„Yuma”, reż. Piotr Mularuk

„Yuma”, reż. Piotr Mularuk

Jakub Socha

W swoim debiutanckim filmie Piotr Mularuk przekonuje, że Polacy są skazani na zajmowanie się złodziejstwem, bo tylko dzięki niemu mogą poczuć, co to erekcja

Jeszcze 1 minuta czytania

Zyga, dwudziestokilkulatek mieszkający w Brzegach, przygranicznym nadodrzańskim miasteczku, ma pod górkę. Nie ma nawet na adidasy, chodzi w tekturowych butach, w których grzebie się zmarłych. Nadarza się jednak okazja – upada mur, otwierają się granice, obrotna ciotka namawia go, żeby zajął się jumaniem, czyli okradaniem niemieckich sąsiadów. Czasy są ku temu idealne – w sklepach jeszcze nie ma magnetycznych bramek i kamer, więc można spokojnie wynosić całe reklamówki nowiutkich towarów. Wyposzczony polski naród rzuca się na nie bez opamiętania. Wkrótce Zyga zostaje królem w Brzegach. Po ulicach paraduje w kowbojkach, jeździ czerwonym cadillaciem, przychodzą do niego nawet miejscowi lekarze i proszą, by załatwił im specjalistyczny sprzęt medyczny do szpitala. Dziewczynie, do której wzdycha, jednak to nie imponuje – czeka na innego księcia z bajki. Smutne. Mularuk pewnie uważa, że również pouczające.

Tytuł filmu nawiązuje oczywiście do slangowego wyrażenia, oznaczającego zawłaszczanie i przemycanie niemieckiego mienia przez polską ludność przygraniczną. Samo słowo natomiast pochodzi od „określenia pociągu PKP, którym wyjeżdżano z Zielonej Góry do Berlina, który odjeżdżał o 15:10, co kojarzone było z westernem «15:10 do Yumy»”. Mularuk wziął sobie ten fakt za bardzo do serca. W swoim debiucie wygrywa go na kilku poziomach i na kilka sposobów. Podczas ostatniego seansu filmowego w miasteczku pokazany zostaje właśnie klasyk Delmera Davesa: Zyga ogląda go z wypiekami na twarzy – pasjonuje się mitologią Dzikiego Zachodu, próbuje ubierać się jak kowboje, chce być jak oni. Że on próbuje, to pół biedy, szkoda, że kowboja stara się zrobić z niego też reżyser, a Zyga to przecież tylko skrzywdzone dziecko.

Rzeczywistość początku lat 90. w Brzegach też przypomina western, tylko że taki zrobiony przez Polaków. W centrum świata stoi burdel, w którym panienki tańczą na rurze. Odpoczywa w nim banda Zygi, burmistrz oraz nieliczni Niemcy. Główna ulica to wielki stragan, młodociani złodzieje rozbijają się po niej swoimi napędzanymi przez benzynę rumakami, na pozbijanych z nieheblowanych dech kramach piętrzą się zachodnie, błyszczące towary. Szef policji sprzyja bandytom, nowo przybyły żółtodziób próbuje grać szeryfa, ale jest za słaby, żeby przeprowadzić zmianę. Czarny charakter z wytatuowanym diabłem na plecach, były radziecki żołnierz, dzisiaj przemytnik, terroryzuje Polaków. Wszyscy narysowani są grubą kreską, charakter postaci określa w zasadzie tylko ich przesadzony ubiór.

 W tym przedziwnym skansenie, pośród przeróżnych dźwięków: od country, przez rap, aż po słynne „Coco Jambo”, Mularuk snuje swoją historię, która nie sprawdza ani jako opowieść inicjacyjna, ani jako analiza zjawiska, które rzeczywiście rozgrywało się na ziemiach polskich zaraz po upadku Związku Radzieckiego. Ostatecznie skończyło się na klasycznym resentymencie, podszytym seksualną frustracją.

„Yuma”, reż. Piotr Mularuk. Polska 2012,
w kinach od 10 sierpnia 2012
W swoim debiutanckim filmie Piotr Mularuk przekonuje, że Polacy są skazani na zajmowanie się złodziejstwem, bo dzięki niemu mogą poczuć, co to erekcja. „Staje ci, gdy jumasz?”, mówi jeden rzezimieszek do drugiego. „Tak”, odpowiada ten drugi, po czym razem ruszają za zachodnią granice na swój ostatni straceńczy napad. Chwilę wcześniej zostali zbiorowo zgwałceni przez niemieckich sąsiadów.

Niemcy gwałcą Polaków, ale Rosjanie też. W debiucie Mularuka fabułę zawiązuje scena, w której radziecki żołnierz, a przy okazji sutener, zmusza dwóch chłopców do miłości francuskiej – wszystko za to, że nie chcieli zapłacić pracującej dla niego prostytutce. Nie chcieli zapłacić, a więc okradli ją. I takie to koło: sfrustrowany seksualnie Polak kradnie, by się podniecić, okradani sąsiedzi natomiast mszczą się na nim gwałtem. Niełatwo jest być spełnionym Polakiem. Można wyrwać się z tego kręgu, ale wtedy trzeba zaakceptować kazirodczą miłość. Jedyna scena seksualna w „Yumie”, w której nie ma gwałtu, rozgrywa się między młodziutkim kuzynem a podstarzałą i wypindrzoną ciotką.