Hucpa

8 minut czytania

/ Film

Hucpa

Jakub Socha

Jeden z najbardziej enigmatycznych i najciekawszych amerykańskich reżyserów od kilku lat zawzięcie pracuje nad pogrzebaniem swojej legendy. Ma na tym polu już całkiem duże sukcesy

Jeszcze 2 minuty czytania

Jest legendą i enigmą, niektórzy porównują go wręcz do Pynchona i Salingera. Ponoć jest strasznie nieśmiały, dlatego prawie nie udziela wywiadów i nie pozwala się fotografować. Gdy już zgadza się wystąpić publicznie, to po wcześniejszym ustaleniu, że wystąpienie nie będzie nagrywane – jedyne nagranie z nim, które udało mi się znaleźć na YouTubie, wygląda na kręcone z biodra. Żeby było ciekawiej, w swoim debiutanckim filmie, „Badlands”, opowieści o dwójce młodocianych morderców, którzy próbują wyrwać się ze społecznych ram, zagrał jedną z epizodycznych ról – pojawił się na ekranie przez kilka minut, zaprezentował, jak wygląda, a potem zniknął. Było to pierwsze zniknięcie Malicka. Do drugiego doszło zaraz po jego kolejnym filmie, „Niebiańskich dniach”, historii robotnika, który przymusza swoją dziewczynę, żeby wyszła za chorego i bogatego farmera. Tym filmem Malick utwierdził swoją pozycję jednego z najbardziej oryginalnych amerykańskich filmowców – i zamilkł na dwadzieścia lat. Wrócił „Cienką czerwoną linią”, adaptacją wojennej książki Jamesa Jonesa. Wrócił jednak odmieniony.

Nagle jego bohaterowie zaczęli jakby mniej ze sobą rozmawiać, głos narratora, który nadawał strukturę dwóm pierwszym filmom, oraz dialogi zastąpiły niekończące się, wypełnione po brzegi świetlistymi słowami monologi wewnętrzne. Interakcje między ludźmi zeszły na dalszy plan, ich miejsce zajęły pasaże przyrody. Malick miał zawsze do niej słabość, po powrocie z dobrowolnej emerytury ta słabość tylko się wzmogła – żaden badyl już nie mógł być tylko badylem, musiał być wzniosły. „Niech ktoś znajdzie temu facetowi pisarza, bo tego, co pisze, nie da się słuchać i nie da się mówić” – wspominał po latach przygodę z dziwnym Amerykaninem sympatyczny Kanadyjczyk, Christopher Plummer, który zagrał u niego w „Podróży do Nowej Ziemi”, swobodnej wariacji na temat Pocahontas.

Plummer narzekał nie tylko na możliwości pisarskie Malicka. Krytykował też jego rozlazły styl pracy, rozpasane improwizacje, które czasami kończą się tym, że niektóre role po prostu w montażu nie kleją się z pozostałymi, przez co lądują w koszu. Tak było z rolą Adriena Brody'ego w „Cienkiej czerwonej linii” czy rolą Rachel Weisz w „To the Wonder”. Z tym klejeniem się to w ogóle ciężka sprawa – Malick już zapomniał o opowiadaniu historii, postawił na luźne impresje, w których raczej nie ma co liczyć na coś takiego, jak ciąg przyczynowo-skutkowy. Z czasem coraz bardziej zaczął się rozkochiwać w swojej metodzie, czego dowodem jest chociażby to, że ostatnio kręci film za filmem. Im bardziej się w niej rozkochiwał, im mocniej ją podkręcał, tym wyraźniej okazywało się, że to, co proponuje, jest wielką hucpą.

W przyspieszeniu tempa pomogły mu bez wątpienia nowe, poręczne kamery cyfrowe, dzięki którym można szybko i tanio zmieniać kolejne lokacje oraz filmować bez użycia sztucznego oświetlenia. Kluczowe znaczenie ma jednak to, kto za tą kamerą stoi, a od „Podróży do Nowej Ziemi” tą osobą jest Emmanuel Lubezki – genialny operator, w swoim fachu: kaskader, malarz i linoskoczek. Kilka miesięcy przed premierą „Song to Song”, najnowszego filmu Malicka, w sieci pojawiło się nagranie, na którym widać, jak Lubezki po prostu wkracza z kamerą na plenerową scenę koncertową i lawirując między kablami, wzmacniaczami, głośnikami i muzykami, którzy grają koncert dla z niczego niezdającej sobie sprawy publiczności, filmuje Vala Kilmera robiącego mały performans. Inna sprawa, że gdy ogląda się inne materiały robocze z tego występu, ma się wrażenie totalnego chaosu i tego, że nikt tu nie wie, co tak naprawdę robi. Potwierdza to prosty fakt – Val Kilmer zjawia się w „Song to Song” zaledwie na chwilę i w zasadzie nie wiadomo po co.  Może się pocieszyć tym, że nie jest jedyny i że znajduje się w doborowym towarzystwie, choćby Cate Blanchett.

