Wielki sen o złych czasach

15 minut czytania

/ Film

Wielki sen o złych czasach

Krzysztof Świrek

Po trzeciej serii „Twin Peaks” widać wyraźnie, że Lynch miał tym razem wolną rękę, ta swoboda przełożyła się na piorunujący efekt. Jeszcze długo będzie się te kilkanaście odcinków oglądać, komentować, szukać w nich – oczywiście czegoś innego niż odpowiedzi na pytanie „Kto zabił?”

Jeszcze 4 minuty czytania

„Twin Peaks” w moim pokoleniu znali niemal wszyscy, w polskiej telewizji emitowano go dość regularnie, ale dużo ważniejsze od oglądania samego serialu było mentalne powracanie do wykreowanego w nim świata. Szczególnie przydatna była krążąca na kasetach magnetofonowych ścieżka dźwiękowa, którą określić można jednym słowem, pojawiającym się zresztą w serialu: „marzycielska” („dreamy”). Dla wrażliwej młodzieży o zacięciu kontrkulturowym „Twin Peaks” było znakiem rozpoznawczym i podzielanym estetycznym kodem.

Było więc czymś dużo więcej niż serialem – raczej fenomenem kulturowym, a oddanie jego fanów niewątpliwie przekraczało wymiar przygodnej mody. Moda jako zjawisko zresztą i tak nic nie tłumaczy, zawsze raczej domaga się wyjaśnienia. Mam oczywiście swoją hipotezę, częściową, nietłumaczącą wszystkiego. Przyciągająca siła tego serialu polegała na tym, że zaczarowywał on najbardziej banalne sfery codziennego życia. Taki zabieg stosowany był wcześniej przez Lyncha, choćby w „Blue Velvet”, w którym zaprasza się widzów do eksploracji ciemnej strony małego amerykańskiego miasteczka. W „Twin Peaks” jest podobnie – tytułowe miejsce akcji jest właściwie kwintesencją prowincjonalności, leśną osadą, zamieszkaną w większości przez drwali, kierowców ciężarówek i cieniutką warstwę miejscowej klasy średniej. To, co w innych filmach jest tłem, synonimem nudy i przeciętności, w serialu odkrywało swoje niezwykłe oblicza. Momentami przewrotny romantyzm odwoływał się tu do tego trudnego do opisania „przeczucia niezwykłości”, które większość dorosłych pamięta z dzieciństwa. Opierają się na tym przeczuciu filmy grozy, kiedy pokazują opuszczone domy, ciemne zagajniki, strychy, do których zagląda się przez dziurkę od klucza. W „Twin Peaks” wszystko było właśnie takie – tajemnicze, niesamowite. Ale przy tym skąpane w nostalgii, która ówcześnie, w okresie kręcenia pierwszych dwóch serii, była czymś w rodzaju obowiązkowego idiomu ambitniejszych telewizyjnych produkcji, takich jak „Crime Story”, „Cudowne lata” czy „Przystanek Alaska”. Świat „Twin Peaks” był niesamowity, ale nie przerażał, małe miasteczko przedstawione w serialu było tyleż tajemnicze, co zapraszające. Miało swoje dwie strony, oprócz tej mrocznej również tę tworzoną przez uczciwych i prostolinijnych ludzi, dalekich od wielkomiejskiego zepsucia. Serial w przedziwny sposób na powrót czynił atrakcyjną zwykłą przyzwoitość, a nawet poczciwość prowincji.

Realizacja pierwszego „Twin Peaks” została zatrzymana po dwóch seriach. Zagadka zabójstwa Laury Palmer została rozwiązana, ale ostatnim fabularnym akcentem była sugestia, że główny bohater, agent Cooper, został opanowany przez zło, przeciw któremu tak dzielnie walczył. Ten wątek jest kontynuowany w trzeciej serii, zrealizowanej po ćwierć wieku, której amerykańska emisja miała swój finał w początkach września.

Niemożliwy powrót

Pierwsze, czego dowiaduje się widz nowej serii, to to, że do Twin Peaks nie ma powrotu. Ktoś, kto spodziewał się nostalgicznej powtórki z pierwszych sezonów, musiał być zawiedziony. Zniknął urok i pewna przytulność oryginału. Nowa seria jest znacznie bliższa ostatnim filmom Lyncha niż serialowi sprzed lat. Zamiast korowodu sympatycznych dziwaków znajdziemy w niej dużo więcej osób zwyczajnie nieszczęśliwych, groteskowych i szalonych, w sposób nie „uroczy”, a niepokojący.

