.

Język jest równie delikatną materią jak kurz. Szkoda, że nie zwrócono na to uwagi. To duże niedopatrzenie, bo aby dociec, z czym mamy do czynienia, nie obejdzie się właśnie bez owego przewodnika. Wszystkie prace wymagają dopowiedzenia, kilku słów wyjaśnienia, za każdą stoi jakaś historia. Widz co rusz zada sobie pytanie „Na co właściwie patrzę?” i sięgnie po niewielką książeczkę. Nie zawsze jednak otrzyma sensowną odpowiedź w języku polskim.

Polskie meble w Teheranie

Mimo tych niedociągnięć „Kurz” to dobrze skonstruowana i przemyślana wystawa. Ale wcześniej czy później przychodzi poczucie zdziwienia, jak bardzo odkleja się od rzeczywistości. W kuratorskim tekście wprowadzającym czytamy przerysowaną deklarację, że „kurz jest bardziej procesem niż rzeczą – tym, co przemienia Himalaje w pustynię Gobi”. Ale na razie przyglądamy się początkom tego procesu, jakby pod lupą, nie mając szerszego obrazu. Nieco życia wnosi jedynie program filmowy (zmieniający się w czasie trwania wystawy), wyświetlany w audytorium zwanym „osadnikiem”.

W kilku miejscach znajdziemy wprawdzie odniesienia do historii. Kurz to również dobry punkt wyjścia, by mówić o środowisku czy zanieczyszczeniu powietrza (świetna praca Negar Farajiani). Ale w wystawianych pracach trudno jednak dostrzec napięcia panujące na Bliskim Wschodzie, skąd artyści pochodzą. Nie ma tu dramatu rzeszy uchodźców, nie wspomina się o burzeniu starożytnych zabytków kultury. Może wystawa wyglądałaby nieco inaczej, gdyby sięgnąć po twórców z kilku ościennych krajów, a nie tylko Iranu i Libanu. Otwierając byle gazetę i idąc na wystawę w CSW, nie sposób nie odczuć swoistego dysonansu poznawczego. Nawet jeśli pierwszą pracą, na którą się natykamy, jest „Grób bez tytułu” Barbada Golshiriego z Teheranu. Powstał dla człowieka, który według tamtejszych władz powinien być zapomniany, a jego miejsce pochówku – pozostać nieznane. Golshiri stworzył więc metalowy szablon przypominający nagrobną płytę, który odbija się w sadzy, przez co łatwo go sprzątnąć, ale też odtworzyć w innym miejscu.

Artystyczne gesty, które zdominowały ekspozycję, są tak abstrakcyjne, wysublimowane i spokojne, że w niemal identyczny sposób mogą odnosić się do miejsc i procesów skrajnie odmiennych. Charbel-joseph H. Boutros wystawia w jednym rogu zamkowej sali szklankę ze zmieszaną wodą mineralną pochodzącą z Libanu i Izraela. Praca odnosi się do libańsko-izraelskiego konfliktu o granice morskie (i głębiej zakorzenionych napięć). W innym zaś miejscu ten sam artysta prezentuje wideo, w przypadku którego trudno samemu dociec, co przedstawia. Jest to obraz nieba, które Boutros nagrał, umieszczając kamerę na granicy belgijsko-holenderskiej. Na jakiejkolwiek granicy by tę kamerę umieścił, obraz będzie podobny. Jakąkolwiek wodę by zmieszał, szklanka pozostanie szklanką.

KURZ / DUST / غبار / fot. Bartosz Górka

O obecnych geopolitycznych problemach pośrednio przypomina mi jedynie działanie Nedy Razavipour. Irańska artystka podczas wernisażu otworzyła ogromne pudła, które przyleciały z Teheranu. Wyciągała z nich różne przedmioty, by rozstawić je w przestrzeni wystawy. To staromodne meble, lustra, srebra. Na antykwarycznym rynku w Iranie określane są jako „polskie”, mają pochodzić z Lechistanu. Takimi europejskimi przedmiotami mogli posługiwać się Polacy, którzy kiedyś przyjechali do Iranu. Tam schroniła się właśnie część polskich uchodźców w czasie II wojny światowej. Może stąd właśnie owe „polskie” przedmioty. Gdyby gest Razavipour odpowiednio wydobyć, mógłby stać się ważnym politycznym głosem wobec powszechnej niechęci kierowanej przeciwko syryjskim uchodźcom.

