Projekcja przedwyborcza
fot. J.Lewandowska

8 minut czytania

/ Obyczaje

Projekcja przedwyborcza

Jakub Socha

W tygodniu przedwyborczym nie czuć było w Nowym Jorku wielkiego podniecenia polityką. Gazet już chyba nikt tu nie czyta, a ulica żyła swoim życiem

Jeszcze 2 minuty czytania

W czasie, gdy dochodziło do tzw. incydentu w Reno, drugim co do wielkości mieście stanu Nevada, witającym przyjezdnych kolorowym neonem „Największe z najmniejszych miast na świecie”, byliśmy daleko, ale nie tak bardzo, bo w małej, opuszczonej knajpie na Harlemie. W środku, oprócz nas, trójki Polaków, siedział jeden miejscowy. Facet, który dostał już swoje jedzenie, był wielki, ale i tak się z nim męczył. Co chwilę sięgał po kubek z wodą, sapał i mruczał cały skoncentrowany na posiłku. My tymczasem czekaliśmy na swoje zamówienie, zastanawiając się, czy uśmiechający się do siebie kelner zrozumiał, że chcieliśmy jedną porcję na trójkę, a nie po jednej na każdego. Po kilku dniach w Ameryce zdążyliśmy się nauczyć, że porcje są tu raczej zabójcze, a samochody naprawdę ogromne.

Gdy G. w końcu podeszła do kelnera, żeby rozwiać wątpliwości, on tylko zaśmiał się i mruknął, że wszystko będzie dobrze, po czym odwrócił się na pięcie i zniknął w kuchni. Chwilę później stamtąd też rozległ się śmiech. Tymczasem na podwieszonym na ścianie ekranie, w który chyba tylko my wgapialiśmy się z takim przejęciem, leciała transmisja z wieców przedwyborczych Hillary Clinton i Donalda Trumpa. Clinton na scenie towarzyszyła Kate Perry. Trump stał sam, ale tylko przez moment – nagle podbiegło do niego dwóch ochroniarzy i szybkim krokiem sprowadziło kulącego się w ich ramionach kandydata ze sceny. Kolejny leniwy wieczór wyborczy w CNN z miejsca nabrał rumieńców.

Przerwano wypowiedzi komentatorów, przekonujących nie tyle widzów, ile siebie, że coś ze świata rozumieją, kamera dała nura za kulisy – a za kulisami, na betonowej płycie kotłował się tłum: żołnierze z długą bronią, policjanci z nadwagą, grupka dzieci. Następnie realizator wrzucił raz jeszcze powtórkę incydentu, obejrzana ponownie stała się jeszcze bardziej nierzeczywista, jak lądowanie na Księżycu. Wreszcie pojawili się naładowani nową energią komentatorzy, który rozpoczęli swoje wróżby z fusów i dzielenie włosa na czworo. Potem znowu incydent. I tak bez końca, w tej kolejności: scena, kulisy, studio telewizyjne.

„Wiesz, kim jesteś / Będziesz gwiazdą”, śpiewał w piosence R.E.M. „All the Way to Reno (You Gonna Be A Star)” Michael Stipe, nieświadomy, jaki wymiar będą miały te słowa za kilka lat. Chłopak z knajpy, który wyglądał trochę jak Chris Rock, patrząc na mały ekran, powiedział tylko: „Za rok kandyduję na burmistrza”. I wyszedł zanieść komuś złożone przez telefon zamówienie.

Gdy późną nocą wracaliśmy metrem, przed naszymi oczami rozegrała się jeszcze jedna scenka. Jakiś chłopiec przeszedł przez cały wagonik i podszedł do dziewczyny, która stała oparta o drzwi. Minutę zbierał się w sobie, aż wreszcie zaczął coś szeptać jej do ucha, następnie spróbował ją objąć, ona jednak opędzała się od niego jak od męczącej muchy, krzycząc: „Za bardzo się starasz”. Po chwili metro się zatrzymało i obydwoje wysiedli. Ona przodem, on ze spuszczoną głową, dwa kroki za nią. Mogłem sobie wtedy pomyśleć: oto właśnie Ameryka i Trump, on też, właśnie dlatego, że za bardzo chce, dostanie kosza. Ale zrezygnowałem. Clinton wcale przecież nie starała się mniej.

