Moc spotkań
fot. Renata Dąbrowska

20 minut czytania

/ Muzyka

Moc spotkań

Rozmowa z Mikołajem Trzaską

Andrzej Stasiuk powiedział mi niedawno piękną rzecz: „Żeby się spotykać, trzeba ze sobą pracować”. Na tym polega sens muzyki improwizowanej. Nie ma kompozytora, który ustawia dźwięki, ale jest kilku muzyków grających razem

Jeszcze 5 minut czytania

PIOTR STRZEMIECZNY: Zacznijmy od twoich ubiegłorocznych urodzin. Obchodziłeś pięćdziesiątkę, dość hucznie.
MIKOŁAJ TRZASKA:
Było mi bardzo miło, że Jacek Hawryluk i Bartek Chaciński pomyśleli o mnie i zaprosili do Studia Koncertowego Polskiego Radia im. Lutosławskiego. Muzycy grający improwizowany jazz grają w małych klubach. W tak dużym miejscu wydawało mi się, że powinienem mieć raczej wiolonczelę lub być z orkiestrą. Taka scena budzi przede mną respekt, czuję się trochę zmieszany, ale z drugiej strony wtedy przyszło tylu moich znajomych i ludzi, którzy są ze mną od początku mojej działalności. Tak naprawdę to robi klimat koncertu. Ludzie. Ale skoro pytasz mnie o pięćdziesiąte urodziny, to faktycznie jest to taki czas optymalny do podsumowań. Rzeczywiście, jak ktoś mnie poprosił, żebym nakreślił listę swoich osiągnięć, to złapałem się za głowę. Mi się wydaje, że cały czas robię za mało, nie spisuję swoich koncertów czy płyt, inni się tym zajmują.

Ale wiesz, zaraz będę miał pięćdziesiąte pierwsze urodziny i zacznie się nowy czas [śmiech]. Dla mnie oznaczający chęć robienia nowych rzeczy w inny sposób, ale to jest urok bycia artystą – że chce się robić inaczej i inaczej, a potem i tak się powtarza, gra się to samo [śmiech].

Chciałem się spytać o te podsumowania. Skończyłeś pięćdziesiątkę, aktywnie tworzysz i koncertujesz od ponad dwudziestu lat, a nie masz wykształcenia muzycznego w pełnym rozumieniu.
Tutaj muszę złamać to myślenie o wykształceniu muzycznym. To taki stereotyp, nie gniewaj się, ale dziennikarze muzyczni często wytykają mi brak wykształcenia. To nie jest prawda, choć może i nie chodziłem do szkoły i na tym poziomie edukacji akademickiej czy podstawowej rzeczywiście wykształcenia nie mam. Ale miałem prywatnych nauczycieli, a uczyłem i cały czas uczę się na froncie. Pomagali mi Leszek Możdżer i Maciek Sikała. Gra z Tymonem dała mi bardzo dużo. Jacek Olter, którego niedawno wspominaliśmy z okazji rocznicy jego śmierci, poświęcił mi sporo czasu.

Moim zdaniem edukacja polega na tym, że trzeba wykształcić w sobie umiejętność i chęć uczenia się. Takie otwarcie na to, że jesteś w stanie dowiedzieć się czegoś więcej. Nie to, że wiesz dużo, bo to przydaje się na krótki moment i można łatwo paść ofiarą stanu posiadania. Nie jest dobrze, gdy muzyka przychodzi łatwo. Mi ona nigdy nie przychodziła łatwo, bardzo ją kocham, ale nadal sprawia mi trudność, co mi się z kolei podoba. Bo trudność jest wyzwaniem. Gdy coś przychodzi łatwo, nie ma się do tego szacunku. Z muzyką jest jak z ugryzieniem komara – gdy cię nie swędzi, to się nie drapiesz. Cały czas czuję, że coś można zmienić, że coś jest nie tak.

Z mojej strony jest ogromna wdzięczność dla ludzi, z którymi pracuję. A przecież nie działam sam, tylko ze znakomitymi muzykami, gdzie cały czas muszę gonić za ich możliwościami. Czy to jest Raphael Rogiński, Macio Moretti, Ken Vandermark czy kwartet Ircha, gdzie w osobach Wacława Zimpla, Pawła Szamburskiego i Michała Górczyńskiego mam wspaniałych klarnecistów. Gdybym chociaż w połowie umiał posługiwać się instrumentem jak oni, byłoby dobrze, ale dzięki nim staję się lepszy. To na początku jest krępujące, ale z czasem owocuje. Moja rada dla młodych muzyków w tym miejscu jest taka, żeby dążyli do pracy z lepszymi od siebie. Ja mam takie szczęście.

Mikołaj Trzaska

Ur. 1966, saksofonista, klarnecista basowy i kompozytor. Współzałożyciel zespołów Miłość, Łoskot, Masło, The Users, Shofar czy Ircha. Tworzy muzykę do filmów, współpracuje z reżyserem Wojciechem Smarzowskim, przygotował ścieżki dźwiękowe m.in. do „Pod Mocnym Aniołem”, „Róży”, „Drogówki” czy „Wołynia”. Razem z żoną Aleksandrą Trzaską prowadzi wytwórnię Kilogram Records.

Z brakiem wykształcenia muzycznego chciałem nawiązać do historii Remigiusza Mazura-Hanaja z grupy Księżyc, który tak jak ty też późno zaczął się uczyć grać na instrumentach.  Z drugiej strony współtworzysz Irchę, w której masz Wacława Zimpla z akademickim wykształceniem muzycznym, a który ostatnio otrzymał Paszport Polityki. Czy to jest nadal nagroda dająca coś więcej niż uznanie i splendor w środowisku artystycznym, okazjonalnie odwiedziny w telewizji śniadaniowej?
Ostatnio o tym myślałem. Kiedyś Paszport Polityki był ważniejszą nagrodą w tym sensie, że było więcej kategorii. Bardzo mi smutno, że Wacek Zimpel otrzymał nagrodę w kategorii „Muzyka popularna” i to jest głupie, że taki muzyk wrzucany jest do takiej kategorii. Z drugiej strony jeśli widzę, że Paszport Polityki ma taką właśnie wizję muzyki popularnej, to jest to bardzo dobre. To znaczy, że jest pomysł, żeby tacy ludzie z takimi pomysłami przedostawali się do popularnego nurtu, że taka muzyka uznawana jest za ważną i wartą promowania. Dobrze, że Wacław tę nagrodę dostał. Splendor w dobrym sensie jest potrzebny, życie artystów jest bardzo ciężkie, a mało kto potrafi to sobie wyobrazić. Cały czas bierzemy się za barki z rzeczywistością, musimy opłacać rachunki, inwestować we własną pracę. Ale czy to telewizja śniadaniowa? Chyba nie, zresztą nie życzyłbym muzykom, żeby pojawiali się w takich programach. To muzyka dla muzyki, dla słuchaczy, którą robią ludzie, walcząc. Po co pokazywać się z nią przy śniadaniu? Jest pewne sacrum, pewne profanum i ważne, żeby pokazywać klarowny obraz swojej twórczości. Musisz pokazywać swój kierunek, udowadniać swoją odpowiedzialność, bo to cię czyni artystą.

Trzymałem kciuki za obu przyjaciół, bo nominowany był przecież też Raphael Rogiński, ale mam nadzieję, że taka nagroda mu pomoże. W sensie, że Wacek będzie mógł powiedzieć: „Dostałem Paszport Polityki, proszę zapłacić mi trochę więcej za koncert, dajcie mi zwrot podróży i załatwcie odrobinę lepszy nocleg, bo jestem styrany po kolejnym tygodniu w trasie, i uszanujcie moją robotę, bo ciężko pracuję”. Potem, gdy wszystkie koszty zostaną podliczone, dodasz kwoty wydane na samolot, pociąg, jedzenie i spanie, wychodzi, że ledwo możesz zapłacić za gaz, prąd i mieszkanie. Okazuje się, że żyjesz skromnie, ale godnie.

Mikołaj Trzaska w Narodowym Instytucie Audiowizualnym, 12 czerwca 2015

Może i skromnie, ale możesz się pochwalić ciekawymi projektami tworzonymi z dużymi artystami. Ken Vandermark, Tim Daisy, Joe McPhee, Per-Åke Holmlander, w końcu i Peter Brötzmann. A to tylko kilka nazwisk.
Oczywiście byłoby paskudnie, gdybym narzekał. Zresztą staram się przecież działać na wielu frontach, chociażby filmowym, a to mnie faktycznie pochłania, bo to było moje duże marzenie od dzieciństwa. Teraz piszę muzykę do kolejnego filmu i jestem na półmetku prac. Do 10 lutego nie gram żadnych koncertów, żeby poświecić się pracy w studiu – żeby się nie rozpraszać, żeby nie robić wielu rzeczy, bo wtedy muzyka traci.

Kiedyś był jeden sposób, żeby się wybić – po prostu zacząć jeździć samemu, poświęcać własne fundusze, nawet kosztem strat. Dla mnie takim kluczowym momentem była podróż do Kopenhagi, a wcześniej do Szwecji, gdzie poznałem Petera Friisa Nielsena, Petera Ole Jorgensena...

...Z którymi cały czas współpracujesz.
Teraz nagraliśmy nową płytę dla duńskiego labela Ninth World Music. W tym zawodzie to ludzie są twoimi drzwiami, kariera buduje się na tym, z kim grasz, kto ciebie zna i szanuje, kto jest w stanie ciebie polecić. To prosty klucz. Kiedy grałem z Peterem Olem, a wtedy jeszcze z Peeterem Uuskylą, szwedzkim perkusistą, z którymi tworzyliśmy pierwsze trio, dzięki tym dwóm facetom zostałem przedstawiony Peterowi Brötzmannowi. Powiedzieli, że ze mną można grać i to nie jest wstyd, i zrobiliśmy razem pierwszą trasę. W 2005 roku niestety nie wyszło, bo wtedy zmarł papież i była żałoba, dlatego zagraliśmy jeden koncert, który został utrwalony na płycie „Malamute” North Quartet.
Potem zaproponowano mi grę z Joe McPhee, ale w ramach Trio X w składzie z Dominickiem Duvalem i Jayem Rosenem. Spotkałem się w Warszawie z Joe McPhee, który powiedział mi, że rozmawiał z Peterem, od którego dowiedział się, że jestem fajnym muzykiem i że możemy coś razem zrobić. To tak właśnie działa, wszystko polega na klauzuli zaufania, którą tworzy się bardzo długo. Tutaj żadna nagroda nic nie pomoże, nie staniesz się dzięki niej gwiazdą, tak samo jak z tą telewizją śniadaniową – tak się nie wchodzi do środowiska. Przeciwnie – tak się z niego wychodzi. Świat muzyki improwizowanej jest światem dla muzyków skromnych, szukających głębi w swojej tajemnicy. Musi istnieć przekonanie, że dany muzyk jest w porządku, że jest dobry, że warto i można z nim współpracować. Z Joe dwukrotnie koncertowałem w Stanach Zjednoczonych, zagraliśmy świetne trasy. Pierwszy koncert graliśmy na uniwersytecie w Filadelfii, dla mnie to była ogromna nobilitacja, z takimi muzykami, w takim składzie!

W 2008 roku w Filadelfii w hallu uniwersytetu był wielki plakat, a na nim napis „Mikołaj Trzaska Quartet”. Pod spodem adnotacja: „W składzie Joe McPhee, Dominic Duval, Jay Rosen”. Patrzyłem się i nie wierzyłem. Chłopacy stali za mną z uśmiechami radości, że to jest okay, że to mogą mi dać i to żaden problem. To jakość, o której trudno zapomnieć aż do dzisiaj. 

My tutaj w Polsce używamy taki słów jak prestiż, splendor. W Stanach i w ogóle na świecie inaczej buduje się pozycję. To są realia duszy, twojego autorytetu i podejścia. Ameryka jest krajem trudnym do grania, szczególnie dla muzyków improwizujących i grających muzykę trudniejszą, bardziej wymagającą. W Stanach byłem kilka razy i przeżyłem spory szok. Od Chicago, Nowego Jorku, ogólnie północy, gdzie przychodziło sporo osób, przez sam Nowy Jork, gdzie grywają wielkie gwiazdy, a gdzie na koncerty przychodziło na przykład szesnaście osób! Aż do południa, gdzie zainteresowanie kulturą jest znikome i nie ma praktycznie żadnego wsparcia. Tam się z założenia nie wspiera projektów, nie ma takich pomysłów.

Przejdźmy do płyt. W ubiegłym roku kilka ich nagrałeś i wydałeś. Najpierw „Delta Tree”, potem ścieżka do filmu „Wołyń” i „Nightly Forester” i na zamknięcie grudnia „City Fall”, płyta z materiałem zarejestrowanym w Café OTO.  Nie można zapomnieć o Remoncie Pomp.
Remont Pomp to płyta, która naprawdę ukaże się dopiero w styczniu. Tam daliśmy datę 31 grudnia 2016, bo po prostu grant tego wymagał. Fizycznie będzie dostępna za kilka dni, przy okazji naszej australijskiej trasy, która rozpoczyna się 13 lutego i potrwa trzy tygodnie.

To zacznijmy od pierwszej płyty, „Delta Tree”. Długo trzeba było czekać na twój w pełni solowy debiut.
Czy długo? Bo kto u nas nagrał solową płytę? Chyba tylko Paweł Szamburski był na tyle odważny, choć wcześniej Marcin Oleś nagrał piękny album. To była niezła rzecz i pierwszy gest, który zrobił na mnie wrażenie. Potem Bartek Oleś nagrał płytę solową. Najświeższą inspiracją dla mnie był album Pawła. Płyta jest przepiękna, daje jakość, której nie było wcześniej. To odważenie się na intymność. Ostatnio narodził się pewien nurt, tutaj wracam do tematu splendoru i sukcesu, w którym młodzież gra muzykę improwizowaną, ale jednocześnie bardzo łatwą. Już nie porusza zagadnień procesów twórczych, jest raczej stylem. Nie będę wymieniał nazwisk, ale dla mnie to jest pewien rodzaj popu improwizowanego, w którym wszystko się ładnie układa, płynie, jest ugrzecznione z dużą ilością pogłosu. Ta muzyka jest miła i przyjemna do słuchania, co złe oczywiście nie jest, ale muzyce odbiera się silny atut, który odrywa ją od rzeczywistości.

Dziś muzyka jazzowa, free, improv stała się muzyką popularną przez łatwość i lekkostrawność. Jakby ktoś wysypał na to wielką torbę cukru i można to jeść. Wracając do „Delta Tree”, było to zanurkowanie do wnętrza, ta płyta dla mnie nie posiada cukru, jest w niej sporo tradycji. Jak na mnie jest też bardzo wyciszona i mało efektowna. Ta płyta nie miała być udana, chciałem zaprezentować kwintesencję mojego myślenia o muzyce, pokazać, co się przez lata we mnie wydarzyło. Takiego projektu nie da się zrobić w kilka osób. To projekt samodzielny.

Muzyki do „Wołynia” nie zrobiłeś sam.
To projekt, który pochłonął mnie najbardziej, pracowałem przy nim niezwykle długo. Początkowo zakładałem, że nie zrobię płyty. Sesja do filmu trwała kilka dni, potem wybieraliśmy materiał. W filmie muzyka znalazła się w niewielkim procencie, natomiast czułem, że materiał jest tak ciekawy sam w sobie, że płyta po prostu musiała się ukazać. Każdy dawał inspiracje. Jacek Mazurkiewicz przez swoje ciepłe, duże brzmienie, wstrzemięźliwość i zwolnienie tempa do bicia serca. Nie chciałem mieć orkiestry, która gra jak orkiestra symfoniczna, tylko ludzi, którzy wewnętrznie rozumieją problem pogranicza, nawet nie oglądając filmu. Orkiestrę z Sejn tworzy tylu młodych ludzi, musiałem z nimi współpracować. Też dlatego, że oni są z pogranicza, w tym zespole jest wiele narodowości, wciąż się borykają z tożsamością. Jedynym sposobem znalezienia wspólnej tożsamości jest muzyka, sam się z tym mierzyłem.

Czy Trzaska-improwizator jest zadowolony z Trzaski-kompozytora? Kiedyś powiedziałeś, że nie jesteś kompozytorem, ale obecnie to się chyba zmieniło. „Wołyń” napisałeś samodzielnie.
Zawsze chce się coś zmienić w tym, co już powstało. Nigdy nie mam ostatecznej pewności i pracuję z przekonaniem, że to nie jest to. Nie słuchałem tej muzyki po wydaniu, bo nie byłem w stanie tego przeżywać kolejny raz. Powiem ci, że ją przeżywałem podczas pracy, bo muzyka jest złożona z wielu emocji i historii, która była pełną inspiracją. Moja muzyka mnie porusza, byłoby źle, gdyby było inaczej, ale ta muzyka mnie naprawdę porusza w pełni. Jednak swoich płyt nie lubię słuchać, żeby się po prostu nie frustrować.


Twój kolejny projekt – duet z Jackiem Mazurkiewiczem. Zanim wydaliście „Nightly Forester”, to pojawiło się „Runo”. Można ten utwór nazywać singlem?
Tak, chyba tak. To znaczy zawsze mam problem z nazywaniem takiego formatu. Jacek miał świetny pomysł. W lesie nagraliśmy bardzo dużo materiału, a Jacek zaproponował, żebyśmy wydali to w...

AltanovaPress u Sebastiana Buczka.
No właśnie! Strasznie się cieszę, że Sebastian zdecydował się to wydać. Piękna płyta, której nie sprzedałem żadnego egzemplarza [śmiech]. Jestem tak do niej przywiązany, że nie chcę się jej pozbyć. To takie rzadkie wydanie, że kiedyś będzie prawdziwym rarytasem.

Singiel pochodzi z tej samej sesji co materiał na płycie. Pomysł z organizacją sesji też był kapitalny. Jackowi zależało, żeby wejść do studia i nagrać materiał, ale od długiego czasu chciałem nagrać płytę na dworze, na otwartym powietrzu. Na Kaszubach mam domek, który stoi na skraju lasu; są jeziora, prawdziwa dzicz. Jacek jest też bardzo dobrym realizatorem dźwięku. Pojechaliśmy tam na dwa dni, mieliśmy też ogromne szczęście, bo trafiliśmy na piękną noc – ciepłą, bez wiatru i deszczu. Dla nas to było zbawienie, idealne warunki. Zaczynaliśmy grać o zachodzie słońca, kończyliśmy koło trzeciej w nocy. Jacek całe popołudnie rozstawiał sprzęt, mikrofony, nieźle to wykombinował. Jakość dźwięku jest niebywała, ale jest coś więcej – współpraca z przestrzenią, która dla mnie była milczącą publicznością. W lesie nie można zachowywać się arogancko, las każe ci słuchać go, zachować pokorę. Wróciłem do kameralnego świata, który kiedyś budował się na współpracy z braćmi Oleś. Lubiłem to, ale poszedł mi w dzikość, taką długoletnią wściekłość. Teraz kameralność powróciła, też dzięki Jackowi, który na kontrabasie dał mi szerokie brzmienie.

Przy „Nightly Forester” mieliście lekką obsuwę z premierą, ale ten czas oczekiwania nie był aż tak duży jak w przypadku „City Fall”.
Kolejki w wydawnictwach są ogromne. Ostatnio rozmawiałem z Danasem Mikailionisem z No Business, który powiedział mi, że ma dwuletnią kolejkę. Każdy chce mieć teraz płytę, zespoły atakują wydawnictwa, potem tych płyt i tak nikt nie kupuje [śmiech]. Ale dlatego wydawcy są bardzo ostrożni. Sam wiem, jak to jest, bo moja żona Ola prowadzi Kilogram Records. Nas interesuje wydawanie projektów, które działają, w których mamy pewność, że one będą istnieć dłużej niż na potrzebę wydania płyty. Lotto na przykład często gra koncerty, więc wytwórnie wiedzą, że albumy się sprzedadzą, ludzie kupią płyty na koncertach, w sklepie lub w internecie.

Wydanie płyty nie jest drogą rzeczą, ale promocja jest kosztowna. Trzeba obdzwonić dziennikarzy, wysłać płyty. Mało kto potem pisze o nich. Gdy grałem z Miłością, było mniej muzyków, za to więcej magazynów muzycznych, które teraz przeniosły się do internetu. Obecnie zaś powstaje coraz więcej zespołów i płyt, jednak nie ma kto o nich pisać. Dlatego nie dziwię się, że niektóre projekty w ogóle nie są zauważalne. Marek Winiarski, szef wydawnictwa Not Two, nie wysyła już płyt dziennikarzom , bo uważa, że jak ktoś ma napisać, to napisze, a jak się tym nie interesuje, to nie ma sensu.

Muzyka ma takie nieszczęście, że nie osiągnęła takiej rangi artystycznej jak literatura czy świat sztuk wizualnych. Ta ranga jest mniej chętnie widziana, szczególnie w pismach. Muzyka spłycana jest do rozrywki. Moje wrażenie pewnie wynika też z frustracji, bo chciałbym, żeby było o niej więcej, ale co zrobić?

na zdjęciu Mikołaj Trzaskafot. Renata Dąbrowska

Trochę odbiłeś od tematu, więc wróćmy jeszcze na chwilę do „City Fall”. To był ładny prezent.
Tak, wydawca, Fundacja Słuchaj!, reklamuje płytę rocznicowymi hasłami. To była bardzo ładna impreza. Café OTO jest miejscem bliskim memu sercu. Cieszę się, że ten koncert z Evanem Parkerem został nagrany i jeszcze w takiej garażowej jakości. Miesiąc temu zrobiliśmy kolejne nagranie. Przed świętami spotkaliśmy się z Johnem Edwardsem i Markiem Sandersem, już bez Parkera.

Jeszcze nie miałem czasu, by przesłuchać materiał. W ogóle to wtedy byłem bardzo chory, dostałem rotawirusa i grało mi się paskudnie źle. Pociłem się, było mi słabo, pewnie dlatego nie palę się do słuchania tej muzyki. Z Johnem i Markiem obiecaliśmy sobie powrót do tego materiału. Zresztą gramy ze sobą już długo. Z Markiem Sandersem i Olie Brice'em współpracujemy jako Riverloam Trio. Wystąpiłbym chętnie z Johnem Edwardsem, bo to ktoś, kto mnie motywuje i sprawia, że na scenie buduje się myśli strukturalne. Z Johnem mam niesamowity kontakt, z Markiem czuję braterstwo dusz, emocjonalnie jesteśmy do siebie podobni. Chcemy razem coś zrobić.

Jakie najbliższe plany wydawnicze?
Remont Pomp poszedł do druku, za chwilę będzie coś nowego. Z Elisabeth Harnik, znakomitą pianistką z Austrii, jesteśmy po pierwszej sesji. Myślałem o niej, o wydaniu płyty z Markiem Sandersem i Johnem Edwardsem, mam projekt z Elisabeth Harnik i z Martinem Brandlmayrem zarejestrowany w Austrii. Jest jeszcze zespół izraelski Sound albo Desert Island, choć tytuł jest na razie roboczy. To projekt improwizowany z podejściem bardzo orientalnym, to trochę inni muzycy niż my. Czuć tu kulturową odmienność i smak pustyni Negev.

Zapomniałem o tym, co jest już gotowe i czeka na swój moment! Po powrocie z Australii zamykam film i puszczam nowy projekt. On leży i czeka, a chodzi mi o Andrzeja Stasiuka i Grochów Głosem. To piękna sesja, którą uwielbiam, i która jest bardzo emocjonalna. Dwa lata temu wynajęliśmy w Warszawie studio na dwa dni. Pracowaliśmy w składzie Raphael Rogiński, Paweł Szpura, Andrzej Stasiuk i ja. Andrzej czytał swoje felietony, które napisał do „Tygodnika Powszechnego”, i czytał też „Grochów”, moją ulubioną książkę. Płyta była przepełniona literaturą. To będzie dwupłytowa audycja, która wyjdzie, tak mi się wydaje, w marcu.

Andrzej powiedział mi niedawno piękną rzecz: „Żeby się spotykać, trzeba ze sobą pracować”. To prawda, w takich czasach żyjemy. Od zarania dziejów muzyka jest platformą spotkań. Na tym polega sens muzyki improwizowanej. Nie ma kompozytora, który ustawia dźwięki, ale jest kilku muzyków grających razem. To jest ta moc, masz coraz więcej możliwości i inspiracji. Zawsze to wynika ze spotkań – rzadszych, częstszych, a czasem i po latach, które nagle odpalają. Tak jest w Shofar. Gramy rzadko, widujemy się jeszcze rzadziej, bo mamy inne projekty, ale za każdym razem jest ciekawie, bo wracamy z innymi doświadczeniami.