Kącik  biało-czerwony
Oskar Dawicki, „To nie jest flaga”, 2014, dzięki uprzejmości galerii Raster

12 minut czytania

/ Sztuka

Kącik
biało-czerwony

Karol Sienkiewicz

„Późna polskość” w Centrum Sztuki Współczesnej nie proponuje niczego, co mogłoby nam pomóc odnaleźć się w Polsce ery „dobrej zmiany”. W kuratorskim zestawieniu sztuka staje się rodzajem krzywego zwierciadła

Jeszcze 3 minuty czytania

Czy można opowiedzieć o Polsce bez lawiny biało-czerwonych prac, krzyży, Matki Boskiej Częstochowskiej, polskiego – santo subito – papieża, Lecha Wałęsy i kapusty? Ewa Gorządek i Stach Szabłowski, kuratorzy wystawy „Późna polskość. Formy narodowej tożsamości po 1989 roku”, która niedawno otworzyła się w Centrum Sztuki Współczesnej, najwyraźniej nie potrafią. Zupełnie nie rozumiem, po co powstała ta wystawa, która zajmuje całe piętro Zamku Ujazdowskiego.

Tytuł Gorządek i Szabłowski pożyczyli od artysty i teoretyka Tomasza Kozaka, a punktem wyjścia uczynili twórczość Stanisława Szukalskiego, którego postać na wystawie przybliżają Maurycy Gomulicki i Jacek Staniszewski. Kozak pisał, a kuratorzy za nim cytują, że późna polskość to „polskość galopująca w zmierzchu ku własnym granicom”. Zilustrować to nietrudno. Na wystawie polskość okazuje się ciasna i oklepana. Sam się w tej polskości na co dzień duszę.

Kuratorzy nie kierują się głębszą refleksją, lecz – jak piszą – kategorią formy. Stąd dominują tu zestawienia ikonograficzne. W efekcie na wystawie czujemy się jak na oświęcimskim żwirowisku lub na miesięcznicy smoleńskiej. Nic dziwnego, że wystawa stała się łatwym przedmiotem ataku artystycznego ignoranta Krzysztofa Vargi, felietonisty „Gazety Wyborczej”, a „Frondzie Lux” dała powód, by się upomnieć o ich nieobecną ulubienicę, Adę Karczmarczyk.

„Późna polskość. Formy narodowej tożsamości po 1989 roku”, kuratorzy: Ewa Gorządek, Stach Szabłowski, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa, do 6 sierpnia 2017.
„Syrena herbem twym zwodnicza”, kuratorzy: Joanna Mytkowska, Marta Dziewańska oraz Sebastian Cichocki, Tomasz Fudala, Robert Jarosz, Magdalena Lipska, Paweł Nowożycki, Łukasz Ronduda, Natalia Sielewicz, Muzeum Sztuki Nowoczesnej,  do 18 czerwca 2017. 

Kuratorstwo Gorządek i Szabłowskiego, które kilkanaście lat temu uważało się za polską średnią, dziś pikuje – i na tle innych instytucji, i w ich własnej kategorii. Oglądając „Późną polskość”, czułem przede wszystkim irytację. Nie do końca nawet wiem, w jakiej właściwie instytucji „Późna polskość” się odbywa. CSW zmieniło ostatnio identyfikację wizualną, przy okazji… promując nową nazwę U-jazdowski. To dziwny ruch, bo instytucja ani nie zmienia siedziby, ani nie zmienia swej struktury, ani nawet nie przeformułowuje swego programu. Dowodem na to jest „Późna polskość”.

Biało i czerwono

Trudno o gorszy moment na tego rodzaju wystawę. Mam wrażenie, że gdyby powstała pięć, a nawet dziesięć lat temu, niewiele by się różniła od tego, z czym dziś mamy do czynienia w Zamku. Do refleksji nad dzisiejszą Polską niewiele wnosi. Nie analizuje polskiej tożsamości czy różnych jej wariantów, raczej ciągle dekonstruuje jej oficjalny, konserwatywno-katolicki mainstream. Nawet z tytułem coś jest nie tak. Mówi on o „formach narodowej tożsamości po 1989 roku”. Tymczasem większość prac pochodzi z ostatnich kilku lat, a patronuje im Szukalski, który miał ambicje tworzenia nowych symboli polskości, ale przed wiekiem. W kuratorskim zestawieniu sztuka staje się rodzajem krzywego zwierciadła.

