Rytuały gościnności
Beatriz González, fot. Mathias Völzke

13 minut czytania

/ Sztuka

Rytuały gościnności

Karol Sienkiewicz

Documenta 14, zanim otworzą się w Kassel, nietypowo zagościły w Atenach. Niemcy robią wystawę w stolicy pogrążonej w kryzysie Grecji za sprawą polskiego kuratora Adama Szymczyka

Jeszcze 3 minuty czytania

Documenta 14, otwarte właśnie w Atenach, to impreza na poważnie, bo i czasy nie są ciekawe. Nie próbuje szukać, co w sztuce najbardziej aktualne, stawia raczej na artystyczną dojrzałość. Obfituje we wzruszenia, ale nie popada w patos.

Na ścianie Narodowego Muzeum Sztuki Współczesnej (EMST), gdzie mieści się główna część wystawy, zawisł ogromny baner Hansa Haacke. Na tęczowym tle pojawia się napis przetłumaczony na różne języki: „We (all) are the people” – „My (wszyscy) jesteśmy ludem”. Powielonej też na tysiącach plakatów pracy nie sposób w Atenach nie zauważyć. Kojarzy się z reklamą producenta farb, ale proste hasło mogłoby służyć za tytuł tegorocznej edycji imprezy. Organizatorzy nazwali ją jednak „Learning from Athens”. Czego dokładnie się od Aten uczymy, nie precyzują.

Adam Szymczyk, dyrektor artystyczny documenta 14, pyta raczej: co z wolnością, która nie jest ograniczona do „wolności artystycznej”? To on wymyślił, by imprezę zorganizować jednocześnie w Kassel, gdzie documenta odbywają się co pięć lat, oraz w Atenach, mieście, które stało się symbolem obecnych kryzysów w Europie. Zaproszeni artyści pracują w obu miastach. Niemiecka odsłona wystawy otworzy się w czerwcu.

Szymczyk pisze, że utrzymanie równowagi między wystawami w obu miastach było trudnym zadaniem – documenta jako organizacja ma samozachowawczy mechanizm i funkcjonuje pod presją sukcesu liczonego w zyskach z biletów. Wskazując na zmiany w programie documenta wprowadzane przez swoich poprzedników, począwszy od Catherine David w 1997 roku, dyrektor artystyczny tegorocznej edycji próbuje więc naruszyć logikę samej instytucji. Widać tu zresztą wpływ VII Biennale w Berlinie, które radykalnie postawił na głowie Artur Żmijewski.Największa cykliczna wystawa sztuki na świecie, której początki wpisują się w proces moralnej odbudowy Niemiec po II wojnie światowej, na nowo definiuje swoje etyczne zobowiązania. Po tym geście rozszczepienia documenta, który nazwałbym gościnnością w cudzym domu, pozostać w Kassel wręcz nie wypada. Documenta w Atenach spotykają się jednak z krytyką i w Kassel, które boi się utracić kontroli nad imprezą, i ze strony ateńczyków, którzy widzą bardziej palące problemy niż sztuka. To Niemcy w ramach Unii Europejskiej narzucili im przecież radykalny program oszczędnościowy.

Szymczyk działa ostrożniej. Gdy Żmijewski był gotowy niemal zrezygnować ze sztuki w imię politycznej efektywności, documenta 14 odczytuję jako próbę jej rehabilitacji, obejścia naszego skompromitowanego obiegu, gładko współgrającego z neoliberalnymi zasadami współczesnego świata. Dlatego świadomi tego ryzyka kuratorzy w Atenach postawili głównie na współpracę z publicznymi instytucjami. 

