Za dużo
Truthout.org CC BY-NC-SA 2.0

13 minut czytania

/ Literatura

Za dużo

Maciej Jakubowiak

Histeryczny realizm rządzący „Republiką świecidełek” Pawła Sajewicza zaczyna ją w końcu przygniatać. Powieść odpuszcza zadanie porządkowania świata i poddaje się rzeczywistości, która przecież sama z siebie nie układa się w żadną opowieść

Jeszcze 3 minuty czytania

Kiedy rzeczywistość staje się zbyt złożona i dynamiczna – w końcu musi dojść do wyładowania. W pogodzie to, wiadomo, burza; w rodzinie – walnięcie pięścią w świąteczny stół; w pracy – wymówienie pisane na szybko i z błędami. W polityce – terror.

W tekście „Terror w Republice Świecidełek” (stanowiącym wstęp do książki Steve’a Sem-Sandberga „Teresa”, poświęconej Ulrike Meinhof, działaczce RAF) Sławomir Sierakowski pisał, że przemoc jest wpisana w porządek demokratycznych państw, tyle tylko, że nazywa się prawem. Dlatego terroryzm jest w paradoksalny sposób powiązany z samą istotą państwa prawa – jest mechanizmem zmiany. Do tekstu Sierakowskiego nawiązuje Paweł Sajewicz w tytule i w motcie swojej powieści „Republika świecidełek”. Rzeczywiście, już pierwsze strony książki zapowiadają temat terroryzmu, i to potraktowany nieszablonowo. Sprawcą serii podpaleń w centrum Warszawy okazuje się „doktor Tomek Brzeźniak – dyrektor lewicowego think-tanku Centrum Roberta Owena, feminista, który prowadził badania nad pornografią” (postać najwyraźniej wzorowana na samym Sierakowskim, zmiksowanym chyba z Jakubem Dymkiem). Co ciekawe, w artykule „Literatura versus drony”, opublikowanym przed czterema laty w dwutygodnik.com i diagnozującym niepokojące zaweżęnie perspektywy i zaściankowość literatury polskiej, Sajewicz nawiązywał do postaci domorosłego terrorysty:

Nie trzeba, żeby wszystkie polskie pisarki i wszyscy polscy pisarze przerzucili się na historie jak ta o Brunonie K., który zaczytywał się w „Biesach” Dostojewskiego i planował zamach na Sejm, ale niech choć jedno z nich rozpyka podobny temat inaczej, niż po linii najmniejszego oporu, gdzie Polska x wkurw = zaściankowy terroryzm + „Dzień świra”.

Czy zatem „Republika świecidełek” to próba rozpykania tego tematu? Powtórka z historii Meinhof, która zanim zaczęła wysadzać budynki, była wziętą dziennikarką? Czy może prowokacja wymierzona w dominujące w mediach skojarzenia, łączące terroryzm z wyznawcami islamu? A może takie literackie przepracowanie współczesnych napięć społecznych, które wyciąga na wierzch całą zawartą w nich potencjalną przemoc – z myślą, że w tym kraju po prostu musi dupnąć, więc lepiej, żeby najpierw dupnęło na niby? Nic z tych rzeczy (choć z każdej po trochu).

