Wskrzeszanie zmarłych

7 minut czytania

/ Film

Wskrzeszanie zmarłych

Krzysztof Świrek

Wielką wartością filmu Pecka jest decyzja, by użyć postaci Jamesa Baldwina jako medium, które pozwala na nowo ująć sytuację w pewne ramy. Tego bowiem dzisiaj brakuje – nie danych, faktów, liczb, ale perspektywy, która pozwala je zrozumieć

Jeszcze 2 minuty czytania

W jednej ze swoich powieści James Baldwin pisze o dziecku, które „płacze, jakby chciało wskrzesić zmarłych” (przekład Marii Zborowskiej). Dokument w reżyserii Raoula Pecka „Nie jestem twoim murzynem” można także zrozumieć jako lament nad umarłymi. Rodzaj gorzkiego bilansu sytuacji Afroamerykanów, dokonywany słowami pisarza – jednego najbardziej biegłych w nazywaniu cierpienia.

Punktem wyjścia filmu jest tekst, który nigdy nie powstał. James Baldwin miał napisać wspomnienie trzech zamordowanych przyjaciół: Medgara Eversa, Martina Luthera Kinga i Malcolma X. Postaci różnych, o odmiennych poglądach politycznych i stylach działania, ale ze wspólnym powołaniem: przemawiania w imieniu pogardzanej społeczności, której wiele lat po zniesieniu niewolnictwa nadal – faktycznie, bo już nie formalnie – odmawia się podstawowych praw. Żyjącej w kraju, w którym, jak pisze Baldwin à propos westernu, „z masakry uczyniono legendę”. Zadanie było może zbyt bolesne dla pisarza, by je ukończyć; pozostało kilkadziesiąt stron poruszających notatek i korespondencji z agentem literackim, które Raoul Peck wykorzystał jako podstawę dla swojego filmu. Zresztą pośród innych, fascynujących dokumentów, takich jak sylwetka Baldwina jako potencjalnego wroga publicznego, sporządzona przez FBI.

Niepokojąco pasują do siebie obrazy wykonane w różnych dekadach: wściekły tłum otaczający czarną dziewczynkę zmierzającą do jak dotąd ekskluzywnie „białej” szkoły; twarze żałobników na uroczystościach pogrzebowych polityków zamordowanych w zamachach. I mnóstwo obrazów policyjnej przemocy z całego szeregu miejsc i kontekstów: od marszy w obronie praw człowieka po ostatnie demonstracje pod szyldem ruchu Black Lives Matter.


Przede wszystkim zaś uderzająco aktualnie brzmią teksty Baldwina, czytane z offu przez Samuela L. Jacksona. Samego pisarza widzimy zresztą w filmie Pecka wielokrotnie, dzięki archiwalnym rejestracjom jego wystąpień podczas rozmaitych publicznych dyskusji. Uderza zgodność pomiędzy tym, co mówi, a jego mimiką, gestami i sposobem bycia. Nie unosi głosu, nie jest patetyczny – z pełnym spokojem tłumaczy rzeczy podstawowe. Wydaje się gościem na przyjęciu wystawionym przez kogo innego – musi ważyć słowa, by nie urazić gospodarzy. Ci gospodarze są przeważnie biali, a Baldwin dostaje jedynie kilka minut, żeby ubrać w słowa to, co niemal niemożliwe do przekazania: jak to jest nie należeć do białego „klubu”, jak to jest we własnym kraju czuć się pogardzanym obcym, jak to jest mierzyć się od zawsze z poczuciem własnej zbędności.

Jak podkreśla Baldwin, dla samego siebie był zawsze po prostu człowiekiem, nigdy „murzynem” – tak jest określany przez białych, to oni stwarzają go w swoich słowach, czynach i w swoich opowieściach. I to oni powinni się zastanowić, do czego jest im on potrzebny, po co czarni żyją pośród nich. Kiedyś było wiadomo po co: czarni mieli być niewolnikami, czyli „myślącym narzędziem” wedle klasycznej definicji, o której na kursach uniwersyteckich mawia się, że trzeba ją rozumieć „w kontekście epoki”. Kim mają być teraz? Słowa Baldwina spotykają się z uznaniem, jego biała publiczność bije mu brawo, być może nawet dumna z tego, że jest na tyle „tolerancyjna”, żeby zobaczyć w nim przede wszystkim intelektualistę, a nie negro właśnie, „murzyna”. On sam zapewne najlepiej rozumiał, ile warty jest ten poklask.


