Jeszcze warkniemy

Jeszcze warkniemy

Jakub Socha

Polska, która wyłania się z „Układu zamkniętego”, to błędne koło: zawsze zdradza o świcie, wbija nóż w plecy, patrzy, jak toniesz w bagnie

Jeszcze 2 minuty czytania

Janek Kos i Jan Serce – tak naprawdę ich pierwsze spotkanie. Niby niemożliwe, ale w kinie przecież wszystko jest możliwe – nie ma granic i jedno może się swobodnie w drugie przelewać. Dyfuzje, transfuzje, mutacje; czary. Skoro Hulk może spotkać Iron Mana, a Superman – Batmana, to dlaczego bohaterowie polskiej popkultury nie mogą odwiedzać się w fikcyjnych światach? Ryszard Bugajski w „Układzie zamkniętym” pokazuje właśnie takie odwiedziny. Dla niepoznaki zmieniono jedynie nazwiska bohaterów. Janek Kos został Andrzejem Kostrzewą, Jan Serce – Mirosławem Kamińskim. Panowie trzymają się świetnie, żyją we współczesnej Polsce, mieszkają w tym samym mieście; grają ich ci sami aktorzy, co kiedyś – Janusz Gajos i Kazimierz Kaczor. Obaj przez lata zdołali przytyć i się przebranżowić: czołgista został prokuratorem, a kanalarz szefem urzędu skarbowego. Wczorajsi idealiści zostali niestety skurwysynami. Oto niezbity dowód na to, dlaczego w Polsce nie udała się transformacja.

W polskim kinie, które próbuje flirtować z gatunkiem, rządzą zestawy konkretnych twarzy, artefaktów i opozycji. Już w pierwszej sekwencji Bugajski wykłada kawę na ławę. Trzech jeszcze młodych biznesmenów otwiera nowoczesną fabrykę do produkcji zaawansowanego sprzętu elektronicznego. Uroczystość; zjawia się na niej lokalny establishment: jest biskup, prezydent miasta, są prokurator i naczelnik urzędu skarbowego. Młodzi przedsiębiorcy, każdy z nich stosunkowo szczupły, kontra stara gwardia – okrąglutkie pączki w maśle.

Kostrzewa z Kamińskim przyglądają się przecinaniu wstęgi. Człowiek patrzy na Gajosa stojącego obok Kaczora i już wie, że zaraz zacznie się knucie. Wiadomo też, że w tym duecie to Gajos będzie rozdawał karty, a Kaczor będzie jego pomocnikiem – wypisane to mają na twarzach. Tak samo jak grający jednego z biznesmenów Robert Olech ma wypisane na twarzy to, że prędzej czy później załamie się pod wpływem dramatycznych wydarzeń, które już niedługo zafundują mu jego przeciwnicy. Żeby jednak wszystko było jeszcze bardziej jasne, Bugajski obdarza swoich bohaterów garścią rekwizytów. Kostrzewa dostanie domek myśliwski, starego, ale doskonale zachowanego merca, dwururkę; scenografowie powieszą mu na ścianie wypchaną głowę dzika, do jednej ręki ktoś wciśnie mu golonkę, do drugiej – kieliszek wódki. Młody biznesmen otrzyma wygodne buty do biegania zamiast samochodu, robota, nowoczesny komputer, świeżo wyciskany z owoców sok i kilka żywych królików, które będą hasały sobie po jego biurku. W tle też jest nieźle: byłego opozycjonistę, dzisiaj uczciwego przedsiębiorcę, zobaczymy za kratkami z różańcem; światowej sławy śpiewaczkę operową z ekscentrycznym naszyjnikiem na szyi, cienkim papierosem i odtłuszczonym mlekiem. Przedmioty i pozy zakleszczają bohaterów. Świat zastyga. Inercja ogranicza aktorów – w tym układzie nic nie mogą ugrać.

Zamiast opowiadać historię, Bugajski ustawia jedynie opozycje. Oczywiście jedni są całkowicie zdegenerowani, drudzy kryształowi. Oczywiście ci pierwsi są dziećmi poprzedniego ustroju, drudzy nie mają z nim nic wspólnego. Układ jest niby zamknięty i dobrze zakamuflowany, ale w gruncie rzeczy wszystko jest jasne jak słońce.

W więzieniu gwałcą, brutalna policja wdziera się do domów, przez co dochodzi do poronień, małym dziewczynkom ze strachu mocz cieknie po nodze, potem jeszcze, wskutek traumy, tracą głos – oto atrakcje, które serwuje Bugajski, żeby powiedzieć, że w Polsce nie dzieje się najlepiej. Czasami jest mniej dosadny, pokazuje na przykład jedynie, jak młodemu prokuratorowi przed przejściem na stronę ciemności zbiera się na wymioty. Czasami idzie w poezję – retrospekcje z młodości Kostrzewy, w sposób naiwny wyjaśniające, dlaczego jest takim a nie innym człowiekiem (za komuny donosił, teraz jest bezwzględnym cynikiem – doskonałe równanie), zjawiają się zawsze otulone monochromatyczną mgiełką; makiaweliczne tyrady prokuratora rozegrane są na tle trofeów myśliwskich.

„Układ zamknięty”, reż. Ryszard Bugajski.
Polska 2013, w kinach od 5 kwietnia 2013 
Skandaliczne nadużycia aparatu państwowego, opisane swego czasu przez Piotra Pytlakowskiego w artykule w „Polityce”, wokół których scenarzyści zbudowali swoją opowieść, przybierają w filmie wymiar wręcz demoniczny – jesteśmy najwyraźniej w piekle. „Układ zamknięty” to specyficzny rodzaj kina politycznego, który wyrasta nie z fascynacji pogmatwaną, trudną do zaakceptowania rzeczywistością, ale z resentymentu. Nie uznaje ono zasady, że każde prawo jest niedoskonałe, a każda władza popełnia błędy; wierzy raczej, że władza zawsze popełnia błędy, a prawo zostało napisane właściwie tylko po to, by chronić postkomunistyczne elity. Polska, która wyłania się z „Układu zamkniętego” to błędne koło: zawsze zdradza o świcie, wbija nóż w plecy, patrzy, jak toniesz w bagnie. Z tego bagna nie możesz się wyrwać, mówi Bugajski, i zaraz dodaje: zwiewaj stąd, póki możesz, jak najdalej, koniecznie na Zachód, tam, gdzie szanują ludzi, gdzie jest uczciwy kapitalizm – w filmie uosabiany przez przyjacielskiego Duńczyka.

Ten wieczny kompleks Zachodu, to odwieczne przekonanie, że gdyby nie postkomuniści, w Polsce byłoby jak w niebie. Bugajski śpiewa swą nudną pieśń o nierównym i niekończącym się starciu z komuną na melodię polskiego disco (polskiego kina) z lat 90. Wykorzystuje toporne strategie artystyczne, które są anachroniczne i trochę śmieszne – współczesne porządne kino polityczne już raczej o nich zapomniało. Autor „Generała Nila” tęskni za Zachodem, ale ciągle nie może wyrwać się z przeszłości. Jeszcze warkniemy, mruczy pod nosem Kostrzewa. Bugajski myśli, że warczy, ale tak naprawdę tylko mruczy.