Owszem, wątek terrorysty Tomka Brzeźniaka przewija się konswekwentnie przez całą powieść, ale trudno powiedzieć, żeby był jej fabularną osią. Stanowi raczej jeden z punktów łączących pozostałe wątki. A tych jest bez liku. Głównym bohaterem powieści jest właściwie Marek Herman – pisarz z paroma książkami na koncie, frustracją oraz lękiem przed sikaniem w publicznych toaletach. Marek miał partnerkę, Agnieszkę Lisiecką, która najwyraźniej go rzuciła, i to już drugi raz. A rzuciła, bo Marek ma również żonę, Sonię Nemm, cierpiącą na tajemniczą odmianę katatonii. Tyle tylko, że Agnieszka jest przyjaciółką Sonii i wraz z Markiem opiekuje się nią, nie może więc tak po prostu porzucić swojego partnera ani zmusić go do rozwodu. Choć właściwie Sonią mógłby zaopiekować się jej ojciec, Julian Nemm – bogaty przedsiębiorca, który ostatnio rozkręca biznes związany z internetowymi porno-kamerkami, a przy okazji próbuje kształtować horyzont ideowy kraju za pomocą think-tanku, którego szefem jest wspomniany terrorysta-piroman. Paweł Sajewicz, „Republika świecidełek”. Świat Książki, 432 strony, w księgarniach od sierpnia 2017Paweł Sajewicz, „Republika świecidełek”.
Świat Książki, 432 strony,
w księgarniach od sierpnia 2017
Jednak biznes z porno-kamerkami wzbudza podejrzenia przyjaciela Marka i Agnieszki, Franka Tomczyka – niegdyś dziennikarza, obecnie niezbyt udolnego pracownika działu promocji „Gazety Powszechnej”. Franek, wykorzystując anonimowe doniesienia o wycieku danych użytkowników serwisu Nemma, chce reaktywować swoją karierę. Oraz jest nieszczęśliwie zakochany w Agnieszce. Ale to nie wszystko, bo Marek ma brata, który chce przejąć małe gospodarstwo na Dolnym Śląsku, odziedziczone po przyszywanej ciotce, która właśnie zmarła. Marek chciałby tam chyba (sam jeszcze nie wie) zamieszkać i zacząć wszystko od nowa, ale brat (który za sprawą porno-kamerek uwikłał się w romans) potrzebuje szybkich pieniędzy, bo upada jego sklep komputerowy. Jest jeszcze informatyk, Michał Bela (który dostaje nawet dedykowane sobie dwa rozdziały powieści: „Michał Bela 1”, „Michał Bela 2”), który pracuje jako moderator porno-kamerek Nemma, a w wolnych chwilach montuje swój tajemniczy projekt, inspirowany – a jakże – prozą Marka Hermana. A czy wspomniałem, że w tle są uliczne zamieszki na granicy zamachu stanu, które destabilizują Węgry?

Mało? To jeszcze taki fragment, wyjaśniający, skąd to gospodarstwo, o które spierają się bracia Hermanowie:

Śliwowie byli spokrewnieni z Hermanami przez dziadka Doroty, rodzonego brata Stanisława Śliwy, jednego z pięciu. Wszyscy oni w roku 1945 wyruszyli na zachód z dzisiejszej Ukrainy, z rejonu Skałatu; część rozpierzchła się po drodze, ale trzech braci z rodzinami dotarło na Dolny Śląsk i osiadło u podnóża Sudetów – w Wajglowicach (Weigelsdorfie), Owieśnie (Habendorfie) i na Karolinku (Karlswalde), gdzie jeszcze przez jakiś czas żyli jeden obok drugiego z wysiedlanymi stopniowo Niemcami.

Sajewicz w nieskończoność rozbudowuje kolejne wątki i uzupełnia je o groteskowo detaliczne informacje związane z najbardziej nawet pobocznymi postaciami. Tak jakby każdy z elementów świata powieści mógł się okazać tym najważniejszym, więc na wszelki wypadek nie można go potraktować zdawkowo. Jeśli taka metoda pisarska zdaje się nieco histeryczna, to nieprzypadkowo.