Continuum

Trudno w całości doświadczyć tej niezwykle szerokiej imprezy, która obejmuje rozsiane po całym mieście prace ponad 150 artystów, program performansów, dyskusji, koncertów, filmy, publikacje, a nawet radio. Podczas konferencji prasowej cały zespół documenta i zaproszeni artyści zaskoczyli dziennikarzy. Zasiedli razem na scenie i jako żywe instrumenty odegrali „Epicycle” greckiego dwudziestowiecznego kompozytora Janiego Christou. To utwór na ciała i nieartykułowane dźwięki – szeptanie, tupanie, gesty. I jasny sygnał – documenta to społeczność i wielogłos.

DOCUMENTA 14
Ateny, od 8 kwietnia do 16 lipca 2017
kurator: Adam Szymczyk

W epoce kryzysu humanitarnego następuje więc powrót do podstaw – do języka, do ciała, do coraz bardziej zagrożonej wspólnoty. Od Christou kuratorzy documenta 14 zapożyczają ideę „continuum”, otwartej formy wspólnej akcji, nieograniczonej czasowo i bez narzuconego scenariusza. „Continuum” przełożone na documenta (a w szczególności poprzedzający samą imprezę program wydarzeń, zatytułowany „Parlament ciał”) zakłada też demokratyzację, spłaszczenie struktury, przynajmniej częściową rezygnację z kuratorskiego gwiazdorstwa. Znalazło to swoje odbicie w konferencji prasowej oraz na wystawie. Documenta należą do widzów, mówi Szymczyk.

Czasami trudno w to uwierzyć. Zwłaszcza, gdy jako widz nie możesz odnaleźć pracy rzuconej gdzieś w tkankę miasta i zaznaczonej na mało precyzyjnej mapce. Między wystawami, rozbudowanym programem i liczącymi setki stron publikacjami trudno się połapać, wybrać najbardziej interesujące punkty programu. Wszystko odbywa się zresztą na granicy czytelności, a wystawa wymaga cierpliwości i skupienia. Pierwszego dnia wręcz zjadały mnie nerwy, że ominie mnie coś ważnego.

To zagubienie wynikało po części z faktu, że do ostatniego momentu kształt imprezy utrzymywano w tajemnicy. Ci, którzy wybiorą się niedługo do Aten lub latem do Kassel, będą mieli łatwiej – już działa świetna strona internetowa wystawy. Szymczyk podpowiadał też, by się nie spieszyć, by zamiast biec od jednego muzeum do drugiego, pozwolić sobie na zwiedzanie różnych dzielnic Aten i rozrzuconych tam prac. Przestrzegał też dziennikarzy, by nie byli wobec niemieckiego prezentu dla stolicy Grecji naiwni, ale nie byli też cyniczni. 

Berlin – Paryż – Calais

Echo tych słów odnalazłem w nowym filmie Artura Żmijewskiego „Spojrzenie” („Glimpse”), jednym z najmocniejszych punktów documenta. Żmijewski z czarno-białą kamerą szesnastką wybrał się do obozów dla uchodźców w Calais, Paryżu, Berlinie. Mieszkającym w opłakanych warunkach uciekinierom przed wojną w Syrii Żmijewski podaje nowe buty czy kurtkę. Ale po to, by po chwili namalować jednemu z nich na plecach biały znak „X”. Afrykańczykom z paryskiej ulicy daje miotłę i pokazuje, jak jej używać. Wchodzi do baraków, gdzie mieszkają, łamie namiastki prywatności, jakie im zostały, grzebie w pościeli. Stawia ich przed kamerą jak obiekty badań antropologów. To okrucieństwo, które artysta bierze na siebie, jest też naszym wspólnym okrucieństwem

Jednym z najbardziej symbolicznych momentów otwarcia był wspólny koncert Ateńskiej Orkiestry Narodowej oraz Syryjskiej Orkiestry Filharmonicznej na Uchodźstwie (SEPO), stworzonej dwa lata temu w Niemczech. Zagrały przejmującą „Symfonię pieśni żałosnych” Henryka Góreckiego, jako niespodziankę dodając do programu syryjską pieśń – wyraz tęsknoty za domem.

W programie pierwszych dni documenta znalazł się również premierowy pokaz filmu Manthii Diawary „Opera świata”. Diawara wykorzystał nagrania opery „Bintou Were” z librettem czadyjskiego poety Koulsy’ego Lamko, wystawionej w 2008 roku na specjalnie zbudowanej scenie nad rzeką Niger w Bamako. „Bintou Were” opowiada losy tytułowej bohaterki, która w ciąży próbuje przedostać się do Europy na łodzi przemytnika. Na filmie sceny ze spektaklu i ulicznego życia stolicy Mali przeplatane są rozmowami z intelektualistami i znawcami opery w Europie. Trudno o większy kontrast. Film kończy prosty wniosek, co do którego wszyscy są zgodni – świat Północy chętnie pozna, a nawet zawłaszczy kulturę Południa, ale nie jest gotowy na przyjęcie w swoim domu samego posłańca. To właśnie ryzyko, z którym mierzy się tegoroczne documenta.

Manthia Diawara, An Opera of the World, 2017, digital video, installation view, EMST—National Museum of Contemporary Art, Athens, documenta 14, photo: Angelos GiotopoulosManthia Diawara, „Opera świata”, 2017,, documenta 14, fot. Angelos Giotopoulos

Wspólnota

W wielu miejscach documenta 14 oddaje głos zmarginalizowanym grupom. Nie tylko uchodźcom, lecz także mniejszościom seksualnym, artystom z Afryki, Pierwszym Narodom z obu Ameryk, Australii i Oceanii, a nawet z Europy. Malarstwo Tshibumby Kanda-Matulu opisujące historię Zairu, instalacja El Hadji Sy z Senegalu, projekt „Biafra Time Capsule” Olu Oguibe to jedne z najciekawszych punktów wystawy. Ale w przeciwieństwie do zeszłorocznego biennale w São Paulo, w Atenach udało się uniknąć zewnętrznego oka etnografa. Czasami jest wręcz dekonstruowane, jak czynią to Rosalind Nashashibi i Lucy Skaer, odwiedzając Thaiti śladami Gauguina.

Operując europejską perspektywą, nie zawsze jednak odczytamy zawarte w pochodzących z różnych stron świata pracach treści. Spływająca z sufitu, monumentalna rzeźba Cecilii Vicuñy z pofarbowanej na czerwono surowej wełny na pierwszy rzut oka przypomina abakan, ale supły na wełnianych sznurach-pępowinach odnoszą się do kipu, prekolumbijskiego pisma węzełkowego. Czarne odlewy przedmiotów Dale’a Hardinga, rozmieszczone na białych postumentach, to odniesienie do aborygeńskiej tradycji. Australijski artysta, potomek ludów Bidjara, Ghungalu i Garingbal, odwołuje się tu do malowideł z wąwozu Carnarvon, na którego skałach Aborygeni odbijali jak szablony swe ciała i używane przez nich przedmioty.

Malarstwo Tshibumby Kanda-Matulu / Nationaal Museum van Wereldculturen, Holandia

Hans Ragnar Mathisen na mapach zastąpił nazwy norweskie czy szwedzkie – nazwami rdzennie lapońskimi. Na najwyższym piętrze EMST znajdziemy zaś lapońską flagę, zaprojektowaną w 1977 roku przez Synnøve Persena, zreinterpretowaną przez niego również w malarstwie – abstrakcji geometrycznej. Persen mówi jednak: „Stworzyłem flagę po to, by schylone głowy mogły się na powrót podnieść”. Pod koniec lat 70. flaga Laponii powiewała na protestach przeciwko budowie hydroelektrowni w Altha Dam. Chociaż tamtą bitwę Lapończycy przegrali, stała się ona zarzewiem szerokiego ruchu politycznego.

Na parterze EMST zagościły zaś maski zmarłego niedawno rzeźbiarza Beau Dicka z Alert Bay na Wyspie Vancouver. Ilustrują legendy i mitologię narodu Kwakwaka’wakw. To artefakty do oglądania w galerii, ale jednocześnie ważne elementy rytuałów i potlaczy. Większości z nas wspaniale rzeźbione maski Dicka kojarzą się bardziej z muzeum etnograficznym niż muzeum sztuki współczesnej, ale nic bardziej mylnego. To sztuka silnie zakorzeniona w tradycji, ale budująca tożsamość i wspólnotę dzisiaj. Paradoksalnie, to właśnie rzeźby Dicka spełniają marzenie o efektywności sztuki. Wśród masek znalazło się kilka miedzianych tarcz, które w geście protestu przeciwko dyskryminacji Pierwszych Narodów zostały złamane przed budynkami parlamentu Kolumbii Brytyjskiej w Victorii oraz parlamentu Kanady w Ottawie.

1. Hans Ragnar Mathisen, widok instalacji, fot. Freddie F. 2. Cecilia Vicuña, „Quipu Womb”, fot. Mathias Völzke 3. Dale Harding, „Body of Objects”, 2017, fot. Mathias Völzke 4. Synnøve Persen, „Sámi Flag Project” 1977–, fot. Mathias V­ölzke

Gorzki dowcip

Mam wrażenie, że jeszcze nie wszystkie wątki documenta 14 w pełni w Atenach wybrzmiewają, że impreza jeszcze nie w pełni nabrała kształtów. Tę intuicję potwierdza lektura towarzyszących jej publikacji, które z jednej strony zdradzają, co niektórzy artyści pokażą w Kassel, z drugiej zaś – uzupełniają i dopowiadają poruszane tematy.

Jeśli niektórzy twórcy w Atenach prezentują starsze prace (jak Susan Hiller czy Roee Rosen), możemy się spodziewać, że w Kassel pokażą nowe realizacje. Wiadomo, że Marta Minujín odtworzy w Kassel „Partenon książek”, pierwotnie zbudowany przez nią w Buenos Aires w 1983 roku, kopię świątyni z Akropolu, której ściany tworzyły zakazane wcześniej w Brazylii książki. Na razie w EMST Minujín rozłożyła na podłodze oliwki i ironicznie twierdzi, że jest to „spłacenie greckiego długu wobec Niemiec”. W katalogu documenta 14 sporo miejsca poświęca się zaś kolekcji Gurlitta, odkrytej w Monachium w 2012 roku i składającej się z dzieł zrabowanych Żydom w czasie II wojny światowej. Na temat relacji niemiecko-greckich i stosunku Greków do kryzysu też nie powiedziano jeszcze wszystkiego.

Kanadyjska artystka Rebecca Belmore na szczycie wzgórza Filopapposa postawiła marmurowy namiot, taki, jakich używają uchodźcy w swych wędrówkach przez Bliski Wschód i Europę. Z jego wnętrza rozciąga się widok na Akropol, kolebkę cywilizacji. Praca Belmore, chociaż malowniczo usytuowana i wykuta ręcznie z niezwykłą starannością, jest gorzka. Jeśli to pomnik, to upamiętnia naszą ułomną gościnność.

1. Rebecca Belmore, „Biinjiya'iing Onji (From inside)”, 2017, fot. Fanis Vlastaras 2. Marta Minujín, „Payment of Greek Debt to Germany with Olives and Art”, 2017, fot. Mathias Völzke

Wciąż wybrzmiewa mi też w głowie film „Somniloquies” Vérény Paravel i Luciena Castaing-Taylora, którzy wykorzystali nagrania Diona McGregora, znanego z tego, że mówił przez sen. Wśród surrealistycznych sennych opowieści (McGregor w jednej z nich uczy studentów medycyny przeprowadzać sekcję zwłok na własnym ciele), nagle padają złowrogie, wypowiadane z drwiną słowa: „Jutro świat popełni samobójstwo. To brzydki dowcip. Ale to prawda”.