Zbrodnia roku
Danny Devos, rękawiczki Eda Geina, 1987 / MOCAK

Zbrodnia roku

Karol Sienkiewicz

Kolejna wystawa w MOCAK-u za wspólny mianownik prezentowanych dzieł wzięła „zbrodnię”. Nie jest ani specjalnie strasznie, ani do końca poważnie, ani śmiesznie. Niepokoi kuratorska dezynwoltura

Jeszcze 2 minuty czytania

Gdyby wystawa „Zbrodnia w sztuce” była jakimś wybrykiem prowincjonalnej galerii, można by przejść nad nią do porządku dziennego. Na pierwszy rzut oka nic nie wnosi ani nikomu nie szkodzi. Ale to zapowiadany hit sezonu w jednej z najważniejszych instytucji kulturalnych Krakowa. I jak na dłoni widać, że MOCAK nie uczy się na własnych błędach. Wręcz przeciwnie, powtarza je z uporem, napierając na mur ślepego zaułka. U widzów poczucie żenady miesza się z rozbawieniem.

Żadna z dotychczasowych wystaw „… w sztuce” nie była sukcesem. Pomysł na szeroko zakrojone, nieskomplikowane pokazy tematyczne, wielokrotnie już krytykowany, miał przybliżać sztukę szerokiej publiczności. „Zbrodnia…” jest czwarta w cyklu, wcześniej „w sztuce” szukano historii, sportu i ekonomii. Efekt jest jednak odwrotny od zamierzonego. MOCAK, na czele z dyrektorką Marią Anną Potocką, nie potrafi znaleźć równowagi między popularyzacją po linii najmniejszego oporu i zgłębianiem dzieła sztuki. Muzeum mimowolnie sztukę karykaturyzuje i upupia. I, co gorsza, zdaje się tego wcale nie zauważać. Jedyny ratunek dla widza to zapomnieć, na jakiej znajduje się wystawie, wyobrazić sobie, że oglądane prace dryfują w próżni, i pod żadnym pozorem niczego nie czytać. Chyba że chcemy dać się ponieść przez ten cieniutki kabareton.

„ZBRODNIA W SZTUCE”

Kuratorki: Delfina Jałowik, Monika Kozioł, Maria Anna Potocka, MOCAK, Kraków, do 28 września 2014

Moja ocena wystawy w większości nie dotyczy samych prac. Wśród licznych obiektów, dosyć chaotycznie zapełniających przestrzenie ekspozycji czasowych, znalazły się zresztą dzieła wybitne, tyle że zazwyczaj podane w sposób, który niweczy starania artystów. Samo zaszufladkowanie ich jako „prac o zbrodniach” zawęża ich przekaz. Jeszcze bardziej szkodzą operujące niezamierzonym humorem podpisy (chociaż nie raz wytykano MOCAK-owi ich grafomańskość, a nawet powstała poświęcona im strona na Facebooku, nadal gmatwają sprawę, zamiast wyjaśniać).

Trup w tataraku

A skoro zbrodnia spotyka sztukę, to znajdzie się i model celi śmierci wykonany z włóczki (Kjersti G. Anvdiv), i nałożone na siebie portrety pamięciowe przestępców (Hubert Czerepok), i motyw przesłuchania (Ignas Krunglevičius), i krzesła elektryczne malowane przez Andy’ego Warhola. Dzięki innym pracom zapoznajemy się z historiami najbardziej nieprawdopodobnych zwyrodnialców, na przykład bratanicy króla Batorego, która używała ludzkiej krwi dla celów kosmetycznych. Od zbrodni do kary i z powrotem.

