KULTURA NA RAUSZU:  Niewidzialne wino z Oksfordu
Lewis Carroll (Charles Dodgson) z dziećmi na pikniku, 1862 rok

KULTURA NA RAUSZU:
Niewidzialne wino z Oksfordu

Paweł Soszyński

4 lipca 1862 roku Charles Dodgson urządził piknik. Jedzono na nim niewidzialny tort, pito nieistniejące wino. Nie ono zresztą przyprawiło piknikowiczów o zawrót głowy, a historia, którą opowiedział Charles Dodgson – znany wkrótce pod pseudonimem Lewis Carroll

Jeszcze 2 minuty czytania

„Wybrałem się dziś w górę rzeki wraz z trzema dziewczynkami Liddellów; piliśmy herbatę na brzegu Godstow i dotarliśmy do domu dopiero wpół do dziewiątej” – tak, dość lakonicznie, Charles Dodgson podsumował w swoim pamiętniku dzień 4 lipca 1862 roku. Nie powinniśmy mu tej zwięzłości mieć za złe. Niedbale rzucone zdanie było tylko rozgrzewką przed całonocnym pisarskim maratonem, którego efekt przyprawił o zawrót głowy kilka pokoleń czytelników. „Przygody Alicji pod ziemią” – właśnie tak, o świcie 5 lipca, zatytułował swoje opowiadanie Dodgson, który do historii literatury przeszedł pod pseudonimem Lewis Carroll.

To właśnie 4 lipca postanowił on spisać opowieści, które dotychczas snuł jedynie w trakcie wycieczek i pikników. Do tego dnia opowieści Dodgsona „rodziły się i umierały jak letnie muszki, istoty jednego, złocistego popołudnia”. „Alicja w krainie czarów” – bo pod takim tytułem Carroll ostatecznie wydał swoją książkę – sprawiła, że „muszki” dożywają właśnie stu czterdziestu lat z okładem. Tamtego lipca ich żywotność wcale nie była przesądzona. Siedem lat: tak długo Dodgson zwlekał ze spisaniem historyjek o Alicji, piosenek i wiktoriańskich wierszyków, które uwielbiał rozmontowywać, parodiować i wywracać na nice – co zresztą, w epoce poromantycznej, było ulubionym zajęciem brytyjskiego „towarzystwa”. W tym względzie Dodgson nie miał sobie w środowisku XIX-wiecznego Oksfordu równych, a przynajmniej my nic o tym nie wiemy. Główną uciechę z jego humoru czerpały jednak głównie dzieci, a właściwie trójka z nich: Lorina, Edith i Alice Liddel – córki nowego rektora kolegium Christ Church, gdzie Dodgson wykładał matematykę. Z tych trzech najistotniejsza była oczywiście mała Alice, prawdopodobnie najbardziej zasłużona dziewczynka w dziejach światowej literatury. To ona namówiła Dodgsona, by spisał dla niej wszystkie opowieści. Tak też się stało. Przedtem jednak, wczesnym popołudniem, Dodgson popisał się wyjątkowo zgrabną improwizacją. Prawdopodobnie po raz pierwszy pojawiła się w niej słynna królicza nora (stąd pierwotny pomysł na tytuł), a w każdym razie wszystkie dotychczasowe wątki opowieści ułożone zostały w zgrabny szereg, który dał początek najsłynniejszej narracji dla dzieci.

W gruncie rzeczy wycieczka z 4 lipca nie różniła się zbytnio od dziesiątek innych przechadzek, wypraw łódką i pikników. Dodgson zabrał kosz z ciastkami i czajnik, który można było podgrzać na łódce. Towarzystwu kroku dotrzymywał Robinson Duckworth – utalentowany muzyk i wokalista. Nad dziewczynkami czuwała przyzwoitka, panna Prickett – choć Alice miała 10 lat, Lorina 13, a Edith 8. Nie było w tym nic nadzwyczajnego: zaręczyny w społeczeństwie wiktoriańskim dopuszczane były w wieku dwunastu lat. Dość powiedzieć, że w 1864 roku matka zabroniła Alice uczestniczyć w wyprawach wzdłuż Tamizy. „W jej wieku powinna zacząć rozglądać się za mężem” – ogłosiła na oksfordzkim przyjęciu. Może więc dzieciństwo Alice nie było zbyt długie – za to intensywne, o co zadbał jej przyjaciel. Swoją drogą, ta dziewczynka miała wyjątkowe szczęście do wybitnie uzdolnionych „tutorów”, skoro jej osobistym nauczycielem był John Ruskin uwielbiany przez młodego Marcela Prousta – tłumacza jego dzieł z zakresu historii sztuki na język francuski. „Pozostanie on dla mnie jednym z największych pisarzy, jacy kiedykolwiek stąpali po ziemi” – napisze Proust po śmierci Ruskina. Może to przesada, raczej na pewno, ale zachwyt Prousta będzie naturalny, gdy zdamy sobie sprawę, że styl autora „W poszukiwaniu straconego czasu” rodził się w przypisach, którymi sowicie opatrzył swoje tłumaczenia.