We wspomnianym artykule Sajewicz wspominał afirmatywnie właśnie o realizmie histerycznym – nurcie powieści amerykańskiej, który miałby następować po postmodernizmie i cechować się właśnie nadmiarowością wątków, postaci oraz informacji o świecie. James Wood ukuł ten termin w reakcji na wysyp powieści o wielkich ambicjach poznawczych, chodzi m.in. o „Białe zęby” Zadie Smith, „Infinite Jest” Davida Fostera Wallace’a czy odrobinę późniejsze „Korekty” Jonathana Franzena. Choć Wood używał tego określenia w niepochlebnym znaczeniu – uważał, że wymienione powieści, usiłując opisać wszystko, tracą z oczu to, co najważniejsze dla literatury: szczegół – to jednocześnie ustawił poprzeczkę niezwykle wysoko. Czego by nie sądzić o ambicjach poznawczych powieści Smith czy Franzena, to trzeba docenić, że histeryczna wielość i różnorodność jest u nich poddana ścisłemu rygorowi narracji. Każdy wątek i każda postać pracują tam na całościowy efekt, który nie ogranicza się do spinającej wszystko sceny finałowej. Innymi słowy, takie pisarstwo wymaga dyscypliny i precyzji – solidnego rzemiosła.

„Republika świecidełek” wyraźnie podziela ambicje poznawcze tego nurtu. Natłok postaci i zdarzeń ma chyba stwarzać wrażenie przekroju społecznego tytułowej republiki, czyli po prostu III RP. Bohaterowie pochodzą z róznych klas społecznych: jest tu prezes firmy i szeregowy pracownik, ambitna menadżerka i wypalony dziennikarz, warszawski pisarz i prowincjonalny sklepikarz (choć trudno nie zauważyć, że w tej galerii dominują jednak wielkomiejscy przedstawiciele zawodów kreatywnych). Tym, co łączy wszystkich, jest – to mało odkrywcze, ale autor eksponuje ten rys ze sporą intensywnością – nieposkromione pragnienie uznania, czy to będzie awans w pracy, czy parę lajków na fejsie.

Jednak literackie zapanowanie nad tą wielością już zupełnie Sajewiczowi nie wychodzi. I nie dotyczy to wyłącznie takich detali, jak to, że terrorysta Tomek dzwoni do Agnieszki z budki telefonicznej, bo komórka mu padła, ale niezbyt wiadomo, skąd zna jej numer, skoro ostatnio rozmawiał z nią parę lat temu. Ważniejsze, a więc bardziej irytujące w lekturze, okazuje się to, że poszczególne wątki zaczynają się, nabierają tempa, a potem – rozpływają z braku celu. Tak jest ze stosunkowo rozbudowanym wątkiem ciotki Janiny, tej od gospodarstwa. To faktycznie barwna postać, autor stopniowo odkrywa przed czytelnikami szczegóły jej życia, wszystko zaczyna nabierać sensu – i nic, nie zdradzę zakończenia, bo żadnego zakończenia nie ma. Tak też jest z postacią Soni, która stanowi główne utrudnienie w życiu Marka i Agnieszki – problem, wydawałoby się, nierozwiązywalny. Aż do momentu, kiedy okazuje się, że jednak, owszem, dość łatwo rozwiązywalny.

By ująć to inaczej: Sajewicz wiele obiecuje, ale nie dotrzymuje słowa. I to nawet na poziomie jednej sceny, powiedzmy alarmu terrorystycznego podczas targów książki. Atmosfera niebezpieczeństwa narasta, bohater, do tego cyknięty, gubi się w tłumie, tłum jest nerwowy, bo nie wiadomo, czy to bomba, czy tylko ćwiczenia, wszyscy pędzą do wyjścia, aż tu nagle: „Marek objął aktorkę w talii, podźwignął i, tak jak sobie życzyła, powiódł ku wyjściu. Spacerował z nią jak z dobrą znajomą. Jeszcze przez chwilę był gotów wyznaczyć azymut na przygodę”. Spacerował!

Zresztą podobne stylistyczne przeskoki zdarzają się w „Republice świecidełek” w najmniej oczekiwanych momentach. Na przykład podczas oglądania w telewizji doniesień o zamieszkach na Węgrzech:

A co z wierzycielami? – rzuciła kolejne pytanie Dorota. – Przecież ktoś tych pieniędzy realnie użyczył. – Większość wierzytelności należy do sektora publicznego. – A czy wiadomo, jakie skutki dla, dajmy na to, niemieckiej gospodarki będzie miało oddłużenie Węgier?

