Język, który nazywamy literaturą
Aimee Fleck / CC BY-NC-SA 2.0

19 minut czytania

/ Literatura

Język, który nazywamy literaturą

Rozmowa z Ryszardem Koziołkiem

Wartość literatury polega też na tym, że usiłuje ona zachować poszczególność istnienia, wyjątku, odrębności, a zarazem zorganizować to w jakąś pojmowalną całość. Dyskursy polityczne czy filozoficzne dążą natomiast do modelu – rozmowa z Ryszardem Koziołkiem

Jeszcze 5 minut czytania

MACIEJ JAKUBOWIAK: Tytuł pana nowej książki, „Dobrze się myśli literaturą”, może wydawać się optymistycznym oznajmieniem. Ale w trakcie lektury przekształca się raczej w pytanie, a każdy z jego elementów zostaje w jakiś sposób sproblematyzowany. Zacznijmy od końca: kiedy twierdzi pan, że „dobrze się myśli literaturą”, to nie ma przecież na myśli całej literatury. O jaką literaturę tutaj właściwie chodzi?
RYSZARD KOZIOŁEK: Myślę, że o taką literaturę, która zostaje zagadnięta przez rzeczywistość, do której należy czytelnik. Każdy musi jakoś odpowiedzieć światu, ale czytelnik ma lepiej. Przymuszony do odpowiedzi lub wypowiedzi, może użyć języka w jego najlepszej formie zwanej literaturą, która w dodatku czeka, poręczna i gotowa, w całym bogactwie tradycji i współczesności. Tylko brać, co komu pasuje.  Inne odmiany mowy albo są mniej efektywne, albo redukują wypowiedź do schematów, klisz, esemesowych kadłubków zdań. Bez literatury przeistoczymy się w ideografów wklejających emotikony w nadziei, że po drugiej stronie ktoś bardziej kompetentny potrafi nazwać, o co nam chodziło.

Będą się też pogłębiać różnice społeczne między czytającymi i nieczytającymi w zakresie bogactwa języka i jego możliwych użyć. Czytanie daje wiedzę i kompetencje, inaczej mówiąc kapitał kulturowy i społeczny, który będzie posiadać stosunkowo niewielka część ludzkości, podobnie jak kapitał ekonomiczny. Spada liczba ludzi zdolnych przeczytać Prousta, Manna, Dąbrowską czy Iwaszkiewicza; podjąć grę z językiem Białoszewskiego, nauczyć się rozumieć Miłosza.

Efekty postępującego ubóstwa już widać; spece od socjotechniki mowy dokonują wywrotowych operacji na znaczeniach słów, przy dezorientacji lub bierności drugiej strony. Tymczasem nic lepiej niż czytanie i analiza literatury nie ćwiczy w nas umiejętności rozpoznawania polisemizacji wypowiedzi, odwracania znaczeń, grania kontekstami, dezorientowania uczestników sytuacji komunikacyjnej, którym wydawało się, że wiedzą, co znaczą takie pojęcia, jak: wolność, demokracja, sfera publiczna, prywatność, bezpieczeństwo. Nagle okazuje się, że ktoś nadaje im zupełnie inne znaczenia, a my jesteśmy bezradni. Bo nie tylko wydarzenia nas skonfundowały, ale przewrotny język interpretowania tych wydarzeń obnażył nasze ubóstwo krytyczne. Odbudowa społecznego kapitału językowo-literackiego to wielkie wyzwanie dla ludzi zajmujących się zawodowo tymi sprawami. Ryszard KoziołekRyszard Koziołek

Literaturoznawca, profesor w Uniwersytecie Śląskim. Autor książek: „Ciała Sienkiewicza. Studia o płci i przemocy” (2009, Nagroda Literacka Gdynia w 2010), „Znakowanie trawy albo praktyki filologii” (2011), „Dobrze się myśli literaturą” (2015). Eseista, publikuje w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”
(fot. Agnieszka Szymala).

Wspomina pan w książce o swoim eksperymencie, z którego wynika, że coraz trudniej ustalić nam listę wspólnych lektur, a w konsekwencji kanon przestaje stanowić medium komunikacji. Ale jeżeli literaturę pojmować nie jako kanon, a jako pewien sposób odpowiadania na rzeczywistość czy jako pewien stan języka, to co miałoby go odróżniać od innych stanów języka?
Przywołuje pan „grę w upokorzenie”, w którą co jakiś czas bawię się ze studentami, zakładając się z nimi, że nie znajdziemy dziesięciu powieści, które przeczytaliśmy wszyscy. Wyrośliśmy w przekonaniu, że istnieje zestaw tekstów, których znajomość stanowi warunek dostępu do pewnej  sferę kultury: musisz przeczytać pewne książki lub chociaż coś o nich wiedzieć, żebyśmy mogli ze sobą rozmawiać. Z tym przekonaniem rzeczywistość kazała nam się rozstać, a jednak po chwilowym wstrząsie widać, że rozproszenie kanonu wcale nie jest równoznaczne z zanikaniem kultury czytania, tyle że nasze lektury, szkolne czy prywatne, nie tworzą lekturowej wspólnoty. Nadal jednak istnieje zapotrzebowanie na dwie podstawowe funkcje literatury, tj. opowiadanie i metaforyzację.