Jeśli chodzi zaś o same zdjęcia, to, jak to u Lubezkiego, są one oszałamiające: zaczynając od otwierającej sekwencji, gdzie tłum tańczy w kurzu, a kończąc na scenie, w której dwoje kochanków skacze przez małe sadzawki na płaskowyżu tuż przed zachodem słońca. Tych pocztówek jest zresztą zatrzęsienie, bo praktycznie każda scena rozgrywa się w innym miejscu, wedle zasady: może wejdźmy pod ten wiadukt albo na tę łąkę i zróbmy kolejne ładne, płynne ujęcie, gdzie będziemy podążać za idącymi przed nami bohaterami.

1. „Badlands”, 2. „Niebiańskie dni”, 3. „Podróż do Nowej Ziemi”, 4. „Song to Song”



Chodzenia jest w „Song to Song” naprawdę dużo. Chodzi Cook, demoniczny i zepsuty do szpiku kości producent muzyczny. Chodzi BV, liryczny piosenkarz w koszuli w kratę, który nie chce się sprzedać. Chodzi Faye, która z kolei z chęcią by się sprzedała, bo marzy o karierze i rozwoju duchowym. Chodzi i Rhoda, która sprzedaje się z niechęcią, ale za to w szczytnym celu – żeby sprawić mamie nowy dom i żeby nie musiała już mama pracować jako sprzątaczka. Chodzi też zastęp długonogich modelek i prostytutek – te paradują najczęściej w samej bieliźnie wokół łóżka, w którym wyleguje się Cook, strasznie się nudząc, a trochę cierpiąc, prawie jak francuski egzystencjalista. I tylko Flea z Red Hot Chili Pepers, który wyskakuje niespodziwanie w jednej ze scen – film rozgrywa się w świecie muzycznym, więc przewija się przez niego całkiem sporo gwiazd i gwiazdek – zamiast chodzić zaczyna brykać jak wesoła kózka. 

W trakcie chodzenia idą w najlepsze kolejne monologi, równie dobre jak te, które można było sobie wypisać z „Rycerza pucharów”, poprzedniego filmu Malicka, który reżyser realizował równolegle do „Song to Song” – część aktorów, która gra w jednym, gra też w drugim; część, która wystąpiła w jednym lub drugim, ostatecznie w ogóle nie pojawia się na ekranie. Z „Rycerza” najbardziej zapamiętałem dwie mądrościowe race: „Jesteśmy jak chmury: zoom float-left float-left--offset„Song to Song”, USA 2017, w kinach od 19 maja 2017przychodzimy i odchodzimy”; „Świat to szambo: trzeba nad nim przelecieć”. W „Song to Song” Faye powtarza w myślach, że czuje się, jakby składała się tylko z błota, co nie przeszkadza jej w tym samym czasie przytulać się do powiewającej firanki z organdyny. Czy muszę dodawać, że tych powiewających firan jest w filmie dużo więcej? Jednak nie firanki są gwoździem do trumny, tylko fraza podkradziona wprost z „Psów” Pasikowskiego: „ten świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia”. Wygłasza ją Cook, którego gra Micheal Fassbender, i przez chwilę ma się wrażenie, że jest to myśl samego aktora, który zorientował się, w czym przyszło mu uczestniczyć. Z innych polskich akcentów grzechem by było nie wspomnieć o wykorzystanym przez Malicka „Angelusie” Wojciecha Kilara. Gdy rozległy się w sali kinowej słowa modlitwy „Zdrowaś Mario”, które w początkowej partii utworu Kilara chór deklamuje w języku Miłosza i Świetlickiego, młodzież siedząca przede mną w kinie parsknęła śmiechem. Trochę im się nie dziwię. Dawno nie widziałem w kinie równie desperackiego podbijania stawki, za którym kryje się tylko megalomania i narcyzm.

Malick próbuje nas przebudzić: wyrwać z materializmu i zagnać z powrotem do kościoła, gdzie mieszka Bóg, miłość i sens, ale w całej tej misji ewangelizacyjnej, której się podjął, bardziej od tych, do których kieruje swoją nowinę, interesuje go dźwięk jego własnego głosu. Peroruje tak zawzięcie o kryzysie wartości i zagubieniu, strasząc nas paraliżem i nagłą, niezapowiedzianą śmiercią, że nie słyszy, że od początku fałszuje. Oglądając przez dwie godziny kilkoro pięknych ludzi, którzy bawią się w dobro, wrzucając bezdomnym dolara do plastikowego kubeczka, człowiek ani przez chwilę nie przestaje uciekać myślami. A to w kierunku sezonu na szparagi, a to w kierunku piekła.