Co krok mam wrażenie déjà vu. Przygotowując wystawę, kuratorzy po prostu odwiedzali wystawy w innych instytucjach i galeriach prywatnych w ostatnich latach. Wszystko to gdzieś już widziałem! Jeśli ominęło was coś ważnego, polecam sprawdzić, czy nie ma tego przypadkiem na „Późnej polskości”. Pod tym hasłem mieści się bowiem i projekt Honoraty Martin, która pieszo przemierzała Polskę, i „Msza” Artura Żmijewskiego; Ruch Żydowskiego Odrodzenia w Polsce Yael Bartany, i replika baldachimu znad krypty Piłsudskiego na Wawelu, którym Jakub Woynarowski i Instytut Architektury reprezentowali Polskę na Biennale Architektury w Wenecji trzy lata temu.

Szczytem kuratorskiego blamażu jest kącik biało-czerwony, w którym zgromadzono prace w polskich barwach narodowych, od „Studium godła z koroną” Kuby Bąkowskiego po Koziołka Matołka, w którego wciela się Paweł Althamer.

Widoki wystawy / fot. B. Górka
 

Obok prac wybitnych pojawiają się wtórne, ciężkawe. Obecność filmu Ewy Sadowskiej, w którym artystka na melodię „Mazurka Dąbrowskiego” wyśpiewuje opis biało-czerwonego obrazu Marka Rothko, tłumaczą tylko kolory. Banalnego filmu „Pieta” Klementyny Stępniewskiej (Kle Mens) – fakt, że spotkanie z artystką w BWA w Tarnowie zaatakowała Młodzież Wszechpolska. Nadmiernie wyeksploatowano Grzegorza Klamana z jego obsesją na punkcie Lecha Wałęsy. Jako wspólne tło występuje malarstwo Susida i symbole-cienie Mariusza Libla (niegdyś w Twożywie). Wszystko w przestrzennym chaosie, natłoku, niezrozumiałych aranżacjach („Katastrofa” Żmijewskiego wyświetlana jest na suficie i by film zobaczyć, trzeba się położyć na tapczanie).

Geje pod krzyżem

Ogrywane w sztuce od dekad narodowe symbole (polskość nie wydaje się więc tu aż taka późna) przełamuje jedynie wątek gejowski. Stąd tak silna obecność Karola Radziszewskiego. Przypomniano tu i jego pedalską bojówkę w różowych kominiarkach wydzierganych przez babcię artysty – „Fag Fighters”, i powstańcze obrazy z jego ostatniej wystawy w BWA Warszawa.

W detalach opowiedziana też została historia „Tęczy” Julity Wójcik, jedna z najbardziej emblematycznych prac ostatnich lat, która po licznych podpaleniach i odbudowach ostatecznie z placu Zbawiciela wylądowała w magazynach CSW. Tym razem Wójcik proponuje widzom, by uzupełnili „Archiwum tęczy”. Obok wyświetlany jest teledysk Mister D, projektu muzycznego Doroty Masłowskiej, oczywiście… o „Tęczy”.

W innym miejscu wystawy, obok „rozstrzelanych” à la Wróblewski autoportretów Oskara Dawickiego, Daniel Rycharski prezentuje krzyż sklecony z gałęzi drzewa, na którym powiesił się samobójca. Rycharski, artysta i aktywista ruchu Wiara i Tęcza, chce go wykorzystać w ekumenicznej drodze krzyżowej. To praca naznaczona ludzkim dramatem, ale pełna sprzeczności. Towarzyszy jej też egzaltowany tekst pióra Iwa Zmyślonego o tym, że „homofobia zabija”. Pełna zgoda. Homofobia zabija, ale w kolejnym zdaniu trzeba dodać, że Kościół katolicki w Polsce, mimo wyjątkowo wysokiego odsetka homoseksualistów w sutannach, tę homofobię szerzy. Jeśli się tego nie przepracuje, pozostanie wrażenie syndromu sztokholmskiego. Tu brakuje bojówek w różowych kominiarkach.

Widoki wystawy / fot. B. Górka

Bratki

Częścią przestrzeni Gorządek i Szabłowski podzielili się z innymi kuratorami, Jakubem Majmurkiem, specjalistą od filmu, oraz Tomaszem Platą, specjalistą od teatru, zadając pytanie o „formy późnej polskości” na tych polach.

„Esej filmowy”, kuratorowany przez Majmurka, znacznie rozszerza problematykę poruszaną na wystawie – o kwestie globalizmu, realizmu kapitalistycznego czy przestrzeni polskich miast. Ale połączenie w pary artystów wizualnych i teoretyków kina i narzucenie im tematów zaowocowało głównie banalnymi filmami found footage, prezentowanymi na ekranach w nudnych boksach. Obronną ręką wyszła z tego eksperymentu jedynie Karolina Breguła, pożeniona z Kają Klimek, które przyglądają się Katarzynie Figurze jako ucieleśnieniu marzenia o Zachodzie.