Film Pecka nie jest zwykłym dokumentem. Nie słyszymy w nim typowych głosów eksperckich – tych trzeba szukać gdzie indziej, nie jest to zresztą trudne. Kto jest ciekawy, może np. łatwo dowiedzieć się, że blisko jedna trzecia Afroamerykanów żyje w biedzie, w zestawieniu z 15 procentami biednych w całej Ameryce. Albo że choć czarnoskórzy stanowią 13% populacji Stanów, to równocześnie – aż 40% populacji amerykańskich więzień (wedle ostatnich zbiorczych danych z 2010 roku), do czego przyczynia się nieracjonalna polityka karna. Liczby są ważne, żeby mieć rzetelny ogląd sytuacji, ale w tym filmie ich nie znajdziemy.

Dużo ważniejsza, niż same liczby, jest rama, w którą je wpiszemy. Na przykład można stwierdzić, że USA mają „problem rasowy”, że sytuacja czarnych mieszkańców Ameryki to „problem społeczny”. Takie sformułowania są bardzo blisko stwierdzenia, że jakaś grupa jest problemem. Tak jak przed wojną w Polsce mówiło się o „problemie żydowskim”, co dzisiaj każdego cywilizowanego człowieka musi uderzać jako sformułowanie co najmniej niewłaściwe. Baldwin odpowiedziałby pewnie, że to nie społeczeństwo „ma problem”, ale że jest to „problem ze społeczeństwem”. To nie „problem z mniejszością”, ale to problem demokracji, praw, tego, jak ułożone są relacje między ludźmi. Innymi słowy, kiedy czarny przestał być niewolnikiem, nie zniknął, ale zaczął odgrywać inną rolę. I nie on sobie tę rolę stworzył, bo nie tak to działa, by ludzie bez pieniędzy i wpływu społecznego mogli podejmować suwerenne decyzje, nawet w USA. Ta część amerykańskiego doświadczenia musi zostać doświetlona, bo to właśnie historia czarnych, jak mówi Baldwin, jest historią Ameryki.

 „Nie jestem twoim murzynem”, reż. Raul Peck „Nie jestem twoim murzynem”, reż. Raul Peck. Francja, USA 2016, w kinach od 1 grudnia 2017Baldwin w swojej narracji opowiada o straconej szansie. Kolejne morderstwa polityczne oznaczały końce kolejnych wersji marzenia o możliwościach zmiany. Szczególny, elegijny ton tego filmu nie jest jedynie stylizacją. Historia jest nieodwracalna, tak jak skutki kolejnych politycznych morderstw, w których ginęli politycy, nazywani przez Baldwina „przyjaciółmi”, i upadek organizacji politycznych, które dawały wielu ludziom nadzieję. Niedokończona książka Baldwina miała być wypełnieniem zobowiązania wobec ludzi, których kochał, a zarazem buntem wobec zapomnienia, które według niego nie leczy ran, ale jeszcze bardziej utwierdza dawne krzywdy i niesprawiedliwości.

Wielką wartością tego filmu jest właśnie decyzja, by użyć tekstu i postaci Baldwina jako medium, które pozwala na nowo ująć sytuację w pewne ramy. Tego bowiem dzisiaj brakuje – nie danych, faktów, liczb, ale perspektywy, która pozwala je zrozumieć. Kogoś, kto przekonująco pokaże, że nie chodzi o odpowiadanie precyzyjnymi danymi na każde pytanie, ale o to, że pewne pytania są źle zadane. I nawet jeśli odpowiemy na nie szczegółowo i rzetelnie, będziemy nie bliżej, ale dalej od zrozumienia sytuacji. Baldwin umiał właśnie nazywać rzeczywistość jeszcze nie nazwaną, ukazywać cierpienie dotąd niewidoczne lub opisywane wyłącznie z zewnątrz, jako coś, co można zaledwie obserwować z dystansu mniej lub bardziej uczonych pojęć. Zawsze potrzeba ludzi o takich zdolnościach, byśmy mogli zrozumieć sytuację, w której się znajdujemy, byśmy nie byli skazani na „pustą mowę”, „mowę trawę”, będącą tylko szumem, nawet jeśli stwarza pozory wypowiedzi „eksperta”. O tym, między innymi, jest film Pecka, jeden z najważniejszych dokumentów politycznych ostatnich lat i wybitny przykład trudnej sztuki eseju filmowego.