Wróć do strony Krótko

„Samotny mężczyzna” Toma Forda

Agnieszka Jakimiak

„Samotny mężczyzna” to poszukiwanie filmowego wyrazu dla sensualnej perspektywy, próba zatrzymania wrażenia. Ford przygląda się ułamkom sekund i tworzy własną rzeczywistość jak sieć utkaną na skrawkach tego, co rzuca się w oczy i na chwilę budzi wszystkie zmysły

„Samotny mężczyzna”, reż. Tom Ford.
USA 2009, w kinach od 14 maja 2010
Melancholia to dwustronny medal. Dla melancholika utrata jest pustką niemożliwą do wypełnienia, wiecznie otwartą raną, ale także tym punktem w czasie, który pozwala się pławić w żalu. Pielęgnowanie nieprzepracowanej straty staje się zaślepiające, konieczne i samo w sobie przynosi pocieszenie. Melancholia pozwala czerpać przyjemność z bezustannego powrotu wspomnienia, daje szansę znalezienia azylu. Bywa nieznośnie estetyczna, kiedy przywołuje obrazy zniekształcone przez to, jak chcemy pamiętać, jak wolimy pamiętać, jak wygodnie jest nam pamiętać.

Wycyzelowany, przepiękny formalnie i wizualnie film „Samotny mężczyzna” Toma Forda, skupia się właśnie na drugiej stronie melancholijnego medalu. Tytułowy single man, czyli wykładowca literatury George (Colin Firth), od roku przeżywa śmierć swojego partnera (Matthew Goody), z którym przeżył szesnaście lat. Wspomnienie tej miłości towarzyszy mu cały czas, obrazy wspólnie spędzonych dni powracają z każdym wschodem słońca, dzwonkiem telefonu, szmerem w ogrodzie. Przeszłość rozpościera się na planie tu i teraz, przysłaniając codzienność. Śmierć Jima nadała rytmowi dnia inny wymiar. Najdrobniejsze gesty sprawiają, że pamięć ożywa w zawrotnym tempie, podsuwając minione sytuacje, skrawki wydarzeń, słowa, które padły niepotrzebnie.

Film Toma Forda to przede wszystkim stylizacja. Po pierwsze, wystudiowane (i charakterystyczne dla spojrzenia projektanta mody) ujęcie Ameryki lat 60., gdzie każdy detal sprawia wrażenie, jakby pochodził z fotografii Friedlandera albo Mapplethorpe’a. Po drugie, konsekwentne przedstawienie rzeczywistości w formie ożywającego zdjęcia. A raczej – kliszy pamięci. Ford posługuje się z pozoru najbardziej wyświechtanymi wyobrażeniami o latach 60., ale wplatając je w filmowe obrazowanie, powołuje do istnienia cały rezerwuar kulturowych skojarzeń. Przedstawia ciąg sekwencji w kolorze, sepii, czarni i bieli, odwołuje się do najsłynniejszych fotografii i filmowych kadrów, dba o materialne piękno każdego szczegółu – począwszy od kresek malowanych eyelinerem na oczach kobiet, po kształt rewolweru. Chłopak nieomal wyjęty z reklamy Marlboro i filmowe klatki z Hitchcocka, odwołania do hiperrealizmu Richarda Estesa i obrazowania Edwarda Hoppera – „Samotny mężczyzna” jest cytatem z przeszłości, a raczej z tego, jak przeszłość zapisała się w naszej świadomości.

Jednak „Samotny mężczyzna” to nie tylko odzwierciedlenie świata widzianego oczyma kreatora mody. To także hołd złożony perspektywie homoseksualnej. Spojrzenie homoseksualisty różni się od tradycyjnego, maskulinistycznego ujęcia – zdaje się mówić Ford. Materia rzeczy, ich sensualność, inaczej objawiają swoją naturę, co innego zwraca uwagę i przykuwa wzrok. W czasie dyskusji George’a z kolegą z uczelni, kamera konsekwentnie zatrzymuje się na sylwetkach młodych studentów grających nieopodal w tenisa. W zwolnionych ujęciach widać krople potu spadające po torsach, drgające mięśnie, ramiona przygotowane do zamachu rakietą. George podąża za zapachem, mrugnięciem oka, błyskiem w źrenicy.

Film Toma Forda jest bez wątpienia eksperymentem formalnym – ale w najlepszym znaczeniu tego słowa. „Samotny mężczyzna” to próba zatrzymania wrażenia. Ford przygląda się ułamkom sekund i tworzy własną rzeczywistość jak sieć utkaną na skrawkach tego, co rzuca się w oczy i na chwilę budzi wszystkie zmysły. Ta decyzja sprawia, że film staje się momentami nieznośnie przeestetyzowany i nużący w swoim ostentacyjnym pięknie, ale jednocześnie uwrażliwia na inny wymiar kontemplacji. Jako opowieść o melancholii, jest natomiast perwersyjnie przyjemny – szeregi kojących obrazów nie są nawet przesycone smutkiem, lecz satysfakcją płynącą z rozpamiętywania, przywoływania fragmentów, rekonstrukcji wrażeń.

Agnieszka Jakimiak, studentka MISH UW i dramaturgii w PWST w Krakowie, laureatka Grand Prix w tegorocznej edycji konkursu im. K. Mętraka, publikowała m.in. w „ResPublice Nowej”, „Kinie”, „Didaskaliach”.

Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.

Komentarze (2)

Komentarze zwiń/rozwiń
  • Nienormalny Witz 20.07.2010 14:08 -+ 0

    Trzeba jeszcze wspomnieć, że muzykę do tego filmu zrobił Polak, Abel Korzeniowski (znany wcześniej ze współpracy z Jerzym Stuhrem). I może jeszcze to, jak sztucznie i nieziemsko pięknie (przez co naturalnie!) przemienia się kolor obrazów niektórych scen: od zimna do słonecznego ciepła. To świetny chwyt formalny.

  • Piotr Szcześniak 09.06.2010 17:40 -+ +1

    Tytułem usprawiedliwienia tej nieznośnej chwilami hiper-estetyzacji:

    Mam wrażenie że to jedno z najodważniejszych, a jednocześnie najostrzej polaryzujących widownię posunięć Forda, a przecież wynika wyłącznie z konsekwencji narracyjnej - świat widzimy tu oczami Georga.

    A on właśnie taki jest - ocenia i doświadcza świata niemal wyłącznie w kategoriach estetycznych, jest emocjonalnym kiczem w doskonale skrojonym garniturze, człowiekiem którego życiu sens nadaje pragnienie śmierci...

    Debiut Toma Forda jest z tej perspektywy bliższy kinu Almodovara, niż któregokolwiek z cytowanych w nim reżyserów, którym "Single Man" złożony został w hołdzie.

Inne artykuły z działu Film

Inne artykuły tego samego autor

Czytaj też polecane artykuły

Do góry strony