Wody szum, ptaków śpiew
fot. Albert Zawada

Wody szum, ptaków śpiew

Piotr Strzemieczny

Podróżować jest bosko? Field recording, czyli muzyka z naturalnych dźwięków zarejestrowanych w terenie, to szczególny rodzaj wycieczki. Pokazuje to najnowsza płyta Mirta, nagrana na tropikalnej azjatyckiej wyspie

Jeszcze 3 minuty czytania

Field recording nie należy do najłatwiejszych gatunków muzycznych, wymaga skupienia. Zapomnijmy o przysłowiowym „słuchaniu przy sprzątaniu”. Fieldrecordingowe nagrania wymagają od nas większego poświęcenia. To również nieoczywista metoda twórcza. Naturalne odgłosy tworzące kompozycje, wykorzystywanie przyrody jako źródeł dźwięków, brak linii melodycznej – aby z tak rozmaitych elementów tworzyć spójne historie, trzeba być wyczulonym na płynące zewsząd odgłosy, na różnorodne barwy dźwiękowe.

Również Tomaszowi Mirtowi, jednemu z czołowych polskich producentów tego gatunku, trzeba poświęcić nieco więcej czasu. Artysta dźwiękową dokumentacją zajmuje się już od wielu lat. Stworzył audiopocztówki z Tajlandii i Kambodży. Rejestrował nagrania miejskiego ruchu przy moście Poniatowskiego w Warszawie, dźwięki jeleni uchwycone w nadodrzańskiej scenerii, które znalazły się na albumie „Deer Run Time”. Album „Mining Noise Monitoring” to z kolei nagrania terenowe z kopalni węgla kamiennego Guido w Katowicach. Azję Mirt zwiedzał już kilkakrotnie. Pod koniec sierpnia nakładem Saamleng ukazały się płyty – „Bikes in Hanoi, Bats in Phong Nha”  z Wietnamu i prezentująca dźwięki z Kambodży „Khmer & Siam Recordings”. Przy „Temples in Sukhothai” obrał kierunek na Tajlandię.

Na „A Winter Day in Tarutao” Mirt znów zaprasza słuchaczy do Tajlandii. Ko Tarutao to licząca blisko dwadzieścia sześć kilometrów wyspa należąca do Morskiego Parku Narodowego Tarutao. Tarutao ma też awanturniczą historię. Przed drugą wojną światową na wyspę zsyłano więźniów. Potem u wybrzeża Tajlandii i Malezji rozpoczął się etap piractwa. Dziś to jedno z nielicznych miejsc w Tajlandii, gdzie nie ma wielu hoteli i turystów.

Płyta jest zapisem z dwóch podróży na wyspie, oparty wyłącznie na dźwiękach przyrody, bez użycia instrumentów. Tylko woda, zwierzęta, wiatr. I cykady, które na nowej płycie Mirta zastępują przestery i rytmikę. Na swoich regularnych albumach do ambientów wygrywanych na syntezatorach modularnych Mirt skrupulatnie dokłada rejestrowane osobiście nagrania terenowe. Pełnią tam one jedynie funkcję dodatków podkreślających jakość nagrań lub też po prostu efektów wzbogacających kompozycje. Tak było na „Rite of Passage” z 2013 roku, „Vanishing Land” z 2015 czy ubiegłorocznym „Random Soundtrack”.

Prowadzony przez Mirta label Saamleng, którego nakładem ukazało się „A Winter Day on Tarutao” jest z kolei w całości poświęcony nagraniom terenowym. Do tej pory pod tym szyldem ukazały się cztery albumy – trzy autorstwa Mirta oraz jeden Rafała Kołackiego. Motywem przewodnim wydawnictw Saamleng były związki natury z pierwiastkiem ludzkim. Tu słychać było życie miasta, tam zoom rejestrował rozmowy lokalnych mieszkańców, gdzieś jeszcze pobrzmiewały dźwięki instrumentów. 

Z Mirtem spędzamy ciepły dzień na wyspie – album otwiera kompozycja „Morning” (poranek). Pierwszy utwór na płycie to melodie fal, bulgot wody, przypływy i odpływy spotęgowane (z czasem) leśnymi odgłosami. Śpiewy ptaków i ich postukiwania nadają nagraniu błogiego charakteru, szum drzew i deszczu z kolei imituje drone'owe sprzężenia. Momentem kulminacyjnym jest motyw trwający od 5:45 do 7:50 – przeraźliwy, raniący bębenki uszu pisk cykad wzmacnia paranoidalny wydźwięk nagrania. W końcówce zgrabnie wrzucone langury podśmiewują się z rejestrującego ich odgłosy artysty, w końcu też ze słuchaczy.

Drugi utwór „A Winter Day on Tarutao”, przerywnik między ekspansywnym „Morning” i niemal monumentalnym, przecinającym płytę „Afternoon”, to minimalistyczne, intrygujące „Bay Water”. Oparty jedynie na rytmicznych dźwiękach wytwarzanych przez ryby, stwarza miejsce pod chaotyczne brzęczenie cykad atakujące uszy słuchaczy od pierwszych sekund. Niejeden noise'owiec prawdopodobnie chciałby mieć w swoim sprzętowym zestawie takie przestery, jakie uchwycił Mirt, nagrywając cykady i żaby. A żaby, jak to żaby, potrafią robić hałas, zwłaszcza gdy w połowie utworu ustępują przeciągłym, leśnym piskom. To dzięki nim otrzymujemy prawdziwą tropikalną symfonię.

Nagrania Mirt przywiózł także z wody. Oprócz „Bay Winter” możemy odsłuchać też „Oxbow Water”. Było warto moczyć hydrofon, bo plejada muzycznych kolorów jest naprawdę imponująca. Trochę w tej muzyce skojarzeń z Rapoonem, brytyjskim producentem elektroniki, zwłaszcza jeśli chodzi o minimalistyczne podejście do prezentowania dźwiękowej rzeczywistości. Połamana z jednej strony, z drugiej prosta rytmika, bulgotanie wody, brzmią jakby bańki powietrza pękały w głębokich czeluściach lub jakby gorąca lawa rozlała się i zastygała, a uwięzione w niej ryby próbowały rozbijać skorupę swoimi ogonami. Wszechobecny pogłos tylko potęguje te konotacje.

Wieś, las czy wyspa niekoniecznie muszą się różnić od miasta, zwłaszcza jeśli skupimy się na dźwiękach nocy. Elementem wspólnym jest hałas, lecz o innej barwie, innej jakości, wywołany innymi czynnikami. Zgiełk jest nieodłączną częścią przyrody –  zarówno tej naturalnej, jak i miejskiej. W mieście, nieważne małym czy dużym, wytwarzać go będą ludzie, pojazdy i miejsca. Na Ko Tarutao wielkomiejski zgiełk zastępują owady i ich lament, wieczorne ptasie koncerty, wiatr poruszający liście drzew. Nawet deszcz w tej przestrzeni potrafi wygenerować przygniatający dźwiękowy harmider.

Field recording od jakiegoś czasu cieszy się coraz większą popularnością. W warszawskim Domu Kultury KADR od końca stycznia działa cykl „Nasłuch”. W Narodowym Instytucie Audiowizualnym jesienią ubiegłego roku można było odwiedzić wystawę dźwiękową „Polish Soundscapes”. Z kolei w stołecznym Centrum Sztuki Współczesnej, w ramach projektu „Sound of Culture | Culture of Sound”, badano ekologiczny i polityczny wymiar dźwięku, skupiając się na brzmieniu miasta, ulic i mieszkańców Warszawy. Artyści wsłuchali się na przykład w dźwięki warszawskich protestów i demonstracji. Podczas warsztatów próbowali zwiększyć świadomość dotyczącą otaczających nas zewsząd odgłosów, dźwięków i urbanistycznych melodii. W ubiegłym roku także organizatorzy toruńskiego festiwalu CoCArt przygotowali specjalistyczne warsztaty poświęcone field recordingowi. Biuro Dźwięku Katowice zaś zaprosiło miłośników eksperymentalnych brzmień na spotkania teoretyczne i praktyczne prowadzone przez Mirta, Krzysztofa Topolskiego, który tworzy jako Arszyn, czy Jana Dybałę, kuratora cyklu.

Dokument „Pejzaże dźwiękowe Marcina Dymitera”

Wielu muzyków wykorzystuje zarejestrowane dźwięki w późniejszych produkcjach, nie jako czystą formę muzyczną, ale jako dodatki, elementy składowe całych kompozycji. Sergei Hanolainen, właściciel wytwórni Triangle Records, tworzący pod pseudonimem MAAAA, od wielu lat dodaje nagrania terenowe do noise'owych kompozycji. Martyna Poznańska na kasecie „Speculative Resonances – The Box”, którą wydała łódzko-poznańska oficyna -Super-, pomieszała field recordingi z dźwiękami obiektów i elementami własnych performansów. Również Remigiusz Mazur-Hanaj, członek grupy Księżyc i autor ubiegłorocznej płyty „Nagrania terenowe snów”, przy tworzeniu swojego albumu wykorzystywał osobiście rejestrowane odgłosy. W jego przypadku bardzo ważne były jednak zabiegi, którym poddał nagrania terenowe – tak ciął i zapętlał swoje taśmy, by w finalnej wersji nic nie brzmiało w sposób oczywisty i czytelny.

Mirt, A Winter Day On Tarutao, Samleeng 2017Mirt, „A Winter Day On Tarutao”,
Saamleng 2017
Mirtowi przyświecają inne cele – stara się zebrać materiał i puścić go w niemal tej samej formie, jaką otrzymał od przyrody. Podczas prac nad „A Winter Day on Tarutao” nie zdecydował się na miksy, a wszystkie zarejestrowane ścieżki po prostu połączył ze sobą, tworząc spójne i ciągłe struktury dźwiękowe, które mają zobrazować cały dzień na wyspie. Nie jest oczywiście jedynym artystą z takim podejściem. W ostatnim czasie ukazało się sporo płyt z field recordingiem. Audioreportażem zajmuje się Rafał Kołacki, który przygotował album z dźwiękami zarejestrowanymi w Istambule („Istanbul. Aux oreilles d'un etranger”, 2015) i w obozie dla uchodźców w Calais („Hijra. Noise from the Jungle”, Zoharum, 2016). W 2012 roku Rudy Decelière ‎wziął recorder i postanowił nagrać dźwięki Śląska, stojąc przy kominach. Jego płyta „Various Ends of the World” prezentowała życie w mieście – odgłosy samochodów, deszczu, wiatru, ptaków. Michał Turowski, właściciel oficyny BDTA, pod pseudonimem Bolesław Wawrzyn przemierzał dawne obozy zagłady, leśne mogiły i miejsca, w których dokonywano masowych egzekucji, rejestrując głównie ciszę i szum liści.

Dla artystów dźwiękowych fascynujące jest samo obrazowanie dźwiękowego otoczenia. Dzięki czułej aparaturze można stworzyć intymny portret danego miejsca, niepowtarzalny, bo będący zapisem momentu. Niezależnie od tego, czy będzie to tropikalna wyspa, ruchliwa ulica czy szumy uchwycone w lesie lub na łące. Zarejestrowane dźwięki pozwalają słuchaczom budować własne wizje tych miejsc.