Albo w reakcji na krytycznoliterackie złośliwości wygłaszane w telewizji:

Ten antybenefis nie trwał może długo, ale zrobił na Hermanie większe wrażenie niż wszystkie dotychczasowe recenzje. Był logiczny i kaskadowo rozwijał się ku poincie, prokurując kolejne komentarze i predefiniując ich treść.

Tego rodzaju passusy nie tylko brzmią sztucznie, ale ujawniają też poważniejszy problem „Republiki świecidełek”: to, że powieściowa wiedza nie ujawnia się tutaj w działaniach bohaterów, ale jest przekazywana bezpośrednio przez autora nawiedzającego swoje postaci, które znienacka zaczynają mówić nieswoim językiem. To jednak sprawia, że powieściowy świat traci moc przekonywania, bo nie rządzi się swoimi własnymi zasadami, ale jest zarządzany arbitralnymi decyzjami autora. Dlatego z całą „Republiką świecidełek” jest jak z opowieścią Agnieszki o jej nocnych doświadczeniach na mieście:

Wszystko, co mówiła – a plotła obficie – sprawiało wrażenie rozległej elipsy. Jakiś fakt albo jakaś emocja, w każdym razie jakaś kwestia dla niej oczywista, znalazła się poza nawiasem opowiadania, czyniąc je w uszach Franka nie tyle niezrozumiałym, ile nieprzekonującym.

Nieopanowany pisarską dyscypliną histeryczny realizm rządzący tą powieścią zaczyna ją w końcu przygniatać. Odpuszcza ona kompletnie zadanie porządkowania świata i poddaje się rzeczywistości, która przecież sama z siebie nie układa się w żadną opowieść. Nie chodzi tu już więc o dobrze skomponowaną narrację, która przekazywałaby jakąś wiedzę o świecie, ale jednocześnie dawałaby zwyczajną czytelniczą przyjemność. Sajewicz zdaje się sugerować, że tego rodzaju uporządkowanie byłoby zdradą realizmu, i dlatego wybiera dryfowanie w strumieniu zdarzeń.

Ostatecznie dotyka to też tematu, od którego wszystko, przynajmniej pozornie, się zaczyna: aktu terroru. We wspomnianym tekście Sierakowski pisał o problematycznym wydźwięku prób tłumaczenia działalności RAF-u uwarunkowaniami społecznymi:

Można w ten sposób wyjaśnić wszelkie ideologie oraz działania, nie wyłączając nazizmu poprzedzonego wielkim kryzysem gospodarczym, i sprawić, że nie będzie się z nimi wiązała żadna odpowiedzialność. Uczciwiej jest wydobyć moment decyzji, która nigdy nie jest w pełni zdeterminowana uwarunkowaniami.

Sajewicz wybiera inną drogę. Sam tytuł powieści sugeruje, że przenosi on akcent z samego terroru na warunki, w których on zachodzi. Tyle tylko, że usiłując rozpykać ten temat, natrafia na nieskończoną złożoność rzeczywistości. Dlatego w opowieści o lewicowym terroryście dociera w końcu do opowieści o przodkach jego znajomego, którzy po II wojnie światowej migrują na tzw. ziemie odzyskane. Bo czy można być pewnym, że to bez znaczenia?

Świata jest tutaj po prostu za dużo, aby narracja mogła go unieść. No i faktycznie nie unosi.

Cykl tekstów powstaje we współpracy z Krakowskim Biurem Festiwalowym, organizatorem Nagrody Conrada za debiut literacki, przyznawanej w ramach programu Kraków Miasto Literatury UNESCO.

Nagroda Conrada