dwutygodnik - strona kultury

Kwiecień 2009

01 2009

02 2009

Maj 2009

03 2009

04 2009

05 2009

Czerwiec 2009

06 2009

07 2009

Lipiec 2009

08 2009

09 2009

Sierpień 2009

10 2009

11 2009

Wrzesień 2009

12 2009

Wrzesień 2009

13 2009

Październik 2009

14 2009

15 2009

16 2009

Listopad 2009

17 2009

18 2009

Grudzień 2009

19 2009

Grudzień 2009

20 2009

Styczeń 2010

21 2010

22 2010

Luty 2010

23 2010

24 2010

Marzec 2010

25 2010

26 2010

Kwiecień 2010

27 2010

28 2010

Maj 2010

29 2010

30 2010

31 2010

Czerwiec 2010

32 2010

33 2010

Lipiec 2010

34 2010

35 2010

Sierpień 2010

36 2010

37 2010

Wrzesień 2010

38 2010

39 2010

Październik 2010

40 2010

Październik 2010

41 2010

42 2010

Listopad 2010

43 2010

44 2010

Grudzień 2010

45 2010

46 2010

Styczeń 2011

47 2011

Styczeń 2011

48 2011

Luty 2011

49 2011

50 2011

Marzec 2011

51 2011

52 2011

Kwiecień 2011

53 2011

54 2011

Kwiecień 2011

55 2011

Maj 2011

56 2011

57 2011

Czerwiec 2011

58 2011

59 2011

Lipiec 2011

60 2011

61 2011

Sierpień 2011

62 2011

63 2011

Wrzesień 2011

64 2011

65 2011

Październik 2011

66 2011

67 2011

68 2011

Listopad 2011

69 2011

70 2011

Grudzień 2011

71 2011

72 2011

Styczeń 2012

73 2012

74 2012

Luty 2012

75 2012

Luty 2012

76 2012

Marzec 2012

77 2012

78 2012

79 2012

Kwiecień 2012

80 2012

81 2012

Maj 2012

82 2012

KULTURA NA RAUSZU:
Niewidzialne wino z Oksfordu

Figle Paweł Soszyński

4 lipca 1862 roku Charles Dodgson wybrał się na piknik. Jedzono niewidzialny tort, pito nieistniejące wino. I to nie alkohol przyprawił towarzystwo o zawrót głowy, a historia, którą opowiedział Dodgson – znany wkrótce pod pseudonimem Lewis Carroll

„Wybrałem się dziś w górę rzeki wraz z trzema dziewczynkami Liddellów; piliśmy herbatę na brzegu Godstow i dotarliśmy do domu dopiero wpół do dziewiątej” – tak, dość lakonicznie, Charles Dodgson podsumował w swoim pamiętniku dzień 4 lipca 1862 roku. Nie powinniśmy mu tej zwięzłości mieć za złe. Niedbale rzucone zdanie było tylko rozgrzewką przed całonocnym pisarskim maratonem, którego efekt przyprawił o zawrót głowy kilka pokoleń czytelników. „Przygody Alicji pod ziemią” – właśnie tak, o świcie 5 lipca, zatytułował swoje opowiadanie Dodgson, który do historii literatury przeszedł pod pseudonimem Lewis Carroll.