Andy Warhol, Krzesło elektrczne I, 1971, dzięki uprzejmości Muzum Moderneho umenia Andyho Warhola
w Medzilaborcach / MOCAK

Zdecydowanie ciekawiej robi się za kartką ostrzegającą przed „pracami mogącymi naruszać wrażliwość”. Znajduje się tu m.in. cykl abstrakcyjnych prac na papierze Teresy Margolles, powstałych przez zanurzenie kartek papieru w wodzie, w której wcześniej umyto ciała po sekcji zwłok. Intrygujące czerwono-rdzawe zacieki to ślady krwi. Margolles w ten sposób opowiada o życiu codziennym w niektórych partiach swego kraju, Meksyku. Obok estetyczne, wielkoformatowe fotografie Andresa Serrano przedstawiają zbliżenia ciał w kostnicy, a Daniel Spoerri do policyjnych fotografii dołącza przedmioty, przez które sceny zbrodni stają się bardziej realne. W innym miejscu przypomniana została instalacja Doroty Nieznalskiej z 1998 roku, podejmująca problem przemocy wobec kobiet.

Szybko jednak w natłoku prac „zbrodnia” staje się banalna. Wystawa zamienia się w horror klasy C, który zamiast straszyć, śmieszy, ale też szybko nudzi. Przeszkadza miszmasz stylów i postaw. Jednym okiem można rzucać na prace Margolles, drugim – na operujące klozetowym żartem rysunki Andrzeja Mleczki. W najbardziej odległym punkcie wystawy, gdzie dociera się po pokonaniu kilku schodków, w niewielkim stawiku pływa kukła kobiety, twarzą w wodzie (to instalacja Virginie Barré). Za późno, by ratować się ucieczką.

Społeczna nienormalność

W kuratorskim tekście Potocka bawi się w domorosłego socjologa i znajduje podobieństwa między działaniem przestępców i artystów. Oto artyści „w zbrodniarzu odkrywają odrażającego brata, który – podobnie jak oni – daje sobie prawo do działania na własnych prawach”. I jedynie w przypisie dyrektorka zauważa to, czego każdy zwiedzający wystawę domyśli się sam, że „zbrodnia” została tu potraktowana bardzo szeroko. To dramatyczne słowo (w polskim prawie określające czyn zabroniony, zagrożony karą co najmniej trzech lat pozbawienia wolności) zostaje przystawione do rzeczy wręcz błahych.

Dorota Nieznalska, „Modus operandi”, 1998 / MOCAK

Kuratorkami (z Potocką współpracowały Delfina Jałowik i Monika Kozioł) zdaje się kierować jakaś perwersyjna przyjemność, która każe doszukiwać się „zbrodni” gdzie się tylko da. I podobnie perwersyjne przyjemności imputują artystom. Tworzy się kuriozalny katalog czynów „zbrodniczych”. Już nie tylko morderstwa z zimną krwią, ludobójstwa i podpalenia – sławetne mocakowe podpisy kryminalizują wszystko, co stanie na ich drodze. Kpiarz Mladen Stilinović do listy angielskich słów z oksfordzkiego słownika dopisuje wszędzie „pain” (ból), czym rzekomo wskazuje na „zbrodnię globalistyczną”. Winny jej jest – jak rozumiem – sam język angielski. Krakowski malarz Bartek Materka ma na swym obrazie ilustrować „zbrodnię polegającą na zapijaniu się na śmierć”.

Jakby tego było mało, ofiarami „zbrodni” padamy również my, widzowie. O pracach Teresy Margoles czytamy: „Ten fizyczny dowód śmierci i projekcja jej brudu są «zbrodnią» dokonaną z premedytacją na ludzkiej wrażliwości”. W sali obok Margolles „gwałci” zaś inne zmysły. Ja się nie poczuwam do bycia ofiarą artystki.

Domniemanie

W co najmniej dwóch przypadkach interpretacyjny absurd przechodzi w niestosowność. Oto oglądamy dwie fotografie przechodniów autorstwa Beata Streuli (podobne zdjęcia tego samego artysty na stałe ozdabiają szklaną fasadę muzeum). Jedną wykonał w Ammanie, drugą – w nowojorskiej dzielnicy Queens. Nie ma w nich niczego nadzwyczajnego i gdyby nie podpis, trudno byłoby stwierdzić, co robią na tej wystawie. Pokrętna logika autora/autorki interpretacji w scenie przekazywania sobie pieniędzy przez mężczyznę i kobietę najpierw każe dopatrzeć się „rozliczania kradzieży, kupowania narkotyków, haraczu pobieranego przez alfonsa”, a potem zauważa „zbrodnię” w samych tych „skłonnościach interpretacji”. „Dla wielu osób z naszego kręgu cywilizacyjnego”, czytamy, za takim odczytaniem ma świadczyć „pochodzenie bohaterów tych zdjęć”. Bohaterowie mają ciemną skórę. Trudno to właściwie komentować. Ten „nasz krąg cywilizacyjny” to jakieś zaściankowe rejony umysłu, z którymi się nie identyfikuję.

Guidi Calletti, fotografia numer 1912, lata 30. / MOCAK

Podpisy sugerują również, że sztuka może zbrodni przeciwdziałać. Jak w przypadku Mariana Henela, nieżyjącego już mieszkańca zakładu psychiatrycznego na Warmii, autora eksponowanego tu ogromnego gobelinu, na którym dał ujście swoim fantazjom erotycznym – jego fantastyczny świat zamieszkują głównie skąpo ubrane kobiety, eksponujące swe piersi i wyjątkowo szerokie zadki. MOCAK wnioskuje, że gdyby nie sztuka, Henel, który wcześniej swoje fantazje „z ogromną krzywdą społeczną próbował realizować w życiu realnym”, z dużym prawdopodobieństwem popełniłby morderstwo. Inne dzieła potraktowano równie tępą intelektualnie siekierą.

Jakby tego wszystkiego było mało, Potocka dokonuje na „Zbrodni…” kuratorskiego harakiri. Oto zamiast XIX-wiecznych obrazów Matejki czy Żmurki (oczywiście ze scenami przestępstw), jedną ze ścian pokrywają fototapety z ich reprodukcjami. Oryginały znajdują się niedaleko, bo w kolekcjach polskich muzeów. Nie wiem, czy się nie dało, czy nie chciało się ich wypożyczyć, ale efekt jest osobliwy – mocakowe wystawy jeszcze bardziej zbliżyły się do ścian. Dla niepoznaki określa się ten zabieg bardziej profesjonalnie brzmiącym słowem – faksymile.

Zrozumienie

Niedawno Maciej Nowak w jednej ze swych kulinarnych recenzji zauważył, że przez lata wyostrzyły mu się kryteria i zrobił się bardziej wymagający wobec serwowanych mu dań i jakości lokali gastronomicznych. Bo po prostu w międzyczasie poprawił się poziom warszawskich i – szerzej – polskich restauracji. Podobnie sprowadzenie do muzeum dzieł znanych artystów, nawet z zagranicy, nie wystarczy. A już na pewno nie wolno im robić kuku.

Tym razem zderzenie z kuratorstwem à la MOCAK przeżyło zaledwie kilka dzieł – prace Margolles, instalacja Nieznalskiej, rysunki kredą Rafałą Bujnowskiego czy zdjęcia Serrano. Całkiem obronną ręką wyszły też z tego eksperymentu „Listy do brata” Grzegorza Drozda z 2010 roku. Drozd poprosił więźniów osadzonych w polskich zakładach karnych o napisanie listów do ludzi na wolności. Ich zbiór nadaje ludzkiego wymiaru problemowi „zbrodni”, któremu tak nieporadnie próbowali stawiać czoła kuratorzy. Listy prezentują szeroki wachlarz środków – od prób rysunkowych, po rymy częstochowskie, jednak sprawiają wrażenie szczerych. Jeden z osadzonych pisze: „Wiesz, mam co prawda fatalne maniery i koszmarne mam zwyczaje, lecz tak po prostu zamiast litości czy pogardy, zrozumienia potrzebuję. Zrozumienie to jedna z życiowych potrzeb”.