Bohaterowie naszych czasów
„W spirali”, reż. Konrad Aksinowicz

6 minut czytania

/ Film

Bohaterowie naszych czasów

Jakub Socha

„Ojciec” Artura Urbańskiego i „W spirali” Konrada Aksinowicza to dwie opowieści o współczesnych Polakach – dwa koszmary, z których człowiek chce się jak najszybciej przebudzić

Jeszcze 2 minuty czytania

Krzysztof otwiera bagażnik, Konstanty – nowy etap w życiu. Krzysztof jedzie do lasu. Konstanty zostaje.

Krzysztof otwiera bagażnik, wrzuca do niego torby podróżne, siada za kierownicą, obok siada Agnes, jego partnerka. Ruszają na wywczas do domku na odludziu. Samochód się jeszcze nie zdąży rozpędzić, a oni już idą na udry, autostopowicz, spotkany przy drodze, zostaje zabrany na wspólną przejażdżkę, żeby choć przez chwilę był spokój. Niedoczekanie – autostopowicz, Żyd o imieniu Tamir, który wygląda jak stary hippis – przyniesie coś zgoła odmiennego.

Konstanty zostaje, choć nie jest mu łatwo. W tym samym czasie, gdy rodzi mu się pierwsze dziecko, umiera jego ojciec. Wybiera jednak narodziny, nie pogrzeb – nie daruje tego sobie, a jeszcze bardziej swojej partnerce Mili, czym doprowadzi do rozpadu ich pięknego związku. Przy okazji troszkę zwariuje.

Taka sytuacja: dwa rozpady, dwie jeszcze całkiem młode polskie pary (zdaje się, że bez kredytów, na pewno z widokami na przyszłość), dwóch reżyserów, którzy opowiadają ich historie w swoich drugich filmach fabularnych, wchodzących do kin prawie w tym samym czasie. To nie może być przypadek, podejrzewam, że to Zeitgeist.

„W spirali” Kondrada Aksinowicza i „Ojca” Artura Urbańskiego na pierwszy rzut oka sporo dzieli. Ten pierwszy rozgrywa się w naturze, ten drugi – w okolicach placu Zbawiciela w Warszawie. Czy mogą być bardziej odmienne rzeczywistości? A jednak, i tu, i tu jest zaskakująco podobnie. I tu, i tu są narkotyki oraz ładne ubrania. I tu, i tu pręży się ta sama wirtualna Polska, która zanudza nas na śmierć swoimi bzdurami.

„Ojca” Artura Urbańskiego„Ojciec”, reż. Artur Urbański

Jakże nabzdyczone są ich problemy. Jakże nieciekawi są ci ludzie – zwiewna aktorka i znerwicowany artysta („Ojciec”); rozczulający się nad sobą aktor i zdesperowana producentka („W spirali”) – którzy żyją w luksusowych mieszkaniach, wśród ładnych przedmiotów uśmiechających się perliście z każdego kąta, zainteresowani tylko sobą. Po wypaleniu skręta rozmawiają przy kolacji o samobójstwie, snują refleksje o ludzkiej słabości, tworzą hermeneutyczne koła wokół pojęcia „autentyczność”, w momencie impasu tarzają się w farbie w ramach performansu, ku chwale transgresji, albo idą do sklepu po Leicę za kilkanaście tysięcy złotych, żeby zrealizować projekt złożony z czarno-białych zdjęć trupów z prosektorium, bo czują przez skórę, że Eros i Tanatos w jednym mieszkają domku. „Życie jest – jak to ujął Dante w «Boskiej komedii» – jak wędrówka przez ciemny las”.  Bez problemu można sobie wyobrazić, że każdy z nich chętnie wytatuowałby sobie tę frazę na ramieniu lub łydce. 

To o lesie, to cytat z jednego ze wspomnianych wyżej reżyserów. Przyjrzyjmy się tym lasom, to znaczy lasowi i lasowi z betonu. Rozgrywają się w nich nadwiślańskie gwiezdne wojny. Te wojny mają odwrócić uwagę od tego, że o bohaterach nie można powiedzieć dużo więcej ponad to, że mają w szafach dużo doskonałych jakościowo sukienek, skór, płaszczy i swetrów, a w szafkach – zestaw laserowych trymerów z wieloma nakładkami do każdego rodzaju zarostu.

A więc wojna – po Warszawie, oprócz nieszczęśliwego Konstantego, grasuje naspidowany alfonso-diler, który handluje swoją nastoletnią siostrą, z okna strzela z karabinu polski Breivik, w tle huczy piekielna muzyka, jest jeszcze szalona lesbijka, która płacze wniebogłosy. W lesie Aksinowicza z kolei prawdziwa partyzantka: większą część filmu wypełniają ogniska, czatowanie na skałach, biegi przełajowe na golasa, zapasy i podduszania. Szarpana narracja, aktorska ekspresja, zróżnicowana, niepokojąca paleta kolorystyczna, znacząca liczba luk, których żaden racjonalista nie zdoła wypełnić, tylko potęgują wrażenie, że rzeczywistość, percypowana i przeżywana przez polskich japiszonów, to chaos, którego nie da się ogarnąć ludzkim rozumem, co akurat z perspetywy tych dwóch filmów jest jak najbardziej prawdą.

Przy takich projektach, jak „Ojciec” i „W spirali”, gdy powiedziało się „a”, to bez „b” ani rusz. A więc jak wojna, to i Żydzi, i Holocaust. U Urbańskiego Zagładę wywołuje zmarły ojciec, odcięty od świata w swoim analogowym mieszkaniu, naznaczony traumą, którą wrzepił przy okazji synowi, czym pozbawił go jakże ważnych w życiu codziennym umiejętności interpersonalnych. Ojciec powraca w zamglonych retrospekcjach, ale i wizjach. Jest duszkiem, który puszcza latawce nad Wisłą, ale też znakiem niepojętej grozy, gdy snuje opowieść o okrutnych obozowych torturach, w których główną rolę odgrywał cielaczek ssący penisy więźniów.

„W spirali” o samej Zagładzie się nie mówi, więcej już baja się o zewnętrznej macicy świata i innych tego typu mądrościach. Dochodzi tu jednak do zgładzenia Żyda. Na jego mogile bohaterowie najpierw uprawiają zmysłowy seks, a potem postanawiają odbudować związek. Są skazani na sukces, tak samo jak Konstanty. Życie może i jest popieprzone, emocje takie ogromne, ludzie tacy ponowocześni, związki tak strasznie tymczasowe, Polska jak Nowy Jork i Puszcza Amazońska, ale przecież „nadzieja wciąż w serc kapeli na werbelku cicho gra” – nucą za Alicją Majewską Urbański wespół z Aksinowiczem.

I ja bym za nimi zanucił. Więc czemu nie nucę?  Odechciało mi się po przeczytaniu kilku pełnych samozadowolenia i pozbawionych autorefleksji wywiadów z twórcami. Obaj panowie snują w nich niekończące się wywody o zmęczeniu tradycyjnie opowiadanymi historiami, kwestionują to, że bohaterowie muszą się rozwijać, bo nie wierzą, że ludzie w ogóle się rozwijają. Wygłaszają mądrości na temat życia, rzeczywistości, wartości. Stają murem za poszerzeniem granic, niepowtarzalną przygodą. I przekonują, że „W spirali” i „Ojciec” w zasadzie idealnie spełniają wszystkie te postulaty. Urbański i Aksinowicz chyba naprawdę uważają, że ich filmy są całkiem dobre. Przykro mi: nie są.