Teatralna propozycja Tomasza Platy to właściwie wystawa w wystawie (czasami trudno się połapać, kto za co odpowiadał). Plata przygotował ciekawy zestaw dokumentacji spektakli i zaprezentował je w dialogu z dziełami sztuki. Jednak oglądanie tak wielu dokumentacji teatralnych na wystawie nie ma sensu, a część zestawień jest co najmniej banalna.

Michał Budny, „Granice”.
Julita Wójcik, „Archiwum Tęczy” (w tle teledysk Doroty Masłowskiej)

W tej części wystawy najlepiej wypada sala poświęcona powstaniu warszawskiemu, jednak nie przez dyskusję między dziełami sztuki i spektaklami (te dobrano na zasadzie ikonograficznej), lecz zestawienie artystów. Karol Radziszewski pokazuje tu swe ostatnie obrazy poświęcone postaci czarnoskórego powstańca, Augusta Ogboli O’Browna. Odtworzył tu też mural, którego projekt powstał kilka lat temu na zamówienie Muzeum Powstania Warszawskiego, ale został przez nie ocenzurowany i ostatecznie na murze muzeum się nie znalazł. Po prostu zestawienie półnagich ciał powstańców okazało się dla muzeum zbyt pedalskie. Po cichu gejowski wątek przemycił na ten sam mur Wilhelm Sasnal, który namalował na nim bratki-czaszki. A – jak sam później tłumaczył – nazwa bratka po angielsku, pansy, była kiedyś pogardliwym określeniem homoseksualisty. Na „Późnej polskości” zaprezentowano jednak produkowane przez muzeum gadżety z motywem z malowidła Sasnala. W kuratorskim opisie czaszki-bratki Sasnala występują jedynie jako „wkład w dzieło rekonstrukcji mitu Powstania Warszawskiego”.

Chór Polaków

Powstańczo-afrykański syren Karola Radziszewskiego, nawiązanie do Picassowskiej syrenki, powraca w otwartym niedawno nad Wisłą nowym tymczasowym pawilonie Muzeum Sztuki Nowoczesnej (Muzeum nad Wisłą). Tu jest narysowany na ścianie i towarzyszy innym syrenom, płci wszelakiej, na wystawie „Syrena herbem twym zwodnicza”. Ciekawe, że obie wystawy pojawiły się niemal w tym samym momencie. Tyle że MSN zastosowało skrajnie odmienną strategię i – na naszym podwórku – nową.

Widoki wystawy, fot. B. Górka

Gdy CSW prowadzi sparing z naszymi narodowymi mitami, MSN zmienia reguły gry. Oczywiście, wystawa o syrenach ma przyciągnąć tłumy widzów do nowego pawilonu, ale to też sięgnięcie po symbol, który bardziej łączy niż dzieli. Syrenka jest warszawska, muzeum jest w Warszawie, do tego nad Wisłą, wszystko się zgadza. Ale z Warszawską Syrenką identyfikują się i kibice warszawskich klubów, i transgenderowcy; i tatuujący się nią hipsterzy, i lokalni patrioci. Identyfikują się z nią warszawiacy, ale mieszkańcom innych miast i wsi Polski też nie jest obca. Do tego wystawa, która na pierwszy rzut oka wydaje się typowym „czymś w sztuce”, pozwala na ukazanie syrenki i syrenów jako symbolu z bardzo głębokim drugim dnem. W CSW wszystko się spłaszcza.

Ani w Muzeum nad Wisłą, ani w CSW wciąż nie dowiemy się jednak, co z tą Polską. Tylko w ostatniej sali „Późnej polskości” (w części przygotowanej przez Platę), obok ogranej na wszelkie możliwe sposoby „Bombowniczki” Anny Baumgart i spóźnionej o dwie dekady nowej sukienki dla Matki Boskiej Częstochowskiej Łukasza Surowca (skomponowana z polskich grzechów i wstydów), jest pewne światełko w tunelu. To dokumentacja „Konstytucji na Chór Polaków”, wystawionej rok temu w warszawskim Nowym Teatrze. Tekstem spektaklu była polska konstytucja, a odczytali ją wspólnie dzieci i emeryci, członkinie Chóru Kobiet i działkowcy, uchodźczynie z Czeczenii i popularni aktorzy. Chór Polaków okazał się bardzo zróżnicowany.

Wystawa kończy się więc w miejscu, w którym powinna się zaczynać.