Horror statystyk

Maciej Jakubowiak

W Pensylwanii wygra Trump, bo prowadzi Clinton, na Florydzie prowadzi Trump, więc wygra Trump. Można oszaleć – relacja z wieczoru wyborczego w internecie

„Jest prawie czwarta nad ranem i powinienem iść spać, ale zamiast tego myślę o jakichś hrabstwach na Florydzie, w Wirginii i Północnej Karolinie, o których wcześniej nie słyszałem” – pisał na Facebooku w nocy z wtorku na środę jeden z autorów dwutygodnik.com, dołączając do swoich słów zrzut ekranu z jednej z witryn prezentujących napływające wyniki głosowania. Dobrze go rozumiałem. Sam położyłem się dopiero o 6:30.

Zaczęło się niewinnie, koło północy oderwałem się od lektury i pomyślałem, że zerknę na pierwsze wyniki głosowania, w którym decydowano, kto zostanie 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Akurat o północy naszego czasu zamykały się pierwsze lokale wyborcze w Indianie i Kentucky. Nie trzeba było daleko szukać, wystarczyło zapytać Google o „us election”, żeby od razu zobaczyć mapkę USA z pierwszymi doniesieniami o wynikach. Ale praktycznie każdy serwis informacyjny proponował własny sposób prezentacji i interpretacji danych dostarczanych przez The Associated Press. Wybrałem „Politico”, bo lubię publikowane tam wielostronne komentarze. Mapka na stronie „Politico” była skromna, pozwalała kliknąć w każdy stan, zobaczyć aktualne wyniki, informację o godzinie zamknięcia lokali, liczbę elektorów itd. O każdym stanie można też było uzyskać bardziej szczegółowe informacje, z rozbiciem głosów na poszczególne hrabstwa. Ale kto by się interesował amerykańskimi powiatami, o których nie ma pojęcia?

Zdając sobie sprawę, że amerykański system wyboru prezydenta jest cokolwiek ekstrawagancki i opiera się na elektorach delegowanych z każdego stanu, a przy tym istnieją takie stany, w których wynik jest znany z góry, postanowiłem oszczędzić sobie zbędnych emocji i sprawdzić, co w doniesieniach „Politico” jest naprawdę istotne. Tak trafiłem na dedykowaną stronę „Financial Times”, która nie tylko prezentowała dotychczasowe sondaże, ale umożliwiała również zabawienie się w analityka wyborczego. W prostej tabelce, w której większość stanów była już obsadzona, można było strzelić, w którym z tzw. swing states wygra który z kandydatów i na tej podstawie ocenić, jaka konfiguracja może doprowadzić do zdobycia wymaganej do elekcji liczby 270 elektorów. Przyjmując umiarkowanie optymistyczną wersję, obstawiłem, że mój faworyt z pewnością wygra tam, gdzie sondaże pokazują ponad 5 procent jego przewagi, i wyszło mi na to, że wygraną ma w kieszeni (już wiadomo, kim był mój faworyt, trudno) i że w zasadzie nie ma co ślęczeć nad wynikami. Można iść spać.

www.politico.comwww.politico.com

Swoim optymizmem podzieliłem się na Facebooku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie tylko ja zabawiam się w takie obserwacje i że moi znajomi śledzą inne serwisy. Na przykład stronę „The Guardian”, na której główni kandydaci byli przedstawieni jak postaci z 16-bitowych gierek pociągające dżojstikami. Albo stronę „The New York Times”. Przyjrzałem się jej i uznałem, że mapka to mapka, nawet jeśli obok niej w dramatyczny sposób drży igiełka wskazująca szanse wygranej mojego faworyta – no dobra, faworytki. Strzałka potwierdzała moje przypuszczenia z „Financial Times”, więc przekonany, że w ciągu godziny osiągnąłem biegłość w analizowaniu amerykańskiego systemu wyborczego, wróciłem na swoje „Politico”.

Przeskakując między mapką a informacjami o rezultatach wcześniejszych sondaży, czekałem do pierwszej w nocy, żeby poznać wstępne wyniki z Wirginii, Florydy i Georgii. I wtedy mnie tknęło. Wyniki nie były do końca takie, jakie miały być, a mój ciężko wypracowany autorytet analityka politycznego zaczął się kruszyć. Bo jeśli wyniki z jednego procenta lokali wyborczych na Florydzie wskazują, że prowadzi oponent mojej faworytki, to czy znaczy to, że wszystkie sondaże biorą w łeb? Spokojnie, spokojnie, przecież Floryda to chwiejny stan, w 2000 roku o niemal miesiąc opóźnił ostateczne ogłoszenie wyników wyborów, bo różnica w liczbie głosów oddanych na głównych kandydatów wyniosła 517 dusz. Ale co z Wirginią? A co z Georgią, wielką niepewną, jak zdążyłem dowiedzieć się od innych ekspertów w tej dziedzinie?