Czasowość naszego istnienia oraz zdarzeń, które rejestrujemy, rodzą potrzebę ujmowania ich w sensowne i estetycznie atrakcyjne całości. Przekonujemy się o sensowności i urodzie lub bezsensie i potworności istnienia, kiedy opowiadamy o nim. Dodałbym do tego potrzebę ekspresji, czyli poszukiwanie języka, który by wyraził nasze doświadczenie w formie bardziej epifanicznej, nagłej niż opowieść, a do tego zdolny jest dobry wiersz. Literatura wyrasta z antropologicznych fundamentów naszego bycia jako istot posługujących się mową. Koniec literatury będzie końcem mówiącego człowieka.

Pisząc o literackich wspólnotach, zwraca pan uwagę na to, że są one złożone z jednostek o odmiennym pochodzeniu kulturowym czy narodowym, które tylko powieść może w jakiś sposób zintegrować. Na czym miałaby polegać specyfika wspólnoty projektowanej przez literaturę?
To jest problem, który od dłuższego czasu mnie frapuje. Szczególnie ze względu na fiasko projektów integrystycznych, które były podejmowanej w okresach Polski niesuwerennej, gdy literatura i kultura zdawały się jedynym klejem, który byłby w stanie utrzymać wspólnotę jako całość i zapobiec jej całkowitemu rozpadowi. Tej roli literatura nie musi szczęśliwie już odgrywać. Czy jednak na pewno? Boleśnie przekonujemy się, że zlekceważenie pytania o „polskość” lub sprowadzenie jej do wypełniania obowiązków podatkowych w Polsce było głupotą polityczną. Literatura pozwala sobie wyobrazić, wypowiedzieć, skrytykować lub odrzucić narracje o Polsce, których poznanie i przemyślenie daje szansę na inny rodzaj rozmowy niż dyskurs partyjny. Zdecydowanie łatwiej rozumnie rozmawiać o życiu w Polsce z kimś, kto ma za sobą lekturę, np. Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza, Prusa i Żeromskiego. Nawet szkolną.

Literatura w Polsce dostarczała społeczeństwu przez wieki języka symbolicznego służącego samorozumieniu. Znamienny jest przykład Sienkiewicza, który jako jedyny pisarz polski zbudował wspólnotę czytających ponad podziałami politycznymi i socjalnymi. Dla jednych była to fantazja o feudalnej chwale własnej klasy, dla innych początek emancypacji dzięki lekturze, dla wszystkich zaś odkrycie nieodpartego pociągu do języka w jego postaci zwanej literaturą, oczywiście tą Sienkiewiczowską.

Trzeba jednak pamiętać, że grupa ludzi stale czytających literaturę to zawsze była i będzie jakaś mniejsza część społeczeństwa, nawet w takich krajach jak Czechy, Francja czy Szwecja. Jakiś rodzaj elitaryzacji związanej z literaturą zawsze będzie powstawał, bo literatura oprócz swojej funkcji wspólnototwórczej jest też narzędziem różnicowania społecznego.

W swojej poprzedniej książce, „Znakowaniu trawy”, sformułował pan poręczną definicję literatury jako wypierania złej mowy przez dobrą mowę, co dałoby się rozumieć nie tylko jako imperatyw etyczny, ale też estetyczny. W „Dobrze się myśli literaturą” powraca pan do tej kwestii i powiada na przykład: „Proza to pisanie dobrych zdań”. Czym różniłoby się dobre zdanie od złego zdania?
Jako studenci filologii powtarzamy starą, dobrą tezę formalistów rosyjskich o tym, że literatura dezautomatyzuje język w jego naturalnej skłonności do zastygania w kliszach, powtórzeniach, stereotypach, frazeologizmach, itp. To lenistwo języka dobrze określił Robert Frost, pisząc, że pierwszy człowiek, który porównał kobietę do róży, był poetą, a drugi – idiotą. Z tej świadomości, że świata jest za dużo, a języka za mało, rodzi się jednak potrzeba, którą Edward Balcerzan nazwał „naturalnym nastawieniem literaturoznawczym”, tzn. potrzebą lepszej mowy.

