Śmierć pośrednika
rys. Helena Perez Garcia / Flickr Attribution-NonCommercial-NoDerivs 2.0 Generic

Śmierć pośrednika

Jakub Zgierski

„Legendy miejskie” na BookRage to nowy model dystrybucji i sprzedaży, ale też dobry przykład na to, jaką metamorfozę pod wpływem mediów społecznościowych przechodzi samo pisanie

Jeszcze 3 minuty czytania

Niskie zarobki pisarzy, kurczące się czytelnictwo, znikające księgarnie, zamykane punkty biblioteczne, kryzys krytyki literackiej, dominacja hurtowników i jeszcze Amazon na horyzoncie. Gdy słucham branży wydawniczej wieszczącej swój nieuchronny upadek, coraz częściej zadaję sobie pytanie: czy jest czego żałować?

Co to bowiem za dziwny ekosystem, w którym kupując książkę, płacę około 60% jej ceny firmie logistycznej? To ona w dużej mierze decyduje, co będzie w księgarni, a co nie, co warto dystrybuować, a co zdaniem pana hurtownika nie rokuje. W związku z tym klient dostaje zhomogenizowaną masę literacką, redaktor okruszki i okrawki zamiast wynagrodzenia, tłumacz pocieszną zapomogę, a autor – honorowym groszem w twarz. Czy erozja takiego systemu może być czymś złym? Czy to nie jest czasem jeden z tych dobroczynnych kryzysów, które niosą świeże powietrze i innowację?

Przyjrzyjmy się więc temu nowemu frontowi atmosferycznemu, który slowly but surely, idzie ku nam znad zachodnich rynków. Jego pierwszym zwiastunem jest ten straszny, straszny monopolista, Amazon, którego całe rzesze polskich czytelników wyczekują niecierpliwie jak Lublin Ikei.

Wielka Amazonka

„Jedynymi osobami niezbędnymi na rynku czytelniczym są autor i odbiorca”
Russel Grandinetti, Amazon

Co jest takiego w Amazonie, że ziemia drży, gdy nadchodzi? Kontrola nad wszystkimi elementami procesu wydawniczego. Eliminacja pośredników. Amazon, będąc jednocześnie księgarnią, hurtownią, drukarnią i wydawnictwem, potrzebuje tylko dwóch współpracowników: autora i czytelnika. I obu jest w stanie zaoferować dużo więcej niż nasz analogowy Lewiatan. Czytelnikowi: wielki wybór, darmową dostawę, niską cenę. Autorowi: nawet 70% zysków, zachowanie praw autorskich, dotarcie do globalnej widowni.

Dzięki tej strategii Amazon opanował już prawie połowę amerykańskiego rynku, co pozwala mu na prowadzenie wyniszczającej wojny z dystrybutorami, księgarniami i wydawcami (głośny był niedawny konflikt z Hachette). We Francji z obawy przed Amazonem wprowadzono zakaz oferowania darmowej dostawy książek będących w promocji. W Czechach natomiast w drodze referendum zablokowano budowę centrów dystrybucyjnych. Nie wgłębiając się w ich słuszność, trzeba powiedzieć, że wszystkie te wysiłki przypominają trochę próbę zawrócenia kijem wezbranej rzeki. Rzeki, którą zasilają trzy nowe, potężne nurty: czytniki książek, self-publishing i media społecznościowe.

Self publish, be happy

Co jest takiego rewolucyjnego w czytnikach? W gruncie rzeczy wcale nie chodzi o ich lekkość czy komfort czytania, lecz o zasadniczą zmianę w dostępności książek. Dotąd cały „długi warkocz” autorów spoza głównego nurtu, cieszących się niewielką lub średnią popularnością, nie mieścił się na półkach w księgarni. Książki, które nie sprzedawały się wystarczająco szybko, nie miały czasu zaistnieć na rynku. Pozycje niszowe, wydawane „po taniości” lub własnym sumptem, wyglądały dużo gorzej i nie mogły konkurować z mainstreamem. Czytniki znoszą wszystkie te ograniczenia.

Dzięki nim, a także technologii druku na żądanie, na całym świecie zaczęły powstawać platformy umożliwiające autorom samodzielne wydawanie (lub jak mówią niektórzy ironicznie: samowydawactwo) swoich utworów. Prym wiedzie Amazon ze swoim createspace (wersje papierowe) oraz Kindle Direct Publishing (e-booki), ale są też alternatywy takie jak Lulu, iUniverse albo Smashwords. W Polsce niedawno wystartował serwis Rozpisani.pl, będący odnogą Wydawnictwa PWN, jest też platforma self-publishingowa Virtualo i kilka innych, ale to są dopiero pierwsze kroki. Dla porównania w USA Amazon ogłosił niedawno, że z jego listy stu bestsellerów jedna czwarta to właśnie tak zwane selfy. Nie wspominając o tym, że już w 2009 roku stanowiły one 76% wszystkich tytułów wydawanych na amerykańskim rynku (choć szacunki Bowkera trzeba traktować z dystansem).

Krytycy self-publishingu straszą nadmiarem, obniżeniem jakości, rozmyciem się wspólnych kodów kulturowych i słusznie wskazują na fakt, że książka nie powstaje wyłącznie w głowie i na laptopie pisarza. Jest efektem spotkania człowieka z człowiekiem. Każdy Carver potrzebuje swojego Lisha, a każdy Lish swojego Carvera. Tak, ale czy wszystkie książki obecnie wychodzące z tradycyjnych wydawnictw są wypielęgnowane jak dłonie milionera? Nadmiar, niechlujstwo, grafomania i literówki są z nami od dawna. Wydawnictwa, próbując konkurować na rynku zdominowanym przez wielkich dystrybutorów, tną koszty i zatrudnienie. Cierpią na tym autorzy, którzy nagle orientują się, że sami są odpowiedzialni za promocję swojej książki, a w niektórych przypadkach nie otrzymują nawet wsparcia redakcyjnego wychodzącego poza korektę stylistyczną. Wielu pisarzy zostało więc już jakiś czas temu zmuszonych do wejścia w rolę samodzielnych przedsiębiorców (tyle że bez żadnej gratyfikacji finansowej).

Taki wyemancypowany twórca to naturalny kandydat na przyszłego self-publishera. Na Zachodzie wielu autorów ze średniej półki zdecydowało się już na zmianę frontu, ale równie wielu woli pozostać w wydawnictwach, z którymi są związani i gdzie czują się bezpiecznie. Nic dziwnego, self-publishing daje wprawdzie 50-80% przychodów ze sprzedaży, ale wymaga wejścia w zupełnie nową rolę.

Autor nie widmo

Samodzielnie publikujący autor musi z milczącej wyroczni zamienić się we własnego wydawcę. Musi zaangażować do współpracy redaktora, grafika, korektora i piarowca. Choć najczęściej to on sam inicjuje działania promocyjne, rozsyła egzemplarze recenzenckie, odpowiada na zarzuty krytyków i zarządza trzódką oddanych fanów. Coraz częściej jest też piszącym na żywo performerem, poganianym do pracy przez euforycznie lajkujących lub sceptycznie nieklikających. Cała siła self-publishera polega bowiem na utrzymywaniu żywej relacji ze swoją publicznością, czekającą całe miesiące na kolejną książkę. Media społecznościowe pozwalają mu się z nią zaprzyjaźnić. Dać się poznać. Dialogować. A nawet zaprosić do akcji crowdfundingowej.

Nie wszyscy autorzy będą się dobrze czuli w tej roli i dlatego zapewne niejeden z nich nadal będzie świadomie decydował się na współpracę z wydawnictwem, o ile tylko będzie ono rozumieć jego twórczość, będzie znać jego czytelnika, będzie oferować mu realne wsparcie, docierając z jego książką do wyselekcjonowanej grupy docelowej. To dobrze wróży wydawnictwom autorskim, z wizją, z jasno określonym czytelnikiem, z umiarkowaną liczbą tytułów, skoncentrowanych na jakości. Za taką usługę nawet najbardziej wyemancypowany autor chętnie zapłaci częściową utratą niezależności. Bo jak myślicie, jak wielką pasją darzą książki pracownicy Amazona? No właśnie.

Alternatywa

Ta nowa fala wcale nie musi więc sprzyjać wyłącznie Amazonowi i innym gigantom (Facebook też chce powalczyć o self-publisherów). Nowe trendy dają szansę również innowatorom, którzy chcą zmieniać zasady gry. W Polsce dobrym tego przykładem jest BookRage, z którego strony do 4 sierpnia 2014 można pobierać pakiet książek elektronicznych pt. „Legendy miejskie”. Płaci się tyle, ile się chce, a ponadto można samemu zdecydować, jaka część wpłaconej kwoty trafi do twórców, jaka do organizatorów, a jaka na cel społeczny. Sugerowane wartości to, odpowiednio, 70% – 15% – 15%, ale można je dowolnie modyfikować. Co istotne, każdy może śledzić na bieżąco rezultaty finansowe akcji.