Aby upewnić się w swoim eksperctwie, zerknąłem na wskazówkę „New York Timesa”, która nieznacznie przechyliła się w stronę ekwilibrium. Skąd to przesunięcie? Na czym oparte te dramatyczne prognozy? Naciąganie faceta – uznałem – i żeby ujawnić tę imperialną prowokację, kliknąłem w zakładkę „Forecast”. Tak zaczął się horror.

Tabelka „New York Timesa” tylko pozornie wyglądała jak ta na „Financial Times”: swing states, wcześniejsze sondaże, prognozy liczby elektorów. W istocie stał za nią potężny mechanizm analityczny, który na bieżąco przetwarzał pojawiające się wyniki i na ich podstawie obliczał prawdopodobieństwo dalszego przebiegu wypadków. I wprawiał w konfuzję. 

www.nytimes.comwww.nytimes.com

Taka na przykład Wirginia: dane z 68 procent komisji wskazywały, że Donald Trump ma tam ponad 2 procent przewagi. A jednak tabelka z coraz większą pewnością twierdziła, że Hillary Clinton wygra. No jak to? Coś tu nie działa? Klikam, sprawdzam. Mechanizm „New York Timesa” opiera się na szczegółowej analizie każdego z hrabstw – dotychczasowych sondaży, ale również danych historycznych i struktury demograficznej. Analizując napływające informacje, uwzględnia również to, skąd one napływają. I jeśli to 68 procent wpłynęło w większości z komisji, w których Trump i tak miał wygrać, to pozostałe głosy z obwodów z większym poparciem dla Clinton powinny zmienić wynik dla całego stanu. Nawet jeśli, a właściwie dlatego że w tej chwili prowadzi Trump, to w całym stanie wygra Clinton. Można oszaleć.

www.nytimes.comwww.nytimes.com

Prognozy prognozami, ale od pewnego momentu, tak od trzeciej nad ranem, było już wiadomo, że sondaże przedwyborcze są do niczego. Pewniaki Clinton okazały się nie takie pewne, a wskazówka prawdopodobieństwa wygranej drżała nieprzyzwoicie. W końcu, tuż przed godziną 6, wykres przedstawiający zmiany w ocenie tego prawdopodobieństwa przypominał wielki krzyżyk przekreślający cały ten sondażowo-analityczny wysiłek.

www.nytimes.comwww.nytimes.com

Ale o 3 jeszcze nic nie było przesądzone. Bo jeśli wcześniejsze sondaże zawiodły, to nawet najbardziej skrupulatna analiza osiedli i domostw mogła okazać się nietrafiona. Jeśli tabelka upierała się, że Trump wygra w Pensylwanii, choć dane z 82 procent komisji wskazywały 1,4 procent przewagi Clinton – to przecież taka skompromitowana tabelka mogła się mylić. Udało się jej z Wirginią, ale to nie musi być reguła. Na przykład na Florydzie, gdzie oboje kandydatów szło łeb w łeb. Tymczasem tabelka twierdziła, że już pozamiatane, że koniec, że Trump. W Pensylwanii wygra Trump, bo prowadzi Clinton, na Florydzie prowadzi Trump, więc wygra Trump. Oczywiste.

Koło 6 tabelka nie miała już najmniejszych wątpliwości, ale wciąż można było liczyć na dziurę w systemie. Wygrana Clinton nie była już pewniakiem, jak jeszcze parę godzin wcześniej, ale teoretycznie wciąż była możliwa. Jeśli tylko Pensylwania, Michigan i Iowa, a jeśli nie Iowa, to chociaż Arizona, jeśli tylko wskazówka przesunie się o parę punktów procentowych, to wciąż może się udać. Jeśli tylko mieszkańcy Adams County, PA okażą się nieprzewidywalni; jeśli dobrzy obywatele Menominee County, MI wykiwają system – to wciąż może się udać.

Nie wytrzymałem. Poszedłem spać. Śniło mi się studio wyborcze na Woronicza. Kilka prostych słupków, jednoznaczne informacje i niezaprzątający sobie głowy metodą d’Hondta Piotr Kraśko. Spałem uczciwym snem.