Lewis Carroll (Charles Dodgson) z dziećmi na pikniku,
1862 rok

To właśnie 4 lipca postanowił on spisać opowieści, które dotychczas snuł jedynie w trakcie wycieczek i pikników. Do tego dnia opowieści Dodgsona „rodziły się i umierały jak letnie muszki, istoty jednego, złocistego popołudnia”. „Alicja w krainie czarów” – bo pod takim tytułem Carroll ostatecznie wydał swoją książkę – sprawiła, że „muszki” dożywają właśnie stu czterdziestu lat z okładem. Tamtego lipca ich żywotność wcale nie była przesądzona. Siedem lat: tak długo Dodgson zwlekał ze spisaniem historyjek o Alicji, piosenek i wiktoriańskich wierszyków, które uwielbiał rozmontowywać, parodiować i wywracać na nice – co zresztą, w epoce poromantycznej, było ulubionym zajęciem brytyjskiego „towarzystwa”. W tym względzie Dodgson nie miał sobie w środowisku XIX-wiecznego Oksfordu równych, a przynajmniej my nic o tym nie wiemy. Główną uciechę z jego humoru czerpały jednak głównie dzieci, a właściwie trójka z nich: Lorina, Edith i Alice Liddel – córki nowego rektora kolegium Christ Church, gdzie Dodgson wykładał matematykę. Z tych trzech najistotniejsza była oczywiście mała Alice, prawdopodobnie najbardziej zasłużona dziewczynka w dziejach światowej literatury. To ona namówiła Dodgsona, by spisał dla niej wszystkie opowieści. Tak też się stało. Przedtem jednak, wczesnym popołudniem, Dodgson popisał się wyjątkowo zgrabną improwizacją. Prawdopodobnie po raz pierwszy pojawiła się w niej słynna królicza nora (stąd pierwotny pomysł na tytuł), a w każdym razie wszystkie dotychczasowe wątki opowieści ułożone zostały w zgrabny szereg, który dał początek najsłynniejszej narracji dla dzieci.

W gruncie rzeczy wycieczka z 4 lipca nie różniła się zbytnio od dziesiątek innych przechadzek, wypraw łódką i pikników. Dodgson zabrał kosz z ciastkami i czajnik, który można było podgrzać na łódce. Towarzystwu kroku dotrzymywał Robinson Duckworth – utalentowany muzyk i wokalista. Nad dziewczynkami czuwała przyzwoitka, panna Prickett – choć Alice miała 10 lat, Lorina 13, a Edith 8. Nie było w tym nic nadzwyczajnego: zaręczyny w społeczeństwie wiktoriańskim dopuszczane były w wieku dwunastu lat. Dość powiedzieć, że w 1864 roku matka zabroniła Alice uczestniczyć w wyprawach wzdłuż Tamizy. „W jej wieku powinna zacząć rozglądać się za mężem” – ogłosiła na oksfordzkim przyjęciu. Może więc dzieciństwo Alice nie było zbyt długie – za to intensywne, o co zadbał jej przyjaciel. Swoją drogą, ta dziewczynka miała wyjątkowe szczęście do wybitnie uzdolnionych „tutorów”, skoro jej osobistym nauczycielem był John Ruskin uwielbiany przez młodego Marcela Prousta – tłumacza jego dzieł z zakresu historii sztuki na język francuski. „Pozostanie on dla mnie jednym z największych pisarzy, jacy kiedykolwiek stąpali po ziemi” – napisze Proust po śmierci Ruskina. Może to przesada, raczej na pewno, ale zachwyt Prousta będzie naturalny, gdy zdamy sobie sprawę, że styl autora „W poszukiwaniu straconego czasu” rodził się w przypisach, którymi sowicie opatrzył swoje tłumaczenia.

Powróćmy jednak do Alice. Dodgson opisał ją w swoim wierszu z marca 1863 roku. Oto fragment:

Dziecko bez jednej na czole chmurki,
Z oczyma, w których dziwota!

Ta „dziwota” dla wielu była co najmniej bezmyślnością; w każdym razie współczesnym Dodgsona ciężko było uznać Alice za dziewczynkę o szczególnie „bogatej osobowości” (co jest swoją drogą ślicznym, prawdziwie wiktoriańskim eufemizmem). Trzeba być pewnie Proustem, żeby skorzystać ze „znajomości” z Ruskinem tak wiele, tłumacząc tylko jego książki (bez znajomości angielskiego!), choć od uczennicy bez wątpienia wybitnego intelektualisty oczekiwać powinniśmy nieco więcej, niż garści kwaśno napisanych wspomnień (napisanych zresztą tylko z okazji sukcesu książki, której była inspiracją, a więc w pewnym sensie wymuszonych przez otoczenie).

„Mała żebraczka” (Alice Liddell) /
fot. Lewis Carroll
Z fotografii, którą Dodgson – zapalony fotografik – wykonał w 1859 roku, jak często u niego stylizowanej i zatytułowanej „Mała żebraczka”, spogląda na nas dziewczynka o hiszpańskiej urodzie (spadek po matce); jej spojrzenie jest zadziorne, odbija się w nim nawet refleks, jakaś wyzywająca drobina owego baśniowego, „nadmorskiego księstewka” Nabokova, co zresztą – zdaniem części środowiska okfordzkiego – zauważał Dodgson. W rodzinie Liddellów krążyła plotka, że poeta-matematyk poprosił o rękę dziewczynki i dostał kosza. Może była to prawda, może nie – w każdym razie nam jego miłość do dzieci musi się wydać podejrzana.

Ethel Arnold, która swoje wspomnienia wydrukowała w „Harper’s Magazine” w lipcu 1890 roku, tak opisywała mieszkanie Dodgsona: „Nigdzie indziej nie można było znaleźć tylu szaf i kredensów, a w tych szafach i kredensach kryły się nieprzebrane zbiory fascynujących przedmiotów. Katarynki, mechaniczne misie, niezliczone książki z obrazkami, zabawki wszelkich kształtów i rodzajów – wszystkie te skarby ukazywały się zachwyconym oczom dzieci, które owe pokoje odwiedzały. Nic dziwnego, że dla małego człowieczka dzień z Lewisem Carrollem był jak odwiedziny w El Dorado pełnym magicznych uciech!”. Zapewne, nawet jeśli to Eldorado nam – zdeprawowanym plotkarzom z XXI wieku – przypomina słynną swego czasu posiadłość „Neverlandii”. Nie chcę się tu bawić w arbitra, a tym bardziej strażnika moralności, wiem tylko, a świadczą o tym listy i wspomnienia, że Dodgson-przyjaciel i Carroll-pisarz mieli wybitną jeśli nie skłonność, to słabość do Alice.

4 lipca 1862 roku dziewczynka rzeczywiście przeżyła dzień „w Eldorado pełnym magicznych uciech”. Talent Dodgsona był tego popołudnia, „złocistego popołudnia z Alice” – napisze biograf Carrolla, Donald Thomas – wyjątkowo rozgrzany. Przyjaciele jedli nieistniejący tort i pili nieistniejące wino, Dodgson przedrzeźniał moralizatorskie wierszyki, jakie dziewczynki z pewnością znały na pamięć, choć w jego opowieści nie było jeszcze ani Księżnej, ani Kota z Cheshire, którzy mogliby w pełni zawładnąć ich nudną, wiktoriańską logiką. 4 lipca nie było też jeszcze pieprzu i prosięcia, i herbatki u zwariowanego Kapelusznika. Były za to piosenki – dzieci zaśpiewały „Sally Come Up” (Chodź tu, Sally), która w ustach Fałszywego Żółwia zmieniła się w „Salmon, Come up” (Chodź tu, Łososiu). Następnie, już na łódce, Dodgson zaczął opowiadać o Alicji (która, nomen omen, wpadła do króliczej nory w trakcie zaręczynowego przyjęcia, tak jakby Carroll chciał obronić Dodgsona przed nieuniknionym koszem!). „Czy ty teraz naprawdę improwizujesz?” – spytał zaskoczony starannością opowieści Duckworth. „Tak – odparł Dodgson – wymyślam to na bieżąco”.

Może to ten zachwyt Alice skłoniły go do spisania całej historii. Jej dopieszczanie zajęło równo trzy miesiące. W egzemplarzu podarowanym dziewczynce autor zamieścił własnoręczne ilustracje. Manuskrypt, z zapytaniem o sensowność ewentualnej publikacji książkowej, przesłał też Duckworthowi. Przyjaciel był zachwycony lekturą – zaproponował też ilustratora, Johna Tenniela. To jego wizja Krainy Czarów zdominowała wyobraźnię przyszłych pokoleń. Resztę tej historii znamy, może oprócz niewdzięczności Alice, która, po debiucie na salonach Oksfordu, zapomniała o Dodgsonie, ku jego ogromnej, wielokrotnie przelewanej na papier rozpaczy.

Nie powinniśmy mieć do niej pretensji; czternastolatka woli inne „Eldorado”, niż szafy i kredensy pełne mechanicznych lalek. Ważne, że w wieku 10 lat spełniła misję swego życia: wypiła niewidzialne wino z przyszłym Carrollem, inspirując go do napisanie dzieła jego życia.

„Alicja w krainie czarów”, il. John Tenniel, 1866

„Wiele lat upłynęło już od tamtego złocistego popołudnia, które dało Ci życie – wspomni sędziwy pisarz – a ja wciąż pamiętam wszystko, jak gdyby zdarzyło się wczoraj. Bezchmurny błękit nieba, lustro z wody pod nami, łódź dryfująca zwolna przy brzegu, drobne kropelki pryskające spod wioseł, które krążyły rytmicznie w górę i w dół, a nade wszystko to, co ożywiało tę senną scenerię – trzy rozemocjonowane twarze, złaknione wieści z krainy baśni, głosy powtarzające: «Proszę, niech Pan opowie nam bajkę». Taka prośba nie znosi odmowy, taka prośba kryje w sobie moc i nieuchronność przeznaczenia”.

Paweł Soszyński, redaktor działu teatralnego w dwutygodnik.com.

Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu, prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.

Produkty uboczne

Flaneur kulturalny

Redakcja Dwutygodnika

Literatura

Spotkałem fantastyczne osoby

Rozmowa z Anatolem Gotfrydem

Film

Kino kobiet

Rozmowa z Małgorzatą Radkiewicz

Sztuka

Żydowski surrealizm

Karol Sienkiewicz

Film

Anatomia rozpaczy

Adam Kruk

Felietony

OPÓR CODZIENNY: Radykalny humanizm w strefie ewakuacji

Katarzyna Tórz

Literatura

MIŁOSZ.
Polacy i Rosjanie
we wzajemnym zwierciadle

Marek Radziwon

Muzyka

MISTERIA PASCHALIA 2011: Od Poniedziałku do Czwartku

Dariusz Czaja

Muzyka

„Medeamaterial” Dusapina w reż. Barbary Wysockiej

Paweł Soszyński

Teatr

Efekt Kasandry

Paweł Soszyński

Teatr

Uwięzieni w Szekspirze

Paweł Soszyński

Teatr

„Nosferatu” Grzegorza Jarzyny

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Virginia Woolf w Bloomsbury

Paweł Soszyński

Teatr

Wysiadanie

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Bankiety z diabłami

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Zagłada Białego Domu

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Trzeźwienie Kleista

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Kinoteatr „Tęcza” w latach 90.

Paweł Soszyński

Teatr

„Mała narracja” Ziemilskiego

Paweł Soszyński

Teatr

Śmierć we Wrocławiu

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Rzymska orgia

Paweł Soszyński

Teatr

„Księgi”
w komunie//warszawa

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Lunch Mistrzyń

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Bal Tysiąca i Drugiej Nocy

Paweł Soszyński

Literatura

Virginia Woolf „Noc i dzień”

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
„Fucky birthday”

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Uczta Grudniowa

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Wściekłe królowe. Zamieszki w „Stonewall Inn”

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Wino pod Grunwaldem

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Bal czarno-biały

Paweł Soszyński

Teatr

Persona. Książka Lupy

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Bankiet na cześć Rousseau

Paweł Soszyński

Fikcje

Osoby

Paweł Soszyński

Teatr

„Yerma”, reż. Wojtek Klemm

Paweł Soszyński

Teatr

UWAŻNOŚĆ:
Grotowski – mit percepcji

Paweł Soszyński

Film

Lustro Almodóvara

Paweł Soszyński

Sztuka

Komiksy Sieńczyka

Paweł Soszyński

Literatura

Andrzej Stasiuk, „Czekając na Turka”

Paweł Soszyński

Teatr

Król-Ciało

Paweł Soszyński

Teatr

Grotowski i czego robić nie trzeba

Paweł Soszyński