Elementy, z których ułożony został ten model – zasada „płać, ile chcesz”, sprzedaż pakietów w ograniczonym oknie czasowym, finansowanie społecznościowe, łączenie celów biznesowych i społecznych, odwołanie się do świadomej konsumpcji – nie są nowe. Ale wiele wskazuje na to, że po raz pierwszy (i to w skali globalnej) zostały połączone w spójną całość. Amerykańskie inicjatywy, z których BookRage czerpie inspirację – Humble Bundle, StoryBundle – działają na podobnej zasadzie, ale nie mają takiej transparentności i jasnych celów społecznych.

Okazuje się więc, że polscy pisarze mogą zarobić nie siedem, lecz siedemdziesiąt procent ceny książki. I to nie tylko autorzy o znanych już nazwiskach (w pakiecie są książki Żulczyka, Szczerka i Najdera), ale też debiutanci tacy jak Pochwatka czy Teklak. Bo dlaczego właściwie autor mieszkający dwie przecznice ode mnie, ziomal lub ziomalka, która ma mi coś do powiedzenia, która wydała książkę lub komiks, ma dostawać z moich pieniędzy tylko nędzne okruszki?

Jak można więzić słowa?

 „Jak już mi się udało coś napisać i wrzucić do szuflady, to natychmiast tekst zaczynał mi dno tej szuflady przepalać i najdalej po dwóch dniach nakurwiałem tym kawałkiem w internet, bo przecież jak można więzić słowa?”
Radek Teklak na fejsie

„Legendy miejskie” na BookRage to jednak nie tylko ciekawy model dystrybucji i sprzedaży, ale też dobry przykład na to, jaką metamorfozę pod wpływem mediów społecznościowych przechodzi samo pisanie. Połowa książek w tym pakiecie to tzw. blooki, czyli literatura, która powstawała w kawałkach na potrzeby internetu i na którą ogromny wpływ miało śledzenie przez autorów reakcji czytelnika w czasie rzeczywistym. To niemal z definicji pociąga za sobą epizodyczność, realizm, bezpośredniość i autoironię. Żadnego nadymania się. Mało się klika? Znaczy tekst nie zaczyna się wystarczająco mocno. Lajki pojawiają się niechętnie? Znaczy puenta niewyraźna. Słowo nie porywa wystarczająco szybko. A szybko porywać musi. Bo nagromadzenie informacji tak duże. Uwaga czytelnika taka płocha.

W tej bezlitosnej hucie stylu wykuwają się wręcz zaczątki nowych gatunków literackich. Na przykład tyrada bluzgająca (Teklak). Albo wpis anegdotyczny, który w wykonaniu Najdera i Pochwatki ma zazwyczaj długość od tysiąca do trzech tysięcy znaków, jest pisany gęstym, barokowym stylem, nasyconym parabolami, porównaniami, postintelektualnymi stylizacjami i językiem zasłyszanym na ulicy. Często składa się z długiej, budującej napięcie ekspozycji i końcowej ironicznej puenty. Coś w stylu – jak powiedziała ostatnio Joanna Dziwak – „Wyszłam z domu po chleb bezglutenowy i teraz posłuchajcie jaka przygoda mnie spotkała”. Nie brzmi to może zbyt poważnie, ale taki barokowy realizm doprowadzony do perfekcji w mętnych wodach internetu potrafi zaskakiwać trafnością i wiarygodnością.

Władza w ręce mas

Zmienia się więc tekst, rola autora, zarobki pisarzy, sposób dystrybucji i samo czytanie. Wygląda mi to na przejaśnienie w dość ponurym krajobrazie, ale dla strażników (gatekeepers) świata literackiego sprawa ma się dokładnie na odwrót:

„Pisać każdy może i to jest prosta droga do często pozornego zaistnienia. Jak słyszę, że kilka lat temu w self-publishingu amerykańskim zawisły trzy miliony tytułów, to tracę przyjemność czytania. Jak mam się w tym orientować i po co?” – Beata Stasińska, wydawca.

 „Uważam, że w Polsce wydaje się za dużo książek. Może nie mnie to oceniać, ale pisarze piszą za dużo. Człowiek nie nadąża” – Michał Nogaś, krytyk.

„Jest boom na książki, są wydawane w setkach i tysiącach na całym świecie, w różnych formach. Wygląda na to, że wszyscy noszą w sobie powieści. Dobrze by było, gdyby je tam pozostawili” – Javier Marias, pisarz.

Idą więc barbarzyńcy, niosą brud i chaos. Bo cóż to wszystko warte, ta grafomania, te fanfiki, te wpisiki, te fabuły dla prostaczków. Mamy pozwolić, aby ludzie sami decydowali, co dla nich dobre? Bez nas wskazujących kierunek? Mon Dieu, co to będzie. Demokracja w oczach XVIII-wiecznego monarchy musiała wyglądać bardzo podobnie.