Powróćmy jednak do Alice. Dodgson opisał ją w swoim wierszu z marca 1863 roku. Oto fragment:

Dziecko bez jednej na czole chmurki,
Z oczyma, w których dziwota!

Ta „dziwota” dla wielu była co najmniej bezmyślnością; w każdym razie współczesnym Dodgsona ciężko było uznać Alice za dziewczynkę o szczególnie „bogatej osobowości” (co jest swoją drogą ślicznym, prawdziwie wiktoriańskim eufemizmem). Trzeba być pewnie Proustem, żeby skorzystać ze „znajomości” z Ruskinem tak wiele, tłumacząc tylko jego książki (bez znajomości angielskiego!), choć od uczennicy bez wątpienia wybitnego intelektualisty oczekiwać powinniśmy nieco więcej, niż garści kwaśno napisanych wspomnień (napisanych zresztą tylko z okazji sukcesu książki, której była inspiracją, a więc w pewnym sensie wymuszonych przez otoczenie).

„Mała żebraczka” (Alice Liddell) /
fot. Lewis Carroll
Z fotografii, którą Dodgson – zapalony fotografik – wykonał w 1859 roku, jak często u niego stylizowanej i zatytułowanej „Mała żebraczka”, spogląda na nas dziewczynka o hiszpańskiej urodzie (spadek po matce); jej spojrzenie jest zadziorne, odbija się w nim nawet refleks, jakaś wyzywająca drobina owego baśniowego, „nadmorskiego księstewka” Nabokova, co zresztą – zdaniem części środowiska okfordzkiego – zauważał Dodgson. W rodzinie Liddellów krążyła plotka, że poeta-matematyk poprosił o rękę dziewczynki i dostał kosza. Może była to prawda, może nie – w każdym razie nam jego miłość do dzieci musi się wydać podejrzana.

Ethel Arnold, która swoje wspomnienia wydrukowała w „Harper’s Magazine” w lipcu 1890 roku, tak opisywała mieszkanie Dodgsona: „Nigdzie indziej nie można było znaleźć tylu szaf i kredensów, a w tych szafach i kredensach kryły się nieprzebrane zbiory fascynujących przedmiotów. Katarynki, mechaniczne misie, niezliczone książki z obrazkami, zabawki wszelkich kształtów i rodzajów – wszystkie te skarby ukazywały się zachwyconym oczom dzieci, które owe pokoje odwiedzały. Nic dziwnego, że dla małego człowieczka dzień z Lewisem Carrollem był jak odwiedziny w El Dorado pełnym magicznych uciech!”. Zapewne, nawet jeśli to Eldorado nam – zdeprawowanym plotkarzom z XXI wieku – przypomina słynną swego czasu posiadłość „Neverlandii”. Nie chcę się tu bawić w arbitra, a tym bardziej strażnika moralności, wiem tylko, a świadczą o tym listy i wspomnienia, że Dodgson-przyjaciel i Carroll-pisarz mieli wybitną jeśli nie skłonność, to słabość do Alice.

4 lipca 1862 roku dziewczynka rzeczywiście przeżyła dzień „w Eldorado pełnym magicznych uciech”. Talent Dodgsona był tego popołudnia, „złocistego popołudnia z Alice” – napisze biograf Carrolla, Donald Thomas – wyjątkowo rozgrzany. Przyjaciele jedli nieistniejący tort i pili nieistniejące wino, Dodgson przedrzeźniał moralizