Kto ściął krzyż?
fot. Magda Hueckel

Kto ściął krzyż?

Paweł Soszyński

Frljić lubi i potrafi wzruszać, a na każdą emocję w „Klątwie” pracuje już wiele scen wcześniej, dlatego emocja nagle zjawia się jakby znikąd, zaskakuje widza. W tym sensie jest to najmniej demagogiczny, efekciarski teatr, jaki można sobie wyobrazić

Jeszcze 2 minuty czytania

Dużo można pisać, już pisze się, o obrazoburczym wymiarze tego teatru, wiadomo było – będzie awantura. Zaraz pewnie zaleją fejsbuka dwie epistolarne fale, za i przeciw Teatrowi Powszechnemu w Warszawie, może z większą siłą wybrzmi, a nawet eskaluje konflikt między zwolennikami i przeciwnikami Kościoła katolickiego w Polsce i nie liczyłbym tu specjalnie na ozdrowienie dialogu, będzie pewnie jeszcze gorzej. Bo spektakl Frljicia nie rozwiąże, ale zaogni samo dążenie do konfliktu, pyskówki, burdy, jakie toczą się od dawna w naszej debacie politycznej i obyczajowej. Wiadomo przecież, że dla przeciwników to nie będzie ani teatr, ani dzieło sztuki. Ale nic, co w najnowszym spektaklu Olivera Frljicia może oburzać i szokować, nigdy by nie zadziałało z tak dużą siłą, gdyby za „Klątwą” nie stała wyjątkowo precyzyjna artystyczna struktura.

„Klątwa” zachwyca zniuansowaną konstrukcją, precyzją narracji, trzyma mocno i kieruje emocjami widzów i to wbrew pozorom forma, która dla Frljicia nie jest istotna, a w każdym razie ma ustępować treści, sprawia, że mamy do czynienia z jednym z najlepszych przedstawień teatralnych ostatnich (wielu) lat. A może najlepszym, choć takie wartościowanie zawsze brzmi dość pretensjonalnie. Bezpiecznie więc napiszę, że jest to z pewnością najlepsze z przedstawień Frljicia, jakie miałem okazję oglądać. Doskonała jest pierwsza scena, w której aktorzy dzwonią do Bertolda Brechta, by spytać, jak wystawić dziś „Klątwę” Stanisława Wyspiańskiego. Utrzymana w jarmarcznej, jawnie brechtowskiej formule teatralnego dystansu, sprawia, że następująca po niej scena oralnego seksu z posągiem Jana Pawła II w wykonaniu Julii Wyszyńskiej nie wypada już prześmiewczo, jej realizm, metodyczność gestu aktorki głęboko dotyka, jest przerażający. Tak utkany jest cały spektakl, kolejne sceny asekurują tu siebie nawzajem, nadają sobie ton, zmieniają gest publicystyczny w dotkliwe doświadczenie teatralne, pozwalają na satyryczny oddech, który – dlatego że jawny i do rozpuku – już za chwilę ściska gardło. Wszystko jest tu przemyślane: nieludzki, pozbawiony emocji tembr głosu, którym Arkadiusz Brykalski instruuje, jak z krzyża zrobić broń, razem z elegijną grą smyczków i światłem Jacquelin Sobiszewski tworzy z tej instrukcji i samego gestu aktorów, którzy łączą kolejne części karabinów, rozpaczliwy, ostateczny gest. To, co z pozoru wygląda na prostą ideologiczną sztuczkę, zmienia się u Frljicia w scenę transgresji. Ta łatwość, precyzja uruchamiania różnych tonacji jest u tego reżysera niesamowita. Równie ważne w osiągnięciu tego efektu  jest zaangażowanie znakomitych aktorów, którzy tworzą wielowymiarowe postaci, a ich obecność sceniczna ma performatywny charakter.