W czasie naszego krótkiego pobytu w Nowym Jorku miasto zdawało się nie poświęcać uwagi Trumpowi. Niby gazety podgryzały go na pierwszych stronach, gazet jednak już chyba nikt tu nie czyta – przez tydzień nie widziałem w nowojorskim metrze nikogo z gazetą, wszyscy albo spali, albo gapili się w smartfony. Ulica żyła swoim życiem – nie znam miasta, w którym byłoby ono równie intensywne i równie różnorodne. Zwykła kawa, na którą przysiadałem na krześle pod wiaduktem, blisko skrzyżowania, zamieniała się nagle w dziwny film: Azjata na elektrycznym rowerze, którego ramę obił folią bąbelkową, ubrany w wojskowy płaszcz do kostek, z gumowcami na nogach i hełmem na głowie, wchodzi do budy z pierogami; grupa robotników kładzie gorący asfalt, który paruje i przecina się z ostrym, prawie wiosennym słońcem; kilku chasydów przechodzi na pasach; żołty autobus wiezie dwóch uczniów, którzy na oko mają z dwadzieścia pięć lat, a w oczach ogromną bezmyślność; z kawiarni wychodzi menadżer w japonkach z kawą tak dobrą, że nie znajdziesz jej nawet na placu Zbawiciela. Z góry – Woody Allen. Z dołu – Martin Scorsese. Z prawej – Jim Jarmusch. Z lewej – Spike Lee. O, tu mieszkała Hanna i jej siostry. O, tu, dokładnie przy tym stoliku Meg tak głośno krzyczała, opowiadał nam kolega z Polski, który zabrał nas na wycieczkę po swoim ukochanym mieście. Tydzień w kinie.

Pewnego poranka, kiedy zdążyłem już zapomieć o Trump Tower, tłumie na 5 Alei i samotnych chłopakach z ulicy Hancock, zaglądnąłem do jednej z sal muzealnych i przed moimi oczami wyrósł nagle wiadukt. Trochę mniejszy od tego brooklińskiego, trochę inny, ale jednak podobny. Gdy wszystko zaczęło się nakładać i zwielokrotniać, tworząc jakiś dziwny gabinet luster, otworzyłem przez przypadek inne drzwi w tym samym muzeum (MoMA PS 1) i natrafiłem na pokój, w którym ktoś zdjął sufit – wiało jak w kieleckiem, było zimno, po niebie sunął samolot. Trzeba było naprawdę uważnie się wpatrzeć, żeby zorientować się, że to projekcja. Taką projekcją jest też to miasto, oddalone o lata świetlne nie tylko od Ameryki.

Zamiast spalić się ze wstydu głębią tej myśli, wyszedłem z peronu na Grand Central – obok szedł chłopiec we wciętym w tali płaszczu w jodełkę, opowiadający swojej koleżance z dwulitrowym kubkiem zielonego smoothie w ręce o marzeniu o adopcji pieska, i zmęczony maratończyk ubrany w niebieski płaszcz termoizolacyjny oraz medal – prosto na plakat z napisem: „Jak być dobrym człowiekiem”, przy którym bezdomny grzebał w kuble ze śmieciami pod czujnym okiem dwóch żołnierzy z karabinami. W zwykłym amerykańskim dinerze, do którego wszedłem, czas się zatrzymał: dzieci jadły makaron po szkole, gliniarz – sernik na służbie, kelnerka chodziła między ławami z dzbankiem kawy, a na ekranach znowu wyświetlano kadry z wyborów, których nikt nie chciał oglądać. Bo jeżeli w Nowym Jorku już ktoś coś oglądał w trakcie tego tygodnia przedwyborczego, to futbol amerykański lub baseball. Czy dlatego, że nowojorczycy też są zmęczeni spektaklem, czy dlatego, że nie wierzą w cały ten cyrk, czy dlatego, że mimo wszystko są spokojni o wynik albo wcale ich on nie obchodzi? Nie wiem i nie chcę się bawić w proroka – nie tylko w swoim, ale i w nie swoim kraju.

Próbując scalić te obrazy, które waliły we mnie seriami ze wszystkich stron, myśląc o tym dziwnym, męczącym mieście, posunąłem się nawet do tego, że koledze, z którym paliłem papierosy w mrocznym zaułku na Dumbo – tutaj już nigdzie indziej się praktycznie nie pali – zacząłem zachwalać Warszawę: musisz tu przyjechać, to największe z najmniejszych miast na świecie. Kolega pokiwał ze zrozumieniem głową, był ze Słowacji, dobrze mnie rozumiał, przed chwilą sam narzekał na Amerykę.

Wracaliśmy do Polski w dniu wyborów. Na lotnisku JFK telewizory wyświetlały niepokojąco czerwone infografiki wyborcze, ale musieliśmy wsiadać na pokład. W powietrzu zostaliśmy odcięci od sieci, więc o wyniku dowiedzieliśmy się już w Polsce. Zaczepił nas rodak zjeżdżający po ruchomych schodach: „Wiecie już o Trumpie? Teraz to się zacznie. O, patrzcie!” – wskazał na grupkę chasydów, która podróżowała z nami i czekała przy taśmie bagażowej – „Już uciekają jak kakrocie”. Po raz pierwszy od tygodnia byłem czegoś pewny – jestem w domu.

Żeby rozbudzić się po locie i rozwiać jet lag, poszliśmy do osiedlowego sklepu po ser i fajki. Stojąca przed nami pani kupowała wędlinę. Wiedziała, czego chce, tak powiedziała do sprzedawczyni: „Proszę osiem plasterków suchej krakowskiej, osiem plasterków baleronu i sześć szynki konserwowej”, po czym zrobiła dłuższą pauzę i, jakby chciała coś uczcić, dodała: „Niech będzie osiem”.