Świadomość ograniczenia słownika, frazeologii i składni jest doświadczeniem powszechnym, bez względu na stopień wykształcenia. Szczególnie stany afektywne nam to uświadamiają: zachwyt, uniesienie, sympatia, przyjaźń – wywołują w nas potrzebę wymiany języka, dają nam odczuć, że to, co próbujemy powiedzieć, nie mieści się w naszym zasobie słownika i zwyczajowym porządku gramatyki. Takie stany otwierają nas na potrzebę lepszego słowa. Co ciekawe, afekty negatywne są mniej pomysłowe, zastygają w mowie nieznośnie skonwencjonalizowanej. Inwencyjność hejtu jest dość ograniczona.

W tym nieco techniczno-ekonomicznym ujęciu literaturę rozumiem jako mowę technologicznie najlepiej rozwiniętą, która dostarcza nam wglądu w to, co można zrobić z językiem w danym momencie historycznym. Dla uproszczenia można to porównać z samochodami. Wielkie teksty literackie i wielcy pisarze są jak Ferrari czy Tesla. Większość z nas nie będzie nimi jeździć, ale dzięki nim wiemy, czym może być auto. Nie wszyscy muszą posługiwać się polszczyzną Jeremiego Przybory, natomiast warto wiedzieć, że takie rzeczy z językiem można robić. Ten ideał sprawności i efektywności mowy nazywam literaturą.

A jak radzi sobie literatura w konkurencji z obrazem? Mówi się dziś powszechnie, że seriale przejmują rolę epiki powieściowej.
To, co się dzisiaj dzieje z serialami – ich emancypacja estetyczna i narracyjna – bardzo mnie cieszy, gdyż oznacza powrót literatury do filmu. Kino najbardziej popularne, czyli telewizyjne, znów chce opowiadać, a nie być tylko maszyną sensoryczną. Potwierdza też trwałość naszych potrzeb kulturowych: mam na myśli długie i złożone narracje oraz potrzebę, aby w życiu towarzyszyły nam, prócz realnych, także postacie fikcyjne.Ryszard Koziołek, „Dobrze się myśli literaturą”Ryszard Koziołek, „Dobrze się myśli literaturą”. Wydawnictwo Czarne, 288 stron, w księgarniach od 20 stycznia 2016

Emancypację seriali obserwuję z tym większą przyjemnością, że przypomina mi ona XIX-wieczną karierę powieści w odcinkach. Prasa przyczyniła się do ogromnego wzrostu zainteresowania literaturą, zwłaszcza w tych sferach, które były wcześniej wykluczane z kształcenia literackiego. Dzięki niskiej cenie gazety ludzie mogli obcować z fikcją – lepszej lub gorszej jakości, ale pozwalającą na ćwiczenie kompetencji wymagających skupienia, koncentracji, pamięci i komunikacji. Tak jest i dzisiaj, bo przecież fascynujący serial jest przedmiotem naszych rozmów z przyjaciółmi, sporów, przewidywań, analiz. To naturalne nastawienie literaturoznawcze, wbrew naszym polonistycznym marudzeniom, jest nadal wyraźnie zauważalne, a szkoły i instytucje kształcenia humanistycznego powinny je przechwycić.

A jak jest z tym tytułowym myśleniem? Przecież pańska książka nie jest wcale o myśleniu. Znacznie więcej pisze pan o tym, w jaki sposób literatura oddziałuje na emocje, i to oddziałuje niekoniecznie pozytywnie. Pisze pan również, że moment refleksji i krytyki pojawia się – jeśli już się pojawia – znacznie później.
Literatura – jeśli na nas działa – pobudza nas przede wszystkim emocjonalnie i afektywnie. Nie oczekujemy od literatury tego, co nam oferuje traktat filozoficzny. Czekamy na to emocjonalne zahaczenie, które rozstrzyga najczęściej o fortunnej lekturze. Ale życie książki w nas nie powinno się na tym kończyć, choć często pewnie tak się dzieje. A jednak, ze względu na status literatury jako znaku językowego, czytaniu od razu towarzyszy aktywność intelektualna, praca wyobraźni, konceptualizacja, wypełnianie słów obrazami. To oczywiście nie jest naturalne, ale stanowi efekt pewnego ćwiczenia kulturowego, a mimo to przychodzi nam stosunkowo łatwo.

Ponadto, pobudzanie refleksji polega na tym, że literatura wybija nas z pozycji egoistycznych. Poprzez doświadczenie identyfikacji z postacią, „zanurzenia się w tekście”, zapomnienia o sobie – łatwiej wyzbyć się egoistycznego nastawienia: „ja myślę”. Dzięki literaturze mogę przyglądać się temu, jak myśli i czuje nie ja, inny niż ja – zwierzę, dziecko, kobieta, stwór z innej planety, itd. Dzięki sztuczkom literackim czuję z nim więź i przynajmniej na pewien czas, na czas lektury, przyjmuję jego perspektywę, muszę o nim i z nim myśleć. Refleksyjność powstaje wedle literackiej partytury, a specyficzny sposób literackiej percepcji sprawia, że emocjonalność nie kłóci się z refleksyjnością.

Czym w takim razie różni się myślenie literaturą od myślenia przy użyciu pojęć czy modeli?
Myślenie zwykle kojarzy się z trudem, z wysiłkiem, zwłaszcza to myślenie, do którego zapraszają nas wielcy filozofowie. Natomiast literatura kaptuje nas do myślenia poprzez atrakcyjny język, opowieść lub metaforę, a kiedy już nas przyciągnie, to na zasadzie intelektualnej kontrabandy w postaciach i zdarzeniach umieszcza kwestie abstrakcyjne: moralne, etyczne, historyczne, filozoficzne, wymagające, z osobna, dużej sprawności intelektualnej.

Wartość literatury polega też na tym, że usiłuje ona zachować poszczególność istnienia, wyjątku, odrębności, a zarazem zorganizować to w jakąś pojmowalną całość. Dyskursy polityczne czy filozoficzne dążą natomiast do modelu. Pewnie dlatego jestem literaturoznawcą, a nie filozofem czy socjologiem. Literatura nie każe nam opuścić swojej jednostkowości i przygodności za cenę rozumienia całości. Literatura obiecuje – choć może to być fałszywa obietnica – że można te porządki pojednać.

Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim fikcja? Pisze pan za Derridą, że stanowi ona ramę, która pozwala napisać wszystko na wszystkie możliwe sposoby – a to oznacza, że pozwala również pisać rzeczy straszne.
Bliskie jest mi podejście – które podkreślają coraz częściej neuronarratywiści – że umiejętność rozróżniania fikcji i rzeczywistości nabywamy bardzo szybko, wcześniej, niż opanowujemy język werbalny. Literatura przychodzi już na miejsce pewnych właściwości poznawczych naszego umysłu. Natomiast konsekwencje i walory istnienia fikcji są nieprawdopodobnie istotne. W jej obrębie mówimy wszystko nie tylko dlatego, że jesteśmy owładnięci chęcią naruszenia granic niewypowiedzialnego, ale także ponieważ wiemy, że to, co mówimy, pozostaje tylko językiem. Ta nieważkość mowy ma kolosalną rolę w używaniu literatury jako symulatora treningowego, w którym ćwiczymy się w rozmaitych wyobrażeniach, praktykach, obrazowaniu doświadczenia, historii, przyszłości itd. Bardzo ważne jest, że wiemy, iż to „tylko” literatura. Robi się niebezpiecznie, jeśli ktoś likwiduje tę ramę, oskarżając język o rozmaite rzeczywiste potworności, które przedstawia, czyli dokonując bezpośredniego przejścia od fikcji do rzeczywistości.

To nas doprowadza do trzeciego składnika tytułu książki. „Dobrze” rozumiem w tym kontekście przynajmniej na dwa sposoby. Z jednej strony, dobrze się myśli tak, jak dobrze się chodzi po lesie – przyjemnie, z pewną satysfakcją. Ale z drugiej strony, robi się coś dobrze, czyli z jakimiś efektami, produktywnie. Zastanawiam się nad relacją między tymi dwoma znaczeniami, szczególnie w przypadku fenomenalnego eseju o Rymkiewiczu. To chyba nie jest przykład dobrego myślenia w tym pierwszym sensie?
Literatura zmusza mnie czasem do pomyślenia o czymś, o czym nie chciałbym myśleć. Więcej, skłania mnie do sympatyzowania z tym czymś. Można oczywiście pokazać, że jest to zaleta literatury, która wiedzie mnie w miejsca, których nie chcę zobaczyć ze względu na swoją hipokryzję, zakłamanie, lęk czy uprzedzenia. Ale język, który nazywamy literaturą, dzięki swojej zdolności wpływu emocjonalno-afektywnego, może nas też czynić sojusznikami spraw złych. Także wielka literatura. Istnieje taki truizm, że czytanie zawsze jest dobre i dlatego powinniśmy czytać nawet cokolwiek. Otóż ja przeczę temu z całą stanowczością. Teksty robią z nami złe rzeczy, ustawiają nas w pozycjach, których nie chcielibyśmy nigdy zająć. Jak w przypadku eseistyki Rymkiewicza, która wciąga nas w jakiś mroczny sojusz z autorem, sojusz, którego nie chciałbym zawrzeć poza literaturą.

Różnica mowy literackiej wobec złej mowy publicznej polega na tym, że literatura ma w sobie, jak w filmie „Mission Impossible”, mechanizm samozniszczenia. I to ją zbawia, ten komponent krytyczny wobec języka, który ją tworzy. Sama poddaje demistyfikacji swój uwodzicielski mechanizm. Od samych początków powieści, u Cervantesa i dalej u Flauberta czy romantyków.

„Dobrze się myśli literaturą” to pierwsza pana książka, która ukazuje się w wydawnictwie nieakademickim. W ostatnich latach takich książek, pisanych przez literaturoznawców, ale przeznaczonych dla szerokiego kręgu odbiorców, było stosunkowo niewiele. Dlaczego zdecydował się pan przekroczyć granicę oddzielającą uniwersytet od bieżącego życia literackiego?
Przede wszystkim, to nie jest książka krytycznoliteracka, a ja nie jestem krytykiem towarzyszącym bieżącej produkcji literackiej. Książki, o których piszę, zawsze są związane z moim życiem akademickim. Ta łączność jest dla mnie bardzo ważna, gdyż, moim zdaniem, w latach 90. dokonało się coś bardzo ważnego w krytyce akademickiej, mianowicie nastąpiło jej stopniowe zerwanie z publicznością czytającą poza akademią. Wcześniej istniała dość wyraźna piramida kompetencji krytycznych, na której szczycie była akademia, a stamtąd dokonywała się mniej lub bardziej bezpośrednia transmisja wiedzy o literaturze do szerszej sfery obioru. Wystarczy popatrzeć, w jakich wydawnictwach ukazywały się książki Janusza Sławińskiego, Jana Błońskiego czy Henryka Markiewicza (Wydawnictwo Literackie czy PIW). W pewnym momencie ten związek został zerwany, a nasze książki zaczęły się ukazywać wyłącznie w wydawnictwach specjalistycznych. Stoi za tym oczywiście system nauki, który nastawił się na maksymalną specjalizację, co z kolei zaczęło wymuszać określone miejsca publikacji, a tym samym oddzieliło nas od czytelnika o zainteresowaniach humanistycznych.

Z drugiej strony, w latach 90. nastąpiła niesłychana erupcja języków krytyki akademickiej: poststrukturalizm i kolejne zwroty badawcze dostarczały nam ogromnej liczby idei, pojęć, ale także metod pisania i czytania akademickiego. Mieliśmy się czym bawić, więc przestaliśmy myśleć o tym, dla kogo piszemy. Zaczęliśmy sobie sami wystarczać. Od pewnego momentu zaczęło mnie to niepokoić, także ze względu na dydaktykę, która zawsze była mi bliska. Mam na myśli troskę o społeczną funkcję literatury i literaturoznawstwa, które przestało nas zajmować. Stoi więc za tą książką przekonanie o konieczności nawiązywania komunikacji społecznej za pomocą czytania i komentowania literatury.

Mówi pan tutaj o warunkach wyjścia z akademii, ale jest też druga strona tej układanki, czyli media. W „Znakowaniu trawy” pisał pan: „Akademicka lektura tekstu literackiego zawiera pewien nadmiar precyzji, skrupulatności i specjalizacji, których nie potrzebują rynek ani polityka, a przede wszystkim media”. Jednak pana eseje publikowane w prasie zawierają taki nadmiar precyzji. Jak znalazło się dla nich miejsce w mediach?
Tu mnie pan przyłapał, ale to jest dobre przyłapanie. To chyba dobrze świadczy o pewnych mediach, które są w stanie znieść ten nadmiar precyzji. Oczywiście, musi się to dziać za cenę pewnych modyfikacji, ale od czego lekcje literatury, która uczy, jak szlachetnie korumpować odbiorcę, aby przyjemnie mu się myślało. Wracamy do punktu wyjścia: myślenie literaturą odbywa się za pewną cenę. Czytelnik nakłoniony do myślenia otrzymuje pewien rodzaj przyjemności, która jest instrumentem kontrabandy intelektualnej. Ale komentowanie literatury jest również prezentacją własnej radości, zadziwienia tym, co się w tekście odnalazło. Bardzo bym chciał, żeby czytelnik podzielał tę moją przyjemność.