Uzbrojona w pędzel

8 minut czytania

/ Sztuka

Uzbrojona w pędzel

Karol Sienkiewicz

Malowała głównie siebie. Wystawa Marii Lassnig w warszawskiej Zachęcie to podróż przez życie artystki

Jeszcze 2 minuty czytania

Dawno nie było w Zachęcie tak klasycznej wystawy. Obrazy na ścianach – tylko tyle i aż tyle – powieszone z dużym oddechem. Nawet podpisy uciekają gdzieś w bok, by zbytnio nie przeszkadzały. By każdy obraz wybrzmiał w przestrzeni. By płótna sobie nie przeszkadzały. I mi, widzowi, też się ten spokój udziela. Ale malarstwo Marii Lassnig bynajmniej spokojne nie jest. Każdy obraz zdradza jakieś zmaganie – nie tyle z malarską materią, co z własnym wnętrzem, z życiem.

„Kiedy męczyło mnie analityczne obrazowanie natury, szukałam rzeczywistości, którą władałam bardziej niż zewnętrznym światem, i odnalazłam ją czekającą na mnie w cielesnym domu, w którym zamieszkiwałam”, pisała w 1970 roku. Swą twórczość od pewnego momentu nazywała „malarstwem cielesnej świadomości”. Przez całe życie własne ciało było jej ulubionym tematem.

Powiedzieć jest łatwo, namalować trudniej. Niektóre obrazy zdają się powstawać w porodowym wysiłku. Pisząc o „malarstwie cielesnej świadomości”, Lassnig wspominała pozycje, jakie przyjmowała malując, fizyczne odczucia malarki pochylonej nad płótnem. Nawet jej abstrakcyjne obrazy, które nazywała „obrazami liniowymi”, miały oddawać cielesne wrażenia. Malowała je leżąc czy klęcząc na płótnie.

Maria Lassnig

kuratorka: Kasia Redzisz, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa, do 15 października 2017.

Częściej jednak ciało przyjmuje kształty przedmiotów. Ciało to krzesło, tarka do warzyw, maszyna. Fotele-ciała wybrzuszają się, jakby miało się z nich coś wykluć. W cyklu „Wewnątrz i na zewnątrz płótna”, utrzymanym w charakterystycznych dla Lassnig nieco fluorescencyjnych barwach, nagie ciało zmaga się z blejtramem, zlewa się z nim, przechodzi przez środek. Płótno staje się jej domem. Jakby nic innego nie istniało. Tylko ona i jej sztuka.

Maria Lassnig w swojej pracowni w Wiedniu, 1983. Fot. © Kurt-Michael WestermannMaria Lassnig w swojej pracowni w Wiedniu, 1983. Fot. © Kurt-Michael Westermann

Dom ciała

Na wczesnym autoportrecie, z 1945 roku, Lassnig ma na sobie tylko sznur korali. Patrzy się przed siebie, nie wiadomo – na nas, czy w lustro, i wznosi w lewej ręce koniuszek pędzla. Tak portretują się artyści, z atrybutem swego zawodu w dłoni. Właśnie skończyła się wojna, w której Niemcy poniosły sromotną porażkę, militarną i moralną. Ona ten okres spędziła na studiach w wiedeńskiej akademii, bynajmniej nie wolnej od nazistowskiej ideologii. Na tym płótnie, jakby niedokończonym, Lassnig jest jednocześnie artystką i modelką. W jej spojrzeniu kryje się jakaś prowokacja. Naszkicowane szybko ciało tylko częściowo pokrywa farba. Wydaje się rozkładać, nabiera dziwnych zielonkawo-brunatnych barw. Jak zapowiedź śmierci.

Kilka sal dalej Lassnig jest już staruszką. Jako siemdziesięciolatka portretuje swe ciało przypominające wiotką materię, podtrzymywaną przez kule, ciało rozczłonkowane na szpitalnych łóżkach. Na jednym z ostatnich płócien, malowanych po dziewięćdziesiątce, jej twarz wyłania się z białej płaszczyzny. Pewnym siebie, przeszywającym wzrokiem patrzy się wprost na mnie. We wzniesionej nad głową lewej dłoni coś dzierży, jakby się broniła czy celowała w widza. Ale kształt tego przedmiotu jest ledwo rozpoznawalny. Sztylet? Nie, to nie narzędzie zbrodni. Tytuł podpowiada, że to wciąż pędzel. To tylko pędzel, ale nie mniej groźny.

Wracam do autoportretu z 1945 roku. Chcę porównać. Obrazy są podobne, ale pozy odmienne. Młodą Lassnig cechuje jeszcze jakaś niepewność. W przededniu śmierci wie, że pędzel był jej orężem.

Maria Lassnig, Selbstporträt expressiv (Expressive Self-portrait), 1945 © Maria Lassnig FoundationMaria Lassnig, Selbstporträt expressiv (Expressive Self-portrait), 1945 © Maria Lassnig Foundation

Świadomość

Ale obok wczesnego autoportertu wisi też „Dom ciała” z 1951 roku, abstrakcyjne płótno, w którym – mimo tytułu – nic nie przypomina cielesnych kształtów. Obraz raczej wciąga do środka jak wir. To dziura, szpara, przez którą do tajemniczego wnętrza docierają bodźce.

Jej malarstwo tylko czasami zdradza fascynacje aktualnymi trendami, mimo że w różnych okresach życia mieszkała w stolicach sztuki – i w Paryżu, i w Nowym Jorku. Lassnig pozostaje nieco z boku, we własnym świecie. Rzadko udaje się też do niego przedostać wydarzeniom ze świata. Tylko wtedy gdy – jak sama pisała – były one silniejsze od niej samej: „gdy napotykałam miłość, śmierć czy opresję i musiałam się im poddać lub przeciw nim zbuntować”. Rzeczywistość wdarła się do jej sztuki w 1991 roku. Słuchała wtedy radiowych doniesień o wojnie w Zatoce Perskiej. I namalowała „Furię wojny”, makabryczną postać szczerzącą zęby, zrośniętą z karabinem maszynowym.

Na „Autoportrecie z kijem” (1971) możemy zaś dostrzec postać zmarłej matki artystki. Lassnig portretuje się, siedząc przed blejtramem. Na tym obrazie w obrazie naszkicowana jest jej matka. Zagląda przez ramie artystce, ale jej dłonie wyłaniają się i spoczywają na ramionach córki, jakby czuwała nad nią nawet po śmierci.

Obrazy na wystawie uzupełnia kilka krótkich animowanych filmów, na których pełniej dają o sobie znać feminizm i zdrowa dawka autoironii artystki. Lassnig kpi z mężczyzn, którzy ją porzucali. Żartuje z rzekomego braku urody. Z tego, że nigdy nie założyła rodziny. Żartuje z Boga, tego z fresku Michała Anioła, biblijnego kreatora. Modele na „linii produkcyjnej” Boga Ojca przypominają postacie z jej obrazów. Lassnig opowiada o trudnościach, jakie napotyka jako kobieta i jako artystka, ale bez resentymentów.

W „Autoportrecie”, krótkim filmie z 1971 roku, w którym jej twarz ulega kolejnym przekształceniom, mówi na przykład: „Chciałam być austriacką Statuą Wolności, ale okropnie się przeziębiłam. Było na to za wcześnie”. W tym momencie Lassing jako Statule Wolności korona zsuwa się z czoła i zasłania usta jak kaganiec.

Maria Lassnig, Selbstporträt mit Stab (Self-portrait with Staff), 1971 © Maria Lassnig FoundationMaria Lassnig, Selbstporträt mit Stab (Self-portrait with Staff), 1971 © Maria Lassnig Foundation

Bliski kres

Liczy się więc świadomość, nie tylko cielesna. „Zanim przeminiesz z wiatrem, bądź świadomy, świadomy, świadomy!”, mówi w jednym z filmów. Dobrze, pani Mario – chciałoby się powiedzieć – ale co to właściwie oznacza i jak ten stan osiągnąć?

Lassnig przez kilkadziesiąt lat długiego życia nie wypuszczała pędzla z dłoni. Im była starsza, tym bardziej wydawała się pewna siebie, wojownicza, stanowcza. W tym dojrzewaniu do końca życia, do ostatniego oddechu jest nadzieja.

Gdy wystawę Lassnig pokazywano niedawno w Tate Liverpool, za sąsiada miała Francisa Bacona. I nie było to sąsiedztwo przypadkowe. Krytycy rozpływali się nad tym zestawieniem. Oboje malowali figuratywnie w okresie, gdy królowała abstrakcja, pop art i sztuka konceptualna. Do sztuki i jego, i jej dałoby się przyłożyć cytat z Franza Kafki, przywoływany w kontekście własnej twórczości przez samą Lassnig, mówiący, że jedyną rzeczywistością jest ból. Lassnig nie przyćmiła brytyjska gwiazda Bacona z jego koszmarnymi wizjami, melodramatyzmem, mięsem.

Maria Lassnig, Zwei Arten zu sein (Doppelselbstporträt) [Two Ways of Being (Double Self-portrait)], 2000 © Maria Lassnig FoundationMaria Lassnig, Zwei Arten zu sein (Doppelselbstporträt) [Two Ways of Being (Double Self-portrait)], 2000 © Maria Lassnig Foundation

Jej popularność poza Austrią przyszła jednak późno. To kwestia zaledwie ostatniej dekady, na którą przypadła końcówka jej życia, śmierć i pośmiertne życie jej twórczości. Na filmie „Ballada o Marii Lassnig” z 1992 roku, w którym artystka wyśpiewała historię swego życia w konwencji niemieckiej pieśni ludowej, podkreślała, że mimo wieku czuje się młoda dzięki sztuce, „choć życia bliski kres”.