Klątwa, reż. Oliver Frljić. Teatr Powszechny w Warszawie, premiera 18 lutego 2017„Klątwa”, reż. Oliver Frljić. Teatr Powszechny w Warszawie, premiera 18 lutego 2017Kolejne, czasem wręcz stand-upowe i nagradzane brawami, solówki aktorów wcale nie zmieniają „Klątwy” w przyjemną komedię. Duża w tym zasługa świetnych dramaturgów: Gorana Injaca, Agnieszki Jakimiak i Joanny Wichowskiej, którzy mają wyczucie i gust, a przede wszystkim doskonale wiedzą, co i jak chcą powiedzieć. Czy mowa jest o aborcji, jak w przypadku Karoliny Adamczyk, czy obłudzie reżysera, o którym przecież słusznie mówi Barbara Wysocka, że się buntuje przeciwko systemowi, ale tegoroczny Festiwal Malta w Poznaniu za grubą kasę z miasta przygotuje – mamy do czynienia z tym samym, skrupulatnym łączeniem przeciwieństw, wyjaskrawianiem sprzeczności. To pisarskie perełki, które nie pozwalają sobie za bardzo błyszczeć, bo mają nasz śmiech co i rusz przycinać. Zawsze wstrzymują się o krok przed aktorską szarżą. Aktorzy grają tu zresztą ze swoim scenicznym wizerunkiem, jak choćby Michał Czachor w absurdalnej, całkowicie dezorientującej widownię scenie, w której wsadza penisa w wycięte w zdjęciu usta reżysera spektaklu i jeszcze robi nim „na koniec kołowrotek”. Wiadomo, Czachor znany jest z tego, że w teatrze ciągle eksponuje swoje frontalne cztery litery, tego chcą od niego reżyserzy, więc ta scena jest jednocześnie puszczeniem oka do widowni, ale i zemstą na teatralnych twórcach. Bo skoro mówimy o przemocy Kościoła, o gwałtach księży, to nie unikajmy i innych sytuacji przymusu, na przykład wykorzystywania aktorów w teatrze. Choćby już ta solówka podkreśla, że Frljić doskonale zdaje sobie sprawę z działających w teatrze klisz przekroczenia, demaskuje więc banalność teatralnej nagości, zmienia ją w szczeniacką zabawę fiutkiem. W „Klątwie” nie ma pójścia na skandalizującą łatwiznę.

Ubrani w sutanny aktorzy, którzy w innej scenie długo i namiętnie się całują, jednocześnie mogą obrażać, ale dla mnie mówią o pragnieniu miłości skrytym także pod kościelną czernią. To scena czuła, delikatna – stawia więcej pytań, niż feruje wyroków. Ksiądz nie jest w tym spektaklu płaskim, złym pedofilem, przywrócone mu zostaje całe złożone człowieczeństwo. Tej delikatności, empatii jest zresztą w „Klątwie” znacznie więcej. Frljić lubi i potrafi wzruszać, a każda emocja jest tu zaplanowana w długich okresach, pracuje się na nią już wiele scen wcześniej, dlatego nagle zjawia się jakby znikąd, zaskakuje widza w najmniej oczekiwanym momencie. I trafia w punkt, oszałamia. W tym sensie jest to najmniej demagogiczny, efekciarski teatr, jaki można sobie wyobrazić.

Tak, są tu sceny mocne, ale nigdy nie wylatują z grubej rury. Gdy Adamczyk ścina gigantyczny drewniany krzyż, nie urządza jakiejś punkowej antykatolickiej demolki. Inni aktorzy usuwają się w cień, stoją po kątach, już choćby w ten sposób Frljić reżyseruje stan wzmożonego napięcia, a gdy krzyż upada z hukiem na scenę, po serii chirurgicznie precyzyjnych cięć w ciszy, wcale nie czuję ulgi, satysfakcji, nie dzieje się to na melodię „śmierci dla wroga”. Wydarza się coś, co i mną wstrząsa, choć jestem ateistą. Śmierć każdego zużytego symbolu sprawia przykrość, poczucie niezidentyfikowanej straty. Tylko kto ten krzyż zużył, pozbawił sensu? Frljić czy ambona? Do kogo mam, powinienem mieć żal, który czuję?

„Klątwa” to spektakl wyrafinowany, niejednoznaczny, pełen sprzecznych emocji. Biografie aktorów mieszają się tu z ingerencją dramaturgów, a te splatają z fragmentami dramatu Wyspiańskiego. Wielopoziomowość tworzonej fikcji – jak wyznawanej ideologii – lawiruje tu między konstruowanymi biografiami, prawdziwymi doświadczeniami realizatorów, oczekiwaniami publiczności, społecznymi normami i grzesznymi pragnieniami. Wstrząs rozgrywa się gdzieś między fałszem, na jaki godzimy się, dążąc do prawdy, i przemocą, jaką stosujemy, by uczynić rzeczywistość lepszą, w przestrzeni ambiwalentnej, bo innej nie ma. Nie ma świata dobrych walczących ze złymi. Maria Robaszkiewicz w przedostatniej scenie spektaklu stoi pod utworzonym z żarówek wielkim godłem Polski i ryczy samotnie melodię dziarskiej piosenki – to jej solówka, rozpaczliwy charkot. Nie łudźmy się, że nagle coś się zmieni. Że właśnie stworzyliśmy wspólnotę. Tego nie sprawi nawet genialny spektakl.

I pamiętajmy: Wszystko, co dzieje się w teatrze, jest fikcją.