Nowe otwarcie

„Kurz” jest pierwszą wystawą nowego sezonu, ale też pierwszą wystawą, którą nowa ekipa CSW otwiera swój właściwy program. Najwyższy czas. Dyrekcja Zamku zmieniła się już ponad rok temu, ale do tej pory kontynuowała plany poprzedników, byłego dyrektora Fabia Cavallucciego. Ostatnio w CSW pojawiło się kilku nowych kuratorów, ale mówi się też o trwających zwolnieniach (jak na razie jednak nikt głośno nie protestuje, milczą związki zawodowe). „Kurz” jest więc nowym otwarciem. Gdy nowo mianowana dyrektorka Małgorzata Ludwisiak mówiła o „sztuce globalnej”, do końca nie było wiadomo, co to takiego miało być. (Kiedy czytam przewodnik, nachodzi mnie refleksja, że CSW powinno się najpierw nauczyć polszczyzny.)

Zresztą „Kurz” wznosi się na ruinach starego także dosłownie. Cała architektura wystawy powstała z różnego rodzaju elementów stanowiących wystrój minionych wystaw. Zalegały w zamkowych zakamarkach i nikt już nawet nie pamięta, przy jakiej okazji powstały. Pociągnięto je czarną farbą lub pokryto czarną wykładziną. Efekt jest czasami ciekawy, a czasami absurdalny. W niektórych miejscach interwencje projektanta Krzysztofa Skoczylasa niemal integralnie łączą się z pracami, ale zbudował on też przy wejściu jakąś niekształtną góro-ścianę wokół nierówno przyciętej wykładziny – doprawdy nie wiem po co.

W samym Zamku nowe wciąż spotyka się jeszcze ze starym. Na parterze trwa bowiem wystawa „Co jest społeczne?”, która zajęła sporą część przestrzeni na długie miesiące. To typowa zapchajdziura, których kilka odbyło się za dyrektury Cavallucciego. Składa się na nią dokumentacja różnych działań CSW w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, wychodzących poza przestrzeń instytucji – od zamkowych fasad po Podlasie. Widać, że ekspozycja powstała na szybko, a jej długie trwanie wskazywałoby na to, że w Centrum nie wiedziano po prostu jeszcze, czym zapełnić puste sale. Teraz na dole jest stare, na górze nowe („Kurz”). Przy wszystkich niedoróbkach i archiwalnej nudzie, „Co jest społeczne?” przypomina jednak o czasach, gdy CSW było instytucją podążającą za artystami, pomagającą artystom realizować ich pomysły.

Ze zmianami w Zamku Ujazdowskim wiązano nadzieje powrotu do chlubnych tradycji instytucji. Małgorzata Ludwisiak oraz kuratorki „Kurzu”, Anna Ptak i Amanda Abi Khalil, podkreślają eksperymentalny charakter przedsięwzięcia, bliską współpracę z artystami (część uczestników korzystała z zamkowego programu rezydencjalnego), wpisywanie ich działań w kontekst „zglobalizowanego świata”. Mam wrażenie, że to na razie puste słowa. Dzisiejszych globalnych problemów jak na lekarstwo. Globalne znaczy tu tyle, co uniwersalne, takie samo w każdym punkcie świata. „Sztuka globalna” okazuje się sztuką podporządkowaną ideom kuratorów, włączoną w kuratorskie narracje. I po prostu bezpieczną. Programowo CSW upodabnia się coraz bardziej do innych publicznych instytucji. A „Kurz” to dopiero zapowiedź „nowego”.