Twin Peaks



Fabularnym punktem wyjścia serii jest rozdwojenie Coopera: znany z poprzednich odcinków cnotliwy stróż prawa zostaje uwięziony w świecie „po tamtej stronie” (jeszcze bardziej rozbudowanej, labiryntowej), „po tej” zaś, w świecie zamieszkiwanym przez inne postaci, działa jego zły sobowtór. Kiedy Cooper, w wyniku magicznych manipulacji, trafia z powrotem do „właściwego” wymiaru, jest uśpiony – nie tylko nie zna swojej tożsamości, ale jest pozbawiony wszelkich sił rozumowania, pozostały mu tylko uczucia i intuicja. Co gorsza, inni biorą go za bliźniaczo podobnego agenta ubezpieczeniowego, Douglasa „Dougiego” Jonesa, mieszkającego w Las Vegas ze swoją żoną i dzieckiem. Przez większość trzeciej serii widzowie czekają, aż Cooper się obudzi, a w tym czasie „zły Cooper” prowadzi własną krucjatę, poszukując wskazówek, które pozwolą mu raz na zawsze pozbyć się swojego dobrego bliźniaka.

Jeśli ten opis wydaje się czytelnikom enigmatyczny, to nie jest tak z mojej winy – inaczej nie da się opowiedzieć głównego wątku nowej serii. Już to krótkie wprowadzenie pokazuje odwrócenie proporcji. W pierwszym „Twin Peaks” opowieści o tajemnicach małego prowincjonalnego miasteczka towarzyszyły elementy grozy, w trzeciej serii niesamowitość jest punktem wyjścia i to klasyczne wątki występują tu na prawach wyjątku. Elementy fabularne nie łączą się ze sobą w spójną całość, przypominają fragmenty bardzo skomplikowanej układanki, do której nie ma klucza. Pojawiają się oczywiście powracające motywy, enigmatyczne wskazówki – powtarzane tu i ówdzie frazy, jakieś strzępy wyjaśnień wskazujących, kto w jaki sposób zmienił tożsamość, kto kiedy zginął, kto z kim jest powiązany. Jednak błędem byłoby sądzić, że poza tymi wskazówkami znajdują się wyjaśnienia. Te rozmaite sugestie pozwalają jedynie utrzymać maszynę opowiadania w działaniu. Maszyna ta zaś jest wehikułem szeregu filmowych konwencji, których Lynch używa: komedii z elementami slapsticku, thrillera, a nawet horroru z elementami gore (czego w pierwszych seriach niemal nie było). Dwa odcinki są niemal pozbawione dialogów i konwencjonalnej narracji, przypominają raczej halucynacyjne podróże w czasie i przestrzeni. Używane środki są imponujące, nie ma natomiast żadnego „sekretu historii”. Jeśli więc nie ma „rozwiązania”, a odsyłające do niego wskazówki nie są istotne, to co jest?

Wielki sen

W pierwszym „Twin Peaks”, a także w rozgrywającym się w świecie serialu filmie kinowym „Ogniu krocz za mną”, kluczowe były motywy zła, grzechu i odkupienia. Laurę Palmer, ofiarę morderstwa, poznajemy z relacji znających ją osób jako dumę lokalnej społeczności, typ królowej balu, wzorowej uczennicy: pięknej, inteligentnej, zaangażowanej w życie miasteczka. Stopniowo na jaw wychodzą jej sekrety: narkotyki, uwikłanie w znajomości z półświatka, prostytucja. Ale prawdziwym sekretem sytuacji nie jest „schodzenie na złą drogę” młodej dziewczyny, ale przeżywane przez nią w samotności cierpienie – lata molestowania, do których nie mogła przyznać się nikomu. W świecie „Twin Peaks” zło, które spotyka dziewczynę, ma postać osobowej siły, i centralne pytanie dotyczy tego, czy zostanie ona pokonana. Film kinowy jeszcze silniej wprowadza wymiar relacji między złem i niezasłużonym cierpieniem – kluczowe sceny rozgrywają się w „innym wymiarze”, do którego trafia Laura i gdzie znajduje szansę odkupienia. 

