FANTAZJA: Luksusowy komunizm
Truthout.org / CC BY-NC-SA 2.0

14 minut czytania

/ Media

FANTAZJA: Luksusowy komunizm

Jakub Dymek

Projekty utopijnej przyszłości są atrakcyjne wtedy, kiedy mogą obiecać radykalną zmianę. Tylko czy fantazje o w pełni zautomatyzowanym luksusowym komunizmie zdolne są choćby określić jej parametry?

Jeszcze 4 minuty czytania

Kto chciałby żyć we w pełni zautomatyzowanym luksusowym komunizmie? A kto by nie chciał! Ekspres budzi rano gorącą kawą, mądry termostat nastawia odpowiednią temperaturę w mieszkaniu, spersonalizowany kanał wiadomości robi już poranną prasówkę, woda w wannie z hydromasażem przyjemnie bulgocze. Nic, tylko wstać i rozpocząć dzień pracy. A nie, przepraszam, pracę też przejęły roboty. Można odpocząć. Wszystko i tak dzieje się na orbitalnej stacji kosmicznej.

Fantazja o wolnym od pracy utopijnym ładzie społecznym jest tak stara, jak nasza cywilizacja: przez kilkanaście stuleci wyrażała się w języku religii, przedstawiającej jakąś obietnicę pośmiertnego raju, by później pojawić się również się jako horyzont marzeń do zrealizowania na tym świecie. Tak komunistyczna futurologia, jak sekciarskie proroctwa zapowiadające rychłe nadejście końca świata głoszone w społecznościach zbiegłych niewolników w USA – w przeszłości podpowiadały scenariusze (a nawet próbowały je realizować) uwolnienia się od trosk, wyzysku i przymusu. Postulowały organizację społeczną opartą na pełnej dowolności i podporządkowującą pracę i wymianę jakiemuś wyższemu ideałowi. Nie powinno dziwić, że ta fantazja – od stu przynajmniej lat oparta na marzeniu o postępie i automatyzacji – cyklicznie powraca. Wiele nowego w dziedzinie utopii wcale nie wymyślono. Fascynujący jest tak naprawdę kontekst, w jakim utopie się pojawiają, i schematy, jakie realizują.

„W pełni zautomatyzowany luksusowy komunizm” (i bliźniaczy „Zaawansowany socjalizm kosmiczny”) to memy internetowe. A właściwie dank memes, czyli memy będące gatunkiem wsobnym w ramach już istniejącej subkultury internetowego żartu – memy ironiczne wobec innych memów, trawestujące już istniejące konwencje i formuły. A żeby było jeszcze śmieszniej: czerpiące z oryginalnej (głównie sowieckiej, ale i brytyjskiej oraz amerykańskiej) propagandy zimnowojennej, której język wizualny i treści zostają podkręcone i włożone we współczesną polityczną popkulturę. Taki metametapoziom.

To z facebookowego fanpejdżu „Zaawansowanego socjalizmu kosmicznego” pochodzi obrazek przedstawiający sielankę obsługiwaną przez roboty – choć najprawdopodobniej jego źródłem jest amerykańska propaganda okresu rozwoju programu energii atomowej i podboju kosmosu, którą rozsiewała zarówno popularna literatura science fiction, jak i agencje federalne.

fullyautomated-luxurycommunism.tumblr.comfullyautomated-luxurycommunism.tumblr.com

Są też doraźne karykatury z użyciem tych samych toposów popkultury. Inny mem pokazuje niemowlaka w szpitalu, leżącego na dwóch złożonych ze sobą krzesłach i kocu. Podpis mówi: „Publiczna służba zdrowia pod rządami konserwatystów”. Poniżej stockowy obrazek mężczyzny, który dłońmi operuje trójwymiarową projekcją, z hologramem ciała pacjenta. Podpis: „Publiczna służba zdrowia pod w pełni zautomatyzowanym gejowskim kosmicznym komunizmem”. Albo obrazek przedstawiający robota – kojarzącego się trochę z wczesnymi modelami Terminatora – o kobiecych kształtach i hasłem „Jeśli widzisz ten obrazek i nie mówisz «teraz, towarzyszu!», to nie chcę cię w mojej rewolucji”.

fullyautomated-luxurycommunism.tumblr.comfullyautomated-luxurycommunism.tumblr.com

Albo mój ulubiony – nawiązujący do całej serii z Jeremym Corbynem, liderem brytyjskiej Partii Pracy, jako przywódcą walczącego (kosmicznego) socjalizmu – z komiksowym pociągo-czołgiem z czerwoną gwiazdą, wielkim i naszpikowanym bronią, jak te, które w najntisach budowaliśmy z LEGO. Tylko pięćset lajków – głosi post – wystarczy, aby ten „kozacki pociąg bojowy” został przekazany strajkującej załodze londyńskiego metra. Do boju, towarzysze, lajkujemy. Fantazja o pracownikach metra, którzy „kozackim pociągiem bojowym” rozjeżdżają prywatyzujących wszystko, co popadnie, torysów jest warta swojego Christophera Nolana i jakiejś adaptacji „Batmana”, w której Bane wychodzi z podziemia – dosłownie – walczyć z prywatyzacją usług publicznych.


Nikt nie ma chyba złudzeń, że rzekomy radykalizm tych fantazji jest natychmiast unieważniany przez ich ironię. Ale jednocześnie bekowe strony ze sloganami o „kosmicznym socjalizmie” żonglują podobiznami Stalina i Mao, którzy na serio, nie ironicznie, mordowali swoich obywateli w obozach pracy. Z jednej strony, dank memes mają być satyryczną czy ironiczną polemiką ze wszystkimi liberalnymi gadającymi głowami, które faktycznie nie odróżniają współczesnych socjalistycznych polityków – w rodzaju Jeremy'ego Corbyna w Wielkiej Brytanii, Aleksisa Tsiprasa w Grecji, Berniego Sandersa w USA czy Pablo Iglesiasa w Hiszpanii – od Stalina i Mao. Z drugiej strony, posługują się wizerunkami tych otatnich, próbując „ożywić” dawne utopijne marzenia związane z realnie istniejącymi systemami komunistycznymi i opakować je na nowo dla kultury komunikacyjnej XXI wieku. Jest coś tragicznego w próbie resuscytacji autentycznych marzeń i nadziei, które już raz zostały ośmieszone i zdławione, za pomocą tej samej ikonografii i wyobrażeń. Jak gdybyśmy zasługiwali wyłącznie na kolejnego Stalina, który „kozackim pociągiem bojowym” rozjedzie kapitalistów i w końcu pozwoli nam wszystkim wystrzelić się w kosmos; jak gdyby w idei utopii – socjalistycznej, co najśmieszniejsze – chodziło wyłącznie o oczekiwanie na białego, siwobrodego mesjasza z podręczną laserową gilotyną.


Można zarzucić tego rodzaju krytyce czepialstwo i brak poczucia humoru – w końcu mówimy o, w najlepszym wypadku, postulatach ironicznych. Ale właśnie na nadmiarowej ironii, ironii jako tarczy, ironii jako języku cały problem polega. W obliczu faktycznej ucieczki lewicy i sił progresywnych z placu budowy utopii oraz – co więcej – wyrzeknięcia się przyszłości jako użytecznej kategorii, dank memes stają się nie tyle satyrą na dzisiejszą klęskę wyobraźni, ile najlepszym jej dowodem. Paradoksalnie, „kosmiczno-socjalistyczna” wizja przyszłości jest konserwatywna – odpowiada mniej więcej temu, jak idealny świat wyobrażało sobie społeczeństwo przemysłowe w minionym stuleciu. Świat z kreskówkowych „Jetsonów”, w którym postęp technologiczny nie wyprodukował żadnej alternatywnej propozycji ułożenia relacji społecznych, pracy i czasu wolnego – w takim świecie i tak najlepszym rozwiązaniem jest pójście do roboty.

FANTAZJA – numer tematyczny

O czym marzymy i jakie mamy – jako jednostki i społeczeństwa – koszmary? Polskie fantazjowanie o heroicznej śmierci („czy poszedłbyś?”), telewizyjne fantazje o wspaniałym życiu, fantazjowanie o końcu świata i wojnie, fantastyczne wizje przyszłości i fantasmagorie współczesności. Współczesna niepewność przyszłości, rozłam politycznego status quo, rozwój mediów i zjawisko postprawdy zdają się sprzyjać fantazjowaniu. Tam, gdzie realność traci grunt pod nogami, a mechanizmy rządzące światem stają się niejasne – otwiera się przestrzeń dla pracy wyobraźni.
Zobacz wszystkie teksty albo pobierz numer tematyczny jako e-book w formacie EPUB lub MOBI


W kwestii przyszłości podziały nie przebiegają już między konserwatystami a liberałami ani tym bardziej między „realistami” a „marzycielami”, lecz – jak stwierdził  Edwin Bendyk – między reakcjonistami z lewicy a reakcjonistami prawicy. Jedni marzą o państwie dobrobytu rodem z lat 60., wspieranym przez jakąś formułę dochodu gwarantowanego; drudzy o kapitalizmie w rządzonym przez naturalną elitę w państwie narodowym. Obie wizje są równie mocno zakorzenione w przeszłości i obie mocno ją idealizują – mimo odmiennych postulatów na przyszłość. Zresztą przyszłość także zanika jako przestrzeń fantazji – poza nielicznymi jednostkami, które same się proszą o pilną interwencję rodziny i przyjaciół, nikt nie wierzy, że nowe średniowiecze albo nowa rewolucja październikowa są w ogóle możliwe. Fanatycy spierają się przede wszystkim o dekoracje. Żeby sięgnąć po pierwszy z brzegu przykład: tam, gdzie jedni chcieliby widzieć „kozacki pociąg bojowy”, drudzy malują naiwnie realistyczne obrazki z mechami – dwunogimi robotami wojskowymi – z biało-czerwoną szachownicą, które obok ubranych w rogatywki partyzantów patrolują słowiańską głuszę. Z pewnością „transformersy wyklęte” szukają band leśnych „kosmicznych socjalistów”.

Ironia dank memów z jednej strony i nachalny patos „grafiki patriotycznej” z drugiej zasłaniają brak autentycznej wiary w możliwość zmiany. Ba!, niechęć do niej. Ktoś, komu marzy się mniej pracy i więcej czasu wolnego, a jednocześnie wyobraża sobie, że wykorzysta ten czas na to, co już i tak robi – tworzenie memów i konsumpcję radykalnych manifestów w internecie – faktycznie chyba nie chce zmiany. Tylko trochę przewrotnie można zapytać: czy przyszłość wolna od pracy i oparta na konsumpcji, kiedy wszyscy będą mogli robić na pełen etat memy, nie niweczy związanej z tym przyjemności, a przy okazji subwersywnego sensu bezsensownej i niewynagradzanej produkcji kulturalnej? Czy nie unieważnia dystynkcji, jaką się cieszą ci, którzy mogą owe fantazje snuć? Czy nadejście takiej przyszłości – jak pytał w książce „The Future” antropolog Marc Augé – samo nie jest dystopią, bo zakłada ostateczny koniec marzeń i fantazji?

Ciekawe, czy kreatywna klasa ironistów tylko żartuje na temat przyszłości właśnie dlatego, że jej faktyczne nadejście byłoby dla nich autentycznym koszmarem. Pomińmy już fakt, że realna praca polityczna – artystyczna, medialna, propagandowa – siłą rzeczy jest zakorzeniona w teraźniejszości, wycieńcza oporem materii i ma realne wymogi i ograniczenia. Fantazja zaś ma w sobie komponent niedojrzałości, która żyje tym, co będzie, jak już znikną ograniczenia i autorytety – bez podejmowania wysiłku tu i teraz. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego pseudolibertariańskie projekty – w rodzaju kolejnych wcieleń partii Korwina-Mikkego – są tak gorliwie konsumowane przez niedojrzałych chłopców i mężczyzn?

Projekty utopijnej przyszłości są atrakcyjne wtedy, kiedy mogą obiecać radykalną zmianę. Tylko czy fantazje o w pełni zautomatyzowanym luksusowym komunizmie zdolne są choćby określić jej parametry? Dawniejsza klasa robotnicza, której komunizm obiecywał wolność od wyzysku i czas wolny, faktycznie nie znała idei czasu wolnego, a już na pewno nie w takim wymiarze, w jakim czas wolny jest przywilejem wielu pracujących dziś. Oczywiście, wciąż pracujemy za dużo, w daleko zbyt niepewnych warunkach i bez gwarancji zabezpieczenia społecznego – ale obecne realia tej pracy rzadko produkują potrzebę utopii. I nie da się ich porównać z 18-godzinnym dniem pracy za dniówki albo tygodniówki, bez płatnych urlopów rodzicielskich, emerytury i opieki medycznej. Gdy XIX-wiecznym robotnikom obiecywano przyszłość bez fabrycznego znoju – była to wizja o mocy wręcz religijnej. Dziś wizerunki leniwej pary spędzającej dzień na czytaniu książek nie kojarzą się ludziom z globalną rewolucją, ale raczej zwyczajną niedzielą.

W świecie Zachodu wciąż, niestety, istnieją sweatshopy, współczesne niewolnictwo i urągające godności realia nawet legalnej pracy zarobkowej – ale jednocześnie osoby w największym stopniu wyzyskiwane w najmniejszym stopniu mogą sobie pozwolić na fantazje o utopiach. Poza tym, zapewnienie milionom obywateli Europy czasu wolnego, który mogliby spędzić z bliskimi albo poświęcić na rozwijanie swoich pasji, nie wymaga wcale rewolucji ani radykalnego zerwania z dotychczasowym porządkiem – wystarczy ograniczyć długość dnia pracy, poprawić zabezpieczenia socjalne, podnieść płace i zapewnić lepsze gwarancje zatrudnienia oraz bezpłatnej edukacji. Nie powinno zatem dziwić, że program w gruncie rzeczy socjaldemokratyczny uchodzi za radykalny, zaś prawdziwą i – co więcej – oczekiwaną zmianą są nie utopijne programy, ale zwykła polityka społeczna w rodzaju programu „Rodzina 500+”, Obamacare czy złożona przez Trumpa obietnica reindustrializacji. Nie trzeba „raju na ziemi”, żeby zrealizować oczekiwania większości populacji, choć rzeczywiście trzeba ambitniejszego programu, aby odpowiedzieć na wyzwania przyszłości, które przyniesie choćby automatyzacja czy wyczerpywanie się dotychczasowego paradygmatu ekonomicznego.

Nie znaczy to, że takich wizji nie ma, a cała idea świata wolnego od pracy i jakiejś utopijnej propozycji sprowadza się do memów – nic podobnego. Alex Williams i Nick Srnicek w książce „Inventing the Future” przedstawiają postulaty, które mają ambicję odzyskać marzenie o przyszłości. Autorzy piszą, że powinniśmy domagać się automatyzacji miejsc pracy, podstawowego dochodu dla wszystkich i skrócenia tygodnia roboczego – najlepiej poprzez dodatkowy dzień weekendu. Pracy w przemyśle w świecie Zachodu i tak będzie mniej, więc opóźnianie automatyzacji czy współczesny luddyzm nie mają sensu. Należy więc uspołecznić zyski z produkcji, jednocześnie mając pełną świadomość, że potrzebujemy większego zatrudnienia w sektorze opieki (społeczeństwo się starzeje) i pracy kreatywnej (nie zastępują jej algorytmy). Blog „Fully Automated Luxury Communism” obok żartów zbiera też poważne prace filozoficzne i publicystykę zajmującą się tematyką automatyzacji i świata „po pracy”. Książkę o postkapitalizmie napisał brytyjski dziennikarz Paul Mason, który podkreśla, że nowe sposoby organizowania się, wymiany i współpracy dają nadzieję na realizację bardziej równościowego ładu i organizację życia w świecie, w którym kapitalizm, jaki znaliśmy z XX wieku, straci swój impet. Janis Warufakis postuluje jednolity system ubezpieczeń społecznych, bezpłatną edukację i dochód podstawowy dla mieszkańców Europy, która musi szukać nowych dróg zapewnienia swoim gospodarkom konkurencyjności, a obywatelom – bezpieczeństwa.

Wszystkie te propozycje – nawet jeśli nie do końca dopracowane i niepozbawione wad – zasługują na dyskusję. Wszystkie w mniej lub bardziej realistyczny sposób próbują odzyskać przyszłość, choć daleko im do utopii. Żadna z nich jednak nie doczekała się atrakcyjnej opowieści, języka wizualnego, obrazu czy zaklęcia. Szkoda, przyszłość zasługuje na lepszych rzeczników niż internetowe śmieszki.