Życie rodzinne

4 minuty czytania

/ Film

Życie rodzinne

Jakub Socha

Niewielu jest we współczesnym kinie reżyserów, którzy potrafiliby osiągnąć ten stopień autentyzmu, co Puiu. Rumun ma niebywały dar obserwacji i słuch do języka

Jeszcze 1 minuta czytania

W najsłynniejszym filmie Cristi Puiu, „Śmierci pana Lazarescu”, musi minąć godzina zanim kamera opuści mieszkanie tytułowego bohatera: zawalone gratami, wilgotne, przesiąknięte kocim moczem. W „Sieranevadzie”, jego najnowszym filmie i jednocześnie najlepszym na tegorocznych Nowych Horyzontach, kamera nie rusza się z jednego mieszkania praktycznie przez trzy godziny. Zanim się jednak w nim znajdzie, reżyser ustawia ją na rogu zwykłej bukareszteńskiej ulicy, która niczym nie różni się od naszych ulic. Ledwo zaczęte, a już przerwane roboty drogowe przykryły zwały brudnego śniegu, jeden pas jezdni został zastawiony samochodami, nie ma gdzie zaparkować, więc wszyscy kręcą kółka, czekając aż coś się zwolni. Każdy się wlecze, ruch utrudniają dodatkowo dostawcze ciężarówki. Jedna ręka sama się opiera o klakson, druga szuka po kieszeniach fiolki z prozakiem. Ludzie, gdyby tylko dano im szansę, zaraz skoczyliby sobie do gardeł – Puiu wyprowadzając kamerę w jednej z końcowych scen filmu znowu na ulicę, ją im daje. I nagle wybucha dzika agresja, zupełnie z niczego.

Wcześniej obserwujemy życie rodzinne zamknięte w M4. Kamera ustawiona w korytarzu filmuje chodzących w tę i z powrotem ludzi, co chwila wybiera kogoś z nich i idzie za nim do pokoju. Jest ich dużo, zebrali się na stypę, czekają na księdza, który ma odprawić modlitwy, ksiądz jednak się spóźnia, więc wszyscy się kręcą trochę bez celu. Kurzą papierosy w kuchni, patrzą w telewizor, zaglądają do garnków – posiłek wjedzie na stół dopiero po tym, jak duchowny już sobie pójdzie. I rozmawiają, jak to na tego typu zjazdach – z każdą kolejną butelką coraz szybciej i coraz otwarciej. O pracy, o żonach, o zdradach, o teoriach spiskowych. Kolejne głosy nakładają się na siebie, na nie nakłada się płacz dziecka, dźwięk z ekranu i dźwięk trzaskających drzwi. Trzaskają co chwilę, bo nikt nie potrafi usiedzieć na miejscu – jest więc jak w ulu albo jak w najintensywniejszych fragmentach „Tanga” Rybczyńskiego. Jest tak, jakby człowieka teleportowano z kina na jego własny, rodzinny zjazd. 

„Sieranevada”, Cristi Puiu„Sieranevada”, Cristi Puiu.
Chorwacja, Francja, Rumunia 2016. W kinach od 2 czerwca 2017 
Niewielu jest we współczesnym kinie reżyserów, którzy potrafiliby osiągnąć ten stopień autentyzmu, co Puiu. Rumun ma niebywały dar obserwacji i słuch do języka. Potrafi ze zwykłych słów i gestów zagęścić akcję, zbudować przenikliwy obraz wspólnoty. Wystarczy mu drobiazg, żeby scharakteryzować postać, u niego każdy jest kimś i każdy jest pojedynczy, a równocześnie przypomina kogoś, kogo wydaje się, że dobrze znamy. To oczywiście też zasługa aktorów, których z powodzeniem można porównać do tych, z którymi pracuje autor „Wszystko albo nic”, Mike Leigh.

Z minuty na minutę odsłania się coraz bardziej skomplikowana sieć zależności rodzinnych. Wychodzą różnice pokoleniowe i klasowe. Do głosu dochodzą stłumione uczucia, dawne żale i te całkiem nowe. Tworzą się chwilowe fronty i frakcje, by po chwili się rozpaść. Emocje, o których się nie myśli, i słowa, których normalnie się nie używa – osamotnienie, niespełnienie, zmęczenie, smutek, zwykła bezmyślność – materializują się. Od pewnego momentu już wiadomo, że się uleje, że zacznie się prawdziwa awantura. Gdy wybucha, po chwili zamienia się w farsę, a potem jeszcze wchodzą na scenę spodnie nieboszczyka, które ktoś z żałobników musi założyć na siebie, żeby duch zmarłego mógł odejść w spokoju.

Nie jest więc „Sieranevada” filmem, który przedstawia rodzinę jako piekło. Oczywiście, rodzina, tym bardziej taka, w której wszyscy muszą gnieździć się w małym mieszkaniu i nieustannie chodzić sobie po głowie, może doprowadzić do białej gorączki. Bohaterowie Puiu ciągle próbują wyrwać się z tego mieszkania, planują być w nim tylko przez chwilę, spieszą się na zewnątrz, jakby coś ich goniło, ale ciągle wracają. Bo właśnie tu, wśród swoich, którzy potrafią napsuć sporo krwi, znajdują prawdziwe ukojenie. Śmiech, który rozlega się w finale, jest tak czysty, jak tylko można to sobie wyobrazić.