W nowej serii centralny wątek jest inny – to sen Coopera, jego uwięzienie w postaci Dougiego Jonesa, a także we wspomnianym „innym wymiarze”. Ów sen jest zresztą najważniejszym źródłem komizmu: choć Cooper jest niemal w śpiączce, nie potrafi samodzielnie się poruszać ani powiedzieć niczego, co nie byłoby bezsensownym powtarzaniem dopiero co usłyszanych od kogo innego słów, jest w stanie wypełniać swoją społeczną rolę niemal bezbłędnie. Nikt nie zauważa, że jest uśpiony, bo nikt nie spodziewa się po nim niczego innego niż mechanicznego wypełniania obowiązków. Żona karmi go i odwozi do pracy, współpracownicy podsuwają pod nos papiery, które Dougie wypełnia, nawet ich nie czytając... Ten żart Lyncha rozciąga się na kilkanaście odcinków, bywa więc nużący, ale świetnie komponuje się ze światem przedstawionym serialu, w którym niemal wszyscy zachowują się, jakby byli w transie.

W filmach Lyncha zawsze pojawiały się postacie groteskowe, które doprowadzały do absurdalnych wybuchów przemocy, ale w nowym „Twin Peaks” ich nagromadzenie jest wyniesione na nowy, jakościowo różny poziom. Akcja nowej serii dzieje się w różnych miejscach: zarówno w tytułowym miasteczku, jak w Las Vegas czy w Teksasie, a przemoc jest dominantą przedstawienia wszystkich tych miejsc. W osiemnastu odcinkach dosłownie roi się od portretów ludzi chorych od przemocy, skupionych tylko na agresywnej walce o obrany przypadkowo, wąsko pojęty cel.

Lynch jest krytyczny wobec współczesności, ale nie szuka rozwiązania w teoriach spiskowych. Takie tropy rozsiane były w drugiej serii, w której pojawia się wątek trzymanej w tajemnicy jednostki wojskowej, badającej długą historię wydarzeń związanych z Twin Peaks i jego okolicami. Wątek ten w filmie kinowym zostaje przeniesiony do FBI, gdzie Gordon Cole, przełożony Coopera, okazuje się zaangażowany w rozwiązywanie specjalnej kategorii spraw, nazywanych „sprawami błękitnej róży”. W serii trzeciej Cole (tak jak poprzednio grany przez samego Davida Lyncha) i inny agent, Albert Rosenfield (w tej roli zmarły niedawno Miguel Ferrer), obaj urastający do rangi pierwszoplanowych postaci, okazują się agentami osobnej jednostki, od wielu lat tropiącej ślady niesamowitych zdarzeń na terenie całych Stanów. Cała ta konstrukcja nie jest jednak decydująca – to element rusztowania, które pozwala narracji serialu nie rozpaść się ostatecznie na serię luźno związanych epizodów, ale nie należy szukać tutaj klucza do świata przedstawionego. Przede wszystkim dlatego, że nie jest to żaden „specjalny świat”, ale nasz własny, pokazany jednak ze specyficznej perspektywy.

„Twin Peaks”


Sen, pełen absurdu i przemocy, jest naszym snem, ale żadna teoria spiskowa nie dostarczy do niego klucza. Bardzo ważny w tym kontekście jest los jednej z drugoplanowych postaci serialu, Lawrence'a Jacoby'ego. Psychiatra, terapeuta Laury i nowator w sferze leczenia, Jacoby był jednym z barwnych oryginałów pojawiających się w oryginalnym „Twin Peaks”. W trzeciej serii nie jest już lekarzem: zamieszkuje przyczepę kempingową w środku lasu i nagrywa regularnie podcasty, pełne teorii na temat korporacyjnych spisków, zatrutego jedzenia i konieczności „wydobycia się z gówna”, w którym wszyscy rzekomo tkwią. Jego najbardziej oddaną słuchaczką jest wcześniejsza pacjentka, Nadine, znana fanom serialu ze swojej obsesji na punkcie idealnie cichych zasłon. Po dwudziestu pięciu latach od wydarzeń z oryginalnych serii nadal żyjąca w świecie urojeń, Nadine prowadzi ekskluzywny salon bezszmerowych zasłon (jej produkt najwyraźniej zaspokaja paląca potrzebę), a wieczorami zasiada przed komputerem, chłonąc każde słowo internetowego guru jako czystą prawdę. Znana fraza, wedle której owi internetowi objaśniacze „mówią, jak jest” (przypadkowo jest to najlepszy polski odpowiednik angielskiego „tell it like it is”), pojawia się w nowym „Twin Peaks”, ale nigdy bez ironicznego wydźwięku. Nawiasem mówiąc, wątek Jacobiego jest też o tyle ważny, że w pierwszej serii owa postać jest figurą kontrkulturowych amerykańskich tradycji. W trzeciej serii z kontrkultury pozostaje internetowa subkultura paranoików, którzy zamiast marzeń o zmianie świata snują domysły na temat mrocznych sił czyhających na ich zdrowie i życie – i tę zmianę także wyróżniłbym jako jeden z ważniejszych rysów, za pomocą których Lynch opisuje współczesność. Mimo kokietowania tajnymi misjami służb, reżyser nie staje po tej stronie – teorie spiskowe są częścią problemu, jeszcze jednym (wariackim) snem.

Nowe czasy

Oryginalne „Twin Peaks”, choć mroczne, powstawało w świecie mimo wszystko pełnym optymizmu. W świecie, w którym właśnie skończyła się zimna wojna i można było odczuwać ulgę. Ostatnia seria wyraźnie odzwierciedla także pewien społeczny klimat – pojawiający się w nowym stuleciu, zainspirowany innymi wydarzeniami. Próba jego charakterystyki, wyjąwszy wymienienie pewnych haseł, w krótkim tekście byłaby skazana na porażkę, lepiej więc zobaczyć serial Lyncha i poszukać jego śladów na własną rękę. Bo też ostatecznie są to tylko ślady, przybliżenia z bardzo specyficznej perspektywy. Do idiomu Lyncha, jego sposobu prowadzenia narracji, miejscami dziwacznego, nieraz pełnego przestojów i pustych, niewykorzystanych wątków, trzeba się przyzwyczaić. Jednak całość, osiemnaście godzin jego ostatniego filmu, daje poczucie, że w przedziwny sposób Lynchowi udaje się sportretować ów klimat, to współczesne przekonanie, że wydarza się coś złego, a gorsze jeszcze przed nami. Trzecią serię „Twin Peaks”, wizyjną, miejscami na granicy niejasności, dla której Lynch wycyzelował język kina tworzonego w epoce cyfrowej, już teraz bez przesady można określić jako jedno z najciekawszych filmowych osiągnięć ostatnich lat. I jest taka także ze względu na sposób potraktowania współczesności.

W przypadku drugiej serii „Twin Peaks” Lynch uległ namowom telewizyjnych producentów i dostarczył odpowiedź na słynne, powtarzane w prasie, rozmowach widzów i w ulicznym graffiti, pytanie „Kto zabił Laurę Palmer?”. Po trzeciej serii widać wyraźnie, że reżyser miał wolną rękę i ta swoboda przełożyła się na piorunujący, choć miejscami wywołujący dezorientację widza, efekt. Jeszcze długo będzie się te kilkanaście godzin oglądać, komentować, szukać w nich – oczywiście szukać czegoś innego niż odpowiedzi na pytanie „Kto zabił?”. Co więcej, w pierwszych dwóch seriach „Twin Peaks” bardzo ważną rolę odgrywały figury tradycyjnej mądrości – co bardziej niepokojące wydarzenia były wyjaśniane i komentowane bądź przez zafascynowanego filozofią wschodu agenta Coopera, bądź przez rdzennego Amerykanina – Hawka. To także był znak czasów, kiedy w dobrym tonie było zaznaczyć swój dystans do zabieganej codzienności przez seanse medytacji i kurs jogi. W nowej serii nie ma żadnej mądrości, choćby najstarszej czy najbardziej egzotycznej, która mogłaby dostarczyć kojącego wyjaśnienia tego, co dzieje się na ekranie. Brak owych gotowych sensów, w które dałoby się zapakować niepokojące wydarzenia, brak reakcji, które te wydarzenia mogłyby wpisać w jakąś ramę. Najważniejszym dźwiękiem, z którym zostają widzowie serialu, nie są kojące słowa mądrości, ale krzyk kogoś przerażonego tym, co właśnie sobie uświadomił.