Maszyna relacyjna
vin ganapathy / CC BY-NC-ND 2.0

19 minut czytania

/ Literatura

Maszyna relacyjna

Maciej Jakubowiak

Pomimo całego transhumanizmu i ekofeminizmu powieści Michała R. Wiśniewskiego okazują się całkiem staroświeckie. Autora ciągnie w stronę pozytywistycznej tendencyjności, która opiera się na wierze w możliwość naprawy świata i w moc literatury

Jeszcze 5 minut czytania

Na pierwszy rzut oka to po prostu zgrabnie skrojona literatura obyczajowa. Ludzie schodzą się i rozchodzą, żona marynarza romansuje na mieście, chłopak i dziewczyna planują ślub, rozczarowana córka bogatego przedsiębiorcy nie spełnia się w małżeństwie z pretensjonalnym artystą, pisarz przeprowadza się ze Szczecina do Warszawy, ktoś spodziewa się dziecka, ktoś stracił dziecko, ktoś próbuje założyć dochodowy biznes, Polaków spotykają przygody na wakacjach.

W trylogii Michała R. Wiśniewskiego, na którą składają się „Jetlag”, „God Hates Poland” oraz wydany niedawno „Hello, World”, jest jak w ciągnącej się w nieskończoność telenoweli: najważniejsze są tu relacje. Zdaje się, że każdy z każdym jakoś jest związany i w tym gęstym splocie nie sposób pociągnąć za jedną nitkę, by nie wyciągnąć pozostałych. Jak wtedy, gdy najpierw Patrycja obserwuje „dwie cwane gapy, myślałby kto, sierotki zagubione, robią właśnie numer życia, się znaleźli podstarzali Bonnie & Clyde, wbijając się z wózkiem pełnym po brzegi do kasy «do dziesięciu artykułów»” („Jetlag”), a potem się okazuje, że dla Clyde'a to była ostatnia żałosna próba ratowania wspólnego życia. Albo jak z tym Kindle'em Anity, który przez Allegro wędruje do Natki, która w ten sposób trafia na powieść Mai Wróbel, która ma wspólne spotkanie ze Sławkiem („God Hates Poland”), który jest byłym Patrycji (‚Jetlag”), która jest matką Mimi, która „złapie za róg e-booka i pociągnie, a ten zduplikuje się z cichym plopnięciem” („Hello, World”).

To nie tylko chwyt konstrukcyjny, pozwalający w nieoczekiwany sposób posklejać losy postaci pozornie niemających ze sobą wiele wspólnego. Stoi za tym poważniejsze przekonanie, że wszyscy jesteśmy uwikłani w społeczną sieć do tego stopnia, że nie sposób mówić o jednostkowym działaniu – najmniejsze poruszenie wprawia w ruch cały układ. Pobrzmiewa tu postmodernistyczna z ducha wiara w efekt motyla, którym zachwycała się globalna popkultura na przełomie wieków. Ale jest w tym również bardziej współczesny wątek myślenia o wspólnotowości, przeciwstawiającego się kultowi indywidualnej sprawczości. W świecie, w którym nikt nie jest panem swojego losu, bo zależy od procesów, nad którymi nikt nie panuje – w takim świecie nie sposób też mówić o jednostkowej winie. Każde zachowanie można wyjaśnić, dla każdego znaleźć usprawiedliwienie.

Michał R. Wiśniewski, „Jetlag”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 232 strony, w księgarniach od lipca 2014Michał R. Wiśniewski, „Jetlag”.
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 232 strony, w księgarniach od lipca 2014
Na tym polega powieściowa empatia Wiśniewskiego, odróżniająca go od takich pisarek i pisarzy, jak Michał Olszewski czy Joanna Bator, którzy z niepokojącą lekkością osądzają i wyszydzają swoje postaci. Strategia Wiśniewskiego wydaje się przede wszystkim bardziej owocna poznawczo – nie służy umacnianiu zajmowanej pozycji, ale zachęca do wykroczenia poza dotychczasowe przekonania. Skutkuje też ciekawszym pisarstwem, nieograniczającym się do parodii jednego stylu, ale niejako z konieczności wykraczającym w stronę języków, których trzeba się nauczyć, aby je zrozumieć.

Pasterko wieżo Eiffla

Empatyczny odruch obejmuje zresztą nie tylko ludzi. W tym obyczajowym tasiemcu ludzie wiążą się również z rzeczami: wirtualną asystentką, maszyną zamieniającą ciosy w grze na fizyczny ból, dziecięcym androidem, sztuczną inteligencją wymykającą się spod kontroli. Wiśniewski jak mało który polski pisarz rozumie funkcjonowanie technologii – infrastruktury, protokołów i tego, jak to wszystko z grubsza działa, i czasem się tą wiedzą przed czytelnikami zwyczajnie popisuje („Automatycznie wygenerowana wiadomość pomknęła podmorskimi światłowodami, mijając bramki i routery, by wreszcie zmienić się w sygnał 3G w pobliskiej stacji BTS”).

Ale to rozumienie polega przede wszystkim na włączaniu technologii w istniejące sposoby myślenia: urządzenia są nowe, ale problemy stare. W „God Hates Poland” Tomasz, pracujący w Japonii nad sztuczną inteligencją, buduje androida opartego o sieci neuronowe stworzone za pomocą rosyjskiego wirusa – żeby przepracować żałobę. I tylko pozornym paradoksem jest to, że obsadzenie robota w roli dziecka doprowadza go nie do jakiejś wersji świeckiej utopii, ale do powrotu do tradycyjnej religijności. Jak w „Strefie” Apollinaire'a z 1913 roku nowoczesna technologia zderza się tu z całkiem nienowoczesną wyobraźnią, a postęp techniczny wcale nie jest równoznaczny z postępem myśli. Zresztą powracająca w cyklu pod różnymi postaciami sztuczna inteligencja funkcjonuje po prostu jako figura Boga:

Ale wierzę, że kiedyś zbudujemy komputer, który zbada tę sprawę, wiesz, wszystkie hipotezy, przeanalizuje święte pisma, sprawdzi możliwości cudów i objawień, wspólne cechy wszystkich wyznań, wiesz, to by musiał być naprawdę potężny komputer. I wtedy go odpalimy i zadamy mu jedno pytanie. – O życie, wszechświat i całą resztę? – Nie – kręci głową Jameson – spytamy go „czy Bóg istnieje?”, a on odpowie – „teraz tak”.
(„Jetlag”)

Tropiąc – niczym Agata Bielik-Robson – kryptoteologie nowoczesności, Wiśniewski nie zmierza jednak do rehabilitowania myślenia religijnego. Pokazuje raczej, że wiara w technologiczną utopię – w to, że jakiś wynalazek w końcu rozwiąże wszystkie nasze problemy i pozwoli się cieszyć „Fully Automated Gay Space Communism” – że taka wiara jest równie naiwna co wiara w Mesjasza, który na końcu czasów przywróci sprawiedliwość. Naiwna, ale – i to jest chyba rozpoznanie najbardziej pesymistyczne – nieodzowna. Bo może być tak, że po prostu nie umiemy myśleć inaczej, że – jak pisał w 1889 roku pisał Nietzsche: „nie otrząśniemy się z pojęcia bóstwa, gdyż wierzym jeszcze w gramatykę…” (w przekładzie Stanisława Wyrzykowskiego).

W gramatykę i – dodaje Wiśniewski – w komunikację. Bo też obsesją jego bohaterów jest próba przebicia się przez bańkę – nie tyle bańkę informacyjną, o której tyle się mówi w ostatnich latach, ile bańkę języka skazującą każdą i każdego na możliwość, a więc konieczność, niezrozumienia. Niby wiadomo, że nie sposób się dogadać, ale nie można przestać próbować. Stąd te desperackie próby odnalezienia medium doskonałego: czy to będzie zabetonowany w ścianie dead drop, pozwalający żywić nadzieję na spotkanie z czymś nieoczekiwanym („Jetlag”), czy urządzenie do odczytywania myśli, dające obietnicę bezpośredniości („God Hates Poland”). Ostatecznie wiara w boskość, czyli w transcendencję, okazuje się po prostu wiarą w to, że poza naszymi głowami istnieją jacyś inni ludzie.

Serio

Wśród technologii, które miałyby w końcu zażegnać nasze problemy z dogadywaniem się, eksponowane miejsce zajmuje literatura. Jeśli bohaterom udaje się czasem przekroczyć granice własnych światów, to zwykle za sprawą książek, takich jak wspomniana powieść o powstankach warszawskich, która popycha jedną z bohaterek „God Hates Poland” do wypowiedzenia – nawet po cichu – tego wszystkiego, co wcześniej nie dawało jej spokoju. Również w „Hello World” literatura odgrywa jedną z głównych ról, szczególnie w części umiejscowionej w Polsce lat 80. Dla Ady, nastoletniej bohaterki, książki i biblioteki są podstawową przestrzenią wolności, gdzie nie musi być dobrą córką, siostrą, koleżanką, a może być, kim tylko chce.

Michał R. Wiśniewski, „God Hates Poland”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 276 stron, w księgarniach od listopada 2015Michał R. Wiśniewski,
„God Hates Poland”
.
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 276 stron, w księgarniach od listopada 2015
Pod tym względem podobnie do literatury działa potężna sztuczna inteligencja, która wydostaje się na świat w drugiej części trylogii (gdzie zresztą śledzi notatki zapisywane na Kindle'u) i przypomina o sobie w trzeciej.

Carol nauczyła się widzieć możliwości. Takie jak ten hotel pośrodku czarnej pustyni. Wszystkie możliwe wszechświaty powstające przy każdej alternatywnej decyzji. Spóźniasz się na pociąg, czy go łapiesz? Wstajesz na dźwięk budzika, czy śpisz dalej? Z dwóch możliwości zaistnieje ta, która zostanie zaobserwowana. A Carol widziała wszystko. Zyskała możliwość tworzenia wszechświatów kieszonkowych.

Jasne, Wiśniewski podchwytuje jeden z najmodniejszych tematów w popkulturze ostatnich lat i na swój sposób sprawdza, jak ludzie radzą sobie z utratą pozycji najbardziej inteligentnych podmiotów. Ale sztuczna inteligencja to w tych powieściach zarazem metafora tego, jak działa literatura: pozwala testować warianty, igrać z potencjalnością, nie przejmować się zanadto tym, co dokonane, ale eksplorować to, co możliwe. Ta metafora działa też w drugą stronę i decyduje o tym, że powieści Wiśniewskiego tak mocno skupione są na tworzeniu i odkrywaniu powiązań. Że to literatura kierująca się logiką maszyny informacyjnej, która – jak sieci neuronowe służące rozpoznawaniu obrazów, ale tworzące przy okazji spotworniałe przeróbki zdjęć – przede wszystkim rozpoznaje podobieństwa i współzależności.

Na takiej zasadzie funkcjonują charakterystyczne dla powieści Wiśniewskiego miniatury wtrącane w podstawową opowieść. Jak w „Jetlagu” ta o chłopcu, który alergicznie reaguje na internetowy trolling, bo wydaje mu się, że rodzice ukrywają przed nim jego żydowską tożsamość, którą zgłębia na własną rękę. Albo ta o Oksanie, ukraińskiej dziewczynie, która zarabia na utrzymanie swojego dziecka, sprzedając warszawskim rodzicom mleko ze swoich piersi: „Hormony żalu płyną razem z mlekiem, jest zatrute smutkiem, chociaż nikt o tym nie będzie wiedział. Ktokolwiek wypije mleko Oksany, na wieki wieków pogrąży się w żalu”. To, co mogłoby się wydawać zwykłą transakcją handlową, nie tylko okazuje się uwikłane w niesprawiedliwość redystrybucji bogactwa (która każe matce karmić dzieci w innym kraju tylko po to, aby mogła wykarmić dziecko własne), ale również wywołuje nieprzewidywalne skutki. Literatura natomiast – przynajmniej dopóki nie powstanie wystarczająco wydajny algorytm – pozostaje skutecznym narzędziem rozpoznawania tego rodzaju współzależności.

Oczywiście nie każda literatura, lecz taka, która dopuszcza do siebie odmienne języki i sposoby komunikowania się. Wiśniewski – na co wielokrotnie zwracano uwagę – jest szczególnie wyczulony na styl aspirującej klasy średniej, zbudowany na micie indywidualnego sukcesu, ale poszukujący w jego ramach możliwości wyrażenia własnego – niedopasowanego do wzorca – doświadczenia. Ale pisarz skutecznie wykorzystuje również konwencje pochodzące z innych, także pozaliterackich, porządków. Potrafi na przykład zainscenizować scenę opartą na schemacie bitwy z gry w rodzaju Mortal Kombat albo wysłać swoją bohaterkę w mityczny trip, który tyleż ma wspólnego z „Alicją w Krainie Czarów”, ile z grą przygodową.

Wiśniewski chętnie wprowadza do fabuły apki na smartfony, relacjonuje YouTube'owe filmiki i cytuje blogi, fora, a nawet zwykły spam. W odróżnieniu jednak od Joanny Bator, która w „Ciemno, prawie noc” również obficie cytowała internet, Wiśniewski ani przez chwilę nie drwi, nie dystansuje się z wyższością, nie ironizuje. Przeciwnie, nawet w najbardziej wulgarnych formach komunikacji odnajduje ślady szczerości (co zbliżałoby go do nurtu New Sincerity, bardziej postulowanego niż realizowanego przez Davida Fostera Wallace'a). Bo jeśli autentyczność została skompromitowana, to albo możemy wznosić się na kolejne poziomy ironii, albo próbować się porozumieć przy użyciu tego, co akurat mamy pod ręką – nawet jeśli to zgrana do bólu piosenka:

Koncert „Największych Przebojów Myslovitz Na Ukulele” rozpoczyna się od przeciągłego „I nawet kiedy będę sa-aaa-am!”, ale nie ma w tym żadnej kpiny czy ironii, wykonanie jest czyste i szczere, a dźwięk małej gitarki w przedziwny sposób rezonuje z muzyką duszy, wyciąga nastoletnie, niezaleczone emo. Weganie i hipsterzy są zachwyceni, bo od dawna nie obcowali z niczym tak autentycznym. I kiedy po godzinie na bis idzie powtórka piosenki otwierającej występ, wszyscy razem śpiewają o chemicznym świecie pachnącym szarością.
(„Jetlag”)

Taka też usiłuje być proza Wiśniewskiego. Rezygnując z wysokoartystycznych ambicji czy prób przedstawienia samej prawdy, dostarcza po prostu słów i wyobrażeń – możliwie różnorodnych, choć przecież niepozbawionych uprzedzeń – mogących służyć temu, by spróbować się dogadać. Przy czym warunki tej rozmowy są najzupełniej rudymentarne: unikajmy przedwczesnych ocen i bądźmy choć przez chwilę serio.

Niecierpliwość

Szczątki religijności, które kształtują wyobraźnię bohaterów Wiśniewskiego, przyjmują swoją najbardziej radykalną postać w obrazie końca: likwidacji wszystkich problemów, przecięcia splątanych węzłów – apokalipsy. Tak „W God Hates Poland” kończy się Polska, która w pewnym momencie okazuje się zbyt obecna i zbyt bolesna, by mogła dalej istnieć. Marzenia o końcu towarzyszą też bohaterkom „Hello World”. Ada w schyłkowym PRL-u wprost czeka na koniec beznadziejnego świata. Ale to, co wydaje się po prostu elementem popularnej wyobraźni epoki zimnej wojny, w futurystycznej części powieści znajduje swoją realizację w projekcie „wygaszania ludzkości”: masowej eutanazji gatunku i rozpoczęcia wszystkiego od nowa.

Michał R. Wiśniewski, „Hello World”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 320 stron, w księgarniach od maja 2017Michał R. Wiśniewski, „Hello World”.
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 320 stron, w księgarniach od maja 2017
Alternatywą dla tego rodzaju religijno-apokaliptycznego myślenia, które ratunku dla tego świata szuka gdzieś poza nim (czy to będzie królestwo niebieskie, czy życie po życiu, czy kolejne wcielenia Króla-Ducha, czy wyjazd na Marsa albo po prostu emigracja), jest pełne zaangażowanie w to, co jest. Innymi słowy: polityka. Jak w przypadku Natki, która w pierwszym odruchu marzy o zniknięciu Polski, ale w końcu do niej wraca, lecz zmienia swoje w niej życie.

Funkcję naczelnej ideologii pełni tu feminizm. Czy to w wydaniu Lady Golgoty, która podczas internetowych spektakli wymierza karę patriarchalnym samcom; czy w wersji „Czarodziejek z Księżyca”, dostarczających mitologii dla pewnej siebie dziewczyńskości. Z każdą kolejną powieścią obecność feminizmu w pisarstwie Wiśniewskiego staje się coraz mocniejsza, a „Hello World” to już po prostu powieść o doświadczeniu kobiecości i macierzyństwa. Nie prowadzi to jednak do zmarginalizowania postaci męskich, przeciwnie – ujęte w odpowiednio pomniejszonych proporcjach stają się ciekawsze. Zresztą feminizm w takim wydaniu okazuje się nie tyle ideologią wojujących kobiet, ile sposobem patrzenia na całokształt relacji społecznych. Nieprzypadkowo w „Jetlagu” pierwszoplanowe „ty”, wokół którego wszystko się kręci („To nie jest moja historia. To twoja historia”), nie ma sprecyzowanej płci. (O tym, jak skutecznie taka konstrukcja postaci ujawnia czytelnicze uprzedzenia, niech świadczy fakt, że gdy kiedyś autor mi to uświadomił, byłem nie tyle nawet zaskoczony, ile po prostu święcie przekonany, że to nie może być prawda).

Zresztą na nieco ogólniejszym poziomie dałoby się powiedzieć, że dla Wiśniewskiego wrogiem jest nie tylko polityka tożsamości płciowej, ale polityka tożsamości w ogóle. Stąd te wszystkie wątki transhumanistyczne: historie z furrysami, przyjaźnie z Siri. Eksperymentując z granicami człowieczeństwa, popychając swoich bohaterów do zrzucania kolejnych masek i zakładania innych, Wiśniewski sugeruje, że właśnie tożsamość jest najsilniejszym narzędziem, jakim się nas opresjonuje. I jednocześnie sprawdza, jak by to wszystko mogło wyglądać, gdybyśmy nie przywiązywali się tak bardzo do tego, kim jesteśmy.

Jednak ta jawna polityczność czy tendencyjność powieści Wiśniewskiego sprawia równocześnie, że w tym pisarstwie nie ma za dużo miejsca na błędy i niedoskonałości. Każda niegodziwość zostaje w końcu ukarana, każde poświęcenie – wynagrodzone. Męscy bohaterowie, którzy pozostają szowinistami, zostają zepchnięci na boczny tor, a bohaterki, którym zdarza się odtworzyć patriarchalne zachowania, szybko się nawracają:

Dziewczyna ewidentnie sobie nie radzi, myśli Patrycja, ale nie wie, jak się zachować. Odgania od siebie te wszystkie pierwsze myśli, które są oceniające, że sąsiadka jest młoda, więc niedojrzała, że pewnie niewykształcona i słucha disco polo; cały ten zestaw uprzedzeń, które Patrycja nabyła wraz z awansem klasowym. Ale wie, że to do niczego nie prowadzi.

Wiśniewski nie pozwala swoim bohaterkom i bohaterom na tkwienie w błędzie. Stąd jego skłonność do utopijnych puent, w których postaci w końcu dochodzą do tego, jak powinno się żyć („Światu nie potrzeba lepszych apek. Światu potrzeba lepszych ludzi” – odkrywa pod koniec „Hello World” Wiktor). Stąd też chyba wychylenie w przyszłość, którego nie należy mylić z gatunkowym science fiction. Bo ostatecznie to pisarstwo, które ostrzega przed pokusami myślenia apokaliptycznego, samo okazuje się niecierpliwie wypatrywać oczekiwanej zmiany. Najlepiej tę strategię wykłada w zakończeniu „Hello World” jedna z bohaterek: „Ale ja nie chcę zrobić książeczki opisującej rzeczywistość – Patrycja zaciska pięść. – Chcę zrobić książeczkę, która pokona rzeczywistość!”.

Pomimo anglojęzycznych tytułów i okładek nawiązujących do młodzieżowej popkultury, pomimo całego tego science fiction, transhumanizmu i ekofeminizmu – „Jetlag”, „God Hates Poland” i „Hello World” okazują się powieściami wyjątkowo staroświeckimi. Autor podejmuje wyzwanie XIX-wiecznej epiki, starając się dać możliwie szeroki obraz społeczeństwa. Jednocześnie zbacza w stronę pozytywistycznej tendencyjności, opierającej się na wierze nie tylko w możliwość naprawy świata, ale również w moc literatury. Do tego sprzęga najnowsze wynalazki ze starymi formami uczuciowości i zadaje swoim czytelnikom pytania o naturę boga.

Może być więc tak, że jest to pisarstwo anachroniczne, które usiłuje mocować się z problemami współczesności przy użyciu konstrukcji pojęciowych sprzed stu lat, ale nie potrafi zaproponować nowych sposobów myślenia. Ale może to my nigdy nie byliśmy nowocześni, a przynajmniej nie tak bardzo nowocześni, jak byśmy sobie marzyli, i te wszystkie loty na Księżyc i iPhone'y maskują tylko nasze zacofanie. W takiej sytuacji literatura nieco anachroniczna, skupiająca się na relacjach i powracająca uparcie do paru podstawowych pytań, mogłaby się okazać przydatna.