Uciec z powstania
"Miasto 44", materiały prasowe

Uciec z powstania

Jakub Socha

W „Mieście 44” Komasa co rusz razi widza prądem i doprowadza do wstrząsów, ale robi to mechanicznie, dla samego efektu

Jeszcze 2 minuty czytania

Płonące ruiny powstańczej Warszawy przemieniają się w panoramę dzisiejszej stolicy. Czary, dokładnie jak w ostatniej scenie „Quo vadis” Jerzego Kawalerowicza, w której to święty Piotr zostaje przeniesiony machiną czasu z Rzymu Nerona do tego współczesnego. Myślałem, że tego typu atrakcji już nie zobaczę, a tu taka niespodzianka, na dodatek podwójna. Cudowna transformacja, w której zostaje połknięte to wszystko, co się wydarzyło między rokiem 1944 a 2014 – codzienny trud ludzi dźwigających stolicę z kolan, odgruzowujących ją, potem stawiających nowe budynki i zapełniających je życiem – pojawiła się najpierw w reklamówce wyświatlanej na ekranach telebimów na Stadionie Narodowym, gdzie odbyła się wczoraj uroczysta prapremiera „Miasta 44” Jana Komasy, a potem już w samym filmie. W tej drobnej manipulacji zawiera się cały sens polskiej polityki historycznej związanej z powstaniem, której celem jest przekonanie nas, że 2+2=5. Że masakra tamtej Warszawy to było zwycięstwo, że powstańcy to byli ostatni ludzie z zasadami, że śmierć setek tysięcy ludzi przyczyniła się bezpośrednio do tego, że jesteśmy tu, gdzie teraz, że możemy cieszyć się tym, co mamy.

Przed wejściem na stadion każdy otrzymał świeżutką opaskę powstańczą, co było lekko niesmaczne, w końcu większość osób, które zginęły wtedy w stolicy, żadnych opasek na ramionach nie nosiła. Tego typu gadżety, podobnie jak te nieszczęsne kolekcje inspirowanych powstaniem ubrań, można by jeszcze ścierpieć, gdyby nie stały za nimi mądrości takie jak te, którymi podzielił się z widzami reżyser na kilka minut przed początkiem projekcji. Wyraźnie wzruszony, ale wyprostowany, Jan Komasa, któremu widocznie „Polska usiadła na mózg i sparaliżowała myślenie” stwierdził, że powinniśmy nieść dalej ideę powstania. „Miasto 44” jednak świata nie zawojuje. 

Film wyraźnie cierpi na stylistyczne ADHD (złośliwi powiedzieliby pewnie, że to nie ADHD, tylko biegunka). Początek przypomina vintage’owe kino Jacka Borcucha – Warszawa Jana Komasy może i jest pod okupacją, ale daje się lubić, warszawiacy z kolei mogą się podobać – są ładni, mają ładne fryzury i ładne stroje, ładnie się zaciągają papierosami. Wokoło nich panuje przyjazna atmosfera, której nie zmąci nawet jeden Niemiec sadysta. Przyroda jest doskonała, kataryniarze grają na podwórzach, ludzie gwarzą przy ognisku, ktoś jedzie rikszą, ktoś z fantazją wchodzi samochodem w zakręt. Żyć, nie umierać. O dziwo te kilka obrazków z fotoplastykonu jest całkiem zgrabnych; Komasa umiejętnie je łączy ze sobą. Kilka przejść montażowych, w których obserwujemy Stefana, głównego bohatera filmu, najpierw w otoczeniu przyjaciół, a potem – matki i brata, ciekawie zarysowuje rozdarcie chłopaka między obowiązkiem wobec rodziny a budzącym się do życia ciałem.

fot. Mike Urbaniak

Za każdym razem, gdy wychodzi rano do pracy, Stefan odgrywa na chodniku przed domem małą pantomimę, którą obserwują z okna matka z bratem. Te codzienne sztuczki, budujące więź między tą trójką, Komasa ściera w proch sceną, w której role się odwracają – teraz Stefan obserwuje z okna, jak niemiecki żołnierz pakuje kule z pistoletu w tych, którzy jeszcze kilka dni temu byli widzami jego małego teatru. W „Mieście 44” Komasa co rusz razi widza prądem i doprowadza do wstrząsów, ale robi to mechanicznie, trochę dla samego efektu. Z jednej strony Grand Guignol, z drugiej – sentymenty. Deszcz z porozrywanych ludzkich cząstek i krwi, zmiażdżone przez pociski twarze, ciała zdmuchiwane przez fale uderzeniowe i obijane o ściany zupełnie jak kukiełki, śmierć pod każdą postacią, a obok tego wszystkiego wygłaskani powstańcy i nakręcone w zwolnionym tempie sceny miłosne, w których wokół nagich ciał kochanków wiruje cały świat – płomienie, pociski i gwiazdy. Nadmierna przemoc i piramidalny kicz. Jedno i drugie całkowicie wirtualne, przesadzone dokładnie tak samo, jak portrety Niemców, występujących w filmie w zasadzie jedynie w rolach psychopatów.

„Miasto 44”, reż. Jan Komasa. Polska 2014,
w kinach od 19 września 2014
O takich reżyserach, jak Komasa, mówi się, że myślą scenami. To nie jest zła metoda, tylko że – jak każda inna – wymaga samokrytycyzmu i konsekwencji. W „Mieście 44” tego wyraźnie zabrakło, i tak obok świetnie zainscenizowanych i pomyślanych scen, jak ta z ostatnią walką na Czerniakowie, znajdują się tu takie kurioza, jak przemarsz kanałami utrzymany w stylistyce taniego amerykańskiego horroru, czy bieg Stefana przez cmentarz pod gradem kul, któremu towarzyszy „Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena. Muzyka to kolejny problem, ścieżka została złożona bardzo eklektycznie, ale ten eklektyzm – inaczej niż na przykład u takiego Tarantino – filmowi nie służy. Nakładają się na siebie dubstep, ciężkie gitary i stare piosenki z gramofonów, ale w zasadzie nie wiadomo, po co. Kiedy się słucha tych przypadkowych zbitek, przypomina się nieśmiertelna fraza Abradaba: „Nie wiesz, co mówić, mów niewyraźnie”.

Może właśnie dlatego, że jest w tym filmie taki bałagan, paradoksalnie udaje się z niego coś ocalić. Kilka opartych na solidnej dokumentacji obrazków z rzeczywistości powstańczej (choć zdarzają się i tu rzeczy bardzo dyskusyjne, jak choćby scena, w której bohaterscy powstańcy ocalają grupkę Żydów – zawarta w niej sugestia, jakoby AK się o nich bardzo troszczyła, jest zdecydowanie na wyrost). Przede wszystkim jednak Stefan i Biedronka. O Polsce w ogóle nie mówią. Wojenna przemoc co rusz rzuca ich na kolana. W ich oczach widać tylko lęk; ich ciała trzęsą się ze strachu. Odarci ze wszystkiego, idą przez powstańczy świat jak przez mgłę, doświadczają najgorszego, a potem dają się porwać wirowi zdarzeń. Przez Warszawę poruszają się jak zombie, wydają się całkowicie nieobecni. Wolność? Zasady? Niepodległość? Nie, o tym wcale nie myślą. Uruchamiają się w nich podstawowe instynkty, wszechobecna śmierć rozpuszcza wszystko, poza jednym: wręcz zwierzęcą chęcią przeżycia. Wymknięcia się wreszcie z tego szalonego świata. I wyrwania się z samego filmu.