Wstyd

10 minut czytania

/ Film

Wstyd

Agnieszka Jakimiak

„The Square” kicha na egzystencjalne konflikty wewnętrzne i przecina skalpelem gliniane nogi społecznej poprawności i deklarowanej empatii

Jeszcze 3 minuty czytania

Z wypiekami na twarzy śledzę kolejne reakcje na „The Square” Rubena Östlunda – szwedzkiego reżysera, znanego w Polsce chociażby dzięki głośnemu „Turyście”. Zastanawiająca jest temperatura i radykalna rozbieżność opinii o zwycięskim tytule tegorocznego festiwalu w Cannes, który przygląda się napięciom w szwedzkim społeczeństwie i w świecie sztuki.

Głównym bohaterem filmu jest dyrektor muzeum sztuki współczesnej Christian (Claes Bang), a fabuła oscyluje wokół planowanego otwarcia wystawy, której tematem jest indywidualna i zbiorowa odpowiedzialność społeczna. O ile wśród artystów i artystek sztuk wizualnych i krytyków sztuki „The Square” cieszy się uznaniem (niedawno na łamach dwutygodnik.com przychylnie odniósł się do niego Stach Szabłowski), to wśród krytyczek i krytyków filmowych szału nie ma. Najczęściej słychać z tej strony zarzuty o dydaktyzm i moralizatorstwo, o zbytnią przystępność i oczywistość diagnoz oraz o porzucenie przez Östlunda zgrzebnej i mniej atrakcyjnej estetyki, która charakteryzowała jego poprzednie filmy. Pojawia się też oskarżenie o kpinę z tematu zbyt łatwego do wyśmiania.

Ten ostatni argument frapuje mnie najbardziej. „The Square” trwa aż 142 minuty i pęka od tematów i wątków, ale trudno uznać, żeby przewodnią kwestią tej wielowarstwowej satyry była kpina z samej sztuki współczesnej. To raczej kpina z funkcjonowania jej promocji, opisu i produkcji w dobie późnego kapitalizmu, a nie prosty żart o tym, że obiekty umieszczane w galeryjnych salach są kuriozalne i niezrozumiałe. Östlund bywa bezwzględny wobec marketingu towarzyszącego pracom artystycznym, ale same dzieła sztuki traktuje z zadziwiającym jak na satyrę respektem. W „The Square” wystawę Loli Arias (okraszoną zresztą pracami samego Östlunda i Kalle Bomana) zwiedzają w pierwszej kolejności dzieci i nic nie wskazuje na to, że jej nie pojmują albo że wywołuje u nich salwy śmiechu. Reżyser nie ukrywa, że sam stoi po stronie sztuki społecznie zaangażowanej i angażującej, a konceptualne i abstrakcyjne prace nie cieszą się jego poważaniem. Ale to nie sztuka sama w sobie jest tu przedmiotem drwiny.

Kino Rubena Östlunda wyróżnia się balansowaniem na cienkiej granicy między tym, co mogło być tylko ekscesem, a tym, co niespodziewanie okazuje się schematem zachowania. Jeśli myślimy, że życie w mniej lub bardziej socjaldemokratycznym społeczeństwie jest jak spacer po ubitej ścieżce, na której z rzadka dochodzi do incydentów wyprowadzających z równowagi, Östlund będzie uparcie dowodził, że jest dokładnie na odwrót. Spokój i tak zwana normalność wynikają z faktu, że nauczyliśmy się nie widzieć niczego, co mogłoby je zachwiać. Każdego dnia szkolimy się w niezwracaniu uwagi, przymykaniu oka i zachowywaniu się tak, aby nic ryzykownego nas przypadkiem nie dotyczyło. Czy szwedzki reżyser jest pod tym względem moralizatorski?

Chociaż sarkastyczny ton raz po raz pojawia się w „The Square”, powiedziałabym raczej, że Östlunda interesują społeczne paradoksy, sprzeczności i oksymorony, a nie edukowanie widzów. Bez wątpienia kamera w jego filmach jest skierowana na publiczność, a nie na samo wydarzenie – zazwyczaj obserwujemy zbiorową albo indywidualną reakcję zamiast samej akcji – ale to nie znaczy, że mamy do czynienia z ganiącym lub pogardliwym spojrzeniem. Zamiast stawiać twarde tezy, reżyser krąży wokół powracających pytań: kiedy w człowieku budzi się potrzeba reakcji na przemoc? skąd bierze się ślepa plamka, która pozwala nie dostrzegać, że dzieje się coś złego? kiedy czujemy się bezpiecznie i jaki jest tego koszt?

„The Square”, reż. Ruben Östlund

Krajobraz intelektualny, po którym porusza się Ruben Östlund, jest powszechnie znany i mniej więcej obecny w powszechnej świadomości – to tezy Hannah Arendt o banalności zła, eksperyment Stanleya Milgrama poświęcony bezrefleksyjnemu posłuszeństwu przełożonym i władzy czy rozważania Philipa Zimbardo o „efekcie Lucyfera”. Sam Östlund lubi opowiadać o instynkcie i prymarnych odruchach, ujawniających się w sytuacji zagrożenia. Jednak siła jego filmów – w tym „The Square” – polega na tym, że zamiast z analizami i efektami naukowego eksperymentu, mamy do czynienia z rozbudowanym filmowym ćwiczeniem stylistycznym, w którym okazuje się, że nie musimy udawać się do więzienia, na salę rozpraw albo na policyjne przesłuchanie, żeby zobaczyć, jak ludzie reagują w skrajnych sytuacjach. Eksperymenty Rubena Östlunda odbywają się w centrum handlowym, w parku, na zatłoczonej ulicy i na parkingu, o każdej porze i wśród przypadkowej grupy ludzi.

Film mógł poprzestać na portretowaniu zobojętniałych elit i zblazowanych koneserów sztuki, ale Östlund to nie Tom Ford. Jego bohaterowie mają wprawdzie mnóstwo dylematów moralnych i popaprane życie osobiste, jeżdżą teslą i noszą drogie ubrania, mieszkają w wygodnych apartamentowcach i dotyczą ich problemy pierwszego świata. Mimo to „The Square” kicha na egzystencjalne konflikty wewnętrzne i przecina skalpelem gliniane nogi społecznej poprawności, równości i deklarowanej empatii. Zachowując krytyczną ostrość, film Östlunda nie grozi palcem ani nie pławi się w kreśleniu portretu ludzkości nad moralną przepaścią.

„The Square” jest przede wszystkim niezmiernie zabawny, głównie dlatego, że przygląda się towarzyskim i społecznym niezręcznościom okiem ironicznego antropologa. Christian chce, żeby jego muzeum było zaangażowane w debatę społeczną i pozwoliło zrewidować kategorie równości „The Square”, reż. Ruben Östlund „The Square”, reż. Ruben Östlund.
Szwecja 2017, w kinach od 15 września 2017 
i odpowiedzialności, tymczasem sam drży przed zaparkowaniem swojego ekskluzywnego samochodu na blokowisku i waha się, zanim kupi coś do jedzenia żebraczce przed sklepem. Jeśli już zdobędzie się na taki gest, to nie po to, żeby usłyszeć od niej: „Poproszę ciabattę z kurczakiem bez cebuli”. Altruizm i współodczuwanie mają swoje granice, a społeczna hierarchia bywa czasem zbyt wygodna, żeby zachwiać jej posadami.

Większość materiału do scen w „The Square” wywodzi się z prywatnych doświadczeń Östlunda, który kilka lat temu uczestniczył w wystawie w Muzeum Sztuki i Designu Vandalorum. Znajomość wystawienniczego kontekstu i doświadczenie bycia widzem w muzeum sztuki współczesnej nie idą w jego filmie na marne. Portret instytucji, która walczy o swoją widzialność za wszelką cenę i ma świadomość, że w tym celu musi się sprzedać, nie wie tylko, jak to się robi, jest niezwykle trafny. Z jednej strony, łatwo wyśmiać placówkę, która obiera najbardziej pomyloną ścieżkę autopromocji, z drugiej strony widok rady artystycznej muzeum w konfrontacji z wyluzowanymi specami od PR-u i mediów społecznościowych szybko staje się bolesny. Instytucja sztuki traci wszystkie swoje narzędzia w starciu z młynem popytu i podaży i o ile potrafi poruszać się po terenie artystycznego skandalu, to reklamowa i komercyjna prowokacja zwyczajnie ją przerasta.

Wydawałoby się, że przygody muzeum sztuki współczesnej na rynku to temat, na którym żaden film wiele nie ugra, ale Östlund czyni z niego wehikuł dla opowieści o jednym z najbardziej rozpowszechnionych w społeczeństwie odczuć, czyli o poczuciu wstydu. Wstydzimy się, że kupujemy coś paskudnego od marketingowców, ale to kupujemy; wstydzimy się, że nie reagujemy na cudze upokorzenie, ale odruchowo przyspieszamy kroku; wstyd nam, że odwracamy wzrok, kiedy trafiamy na niezręczną sytuację, ale i tak odmawiamy uczestnictwa.

Chociaż Östlund pokazuje konsekwencje tej upartej ignorancji, to jednoczy się z widzem nie w poczuciu społecznej wyższości, ale właśnie w odczuwaniu wstydu. Nie mówi: „Ja bym tak nie zrobił”, ale: „Postąpiłbym dokładnie tak samo i jeszcze bym to uargumentował w taki sposób”. Najlepiej widać to w scenie, w której Christian nagrywa filmik z przeprosinami skierowanymi do 10-letniego chłopca, którego niesłusznie oskarżył o kradzież. Zaczyna przemowę od wyrazów skruchy i bicia się w pierś, ale monolog trwa długo i powoli zaczynają dominować w nim samousprawiedliwianie i zrzucanie winy na siły wyższe. Wstyd nam za Christiana, mógł przecież po prostu przeprosić i przyznać się do błędu, nic by go to nie kosztowało. Ale trochę go rozumiemy, przecież jego błąd skądś wynikał idlaczego ma brać na siebie całą odpowiedzialność, ostatecznie wszystko na świecie jest takie skomplikowane i niejednoznaczne. Odrzucenie samoobronnej narracji wymaga pracy i bezustannego rozwijania społecznej wrażliwości – Ruben Östlund nie zakłada, że będzie to kiedykolwiek możliwe, ale wyraźnie pokazuje, czemu nie jest to możliwe teraz.

W 2015 roku Östlund opublikował na Youtubie filmik-żart, w którym udokumentował swoją rozgoryczoną reakcję na brak nominacji do Oscara. Życzę mu, żeby w nadchodzącym roku dostał chociaż nominację, ponieważ chciałabym zobaczyć, czy będzie się wstydzić za to, że tak bardzo pragnął stać się częścią hollywoodzkiego parnasu. Ale przede wszystkim mam nadzieję, że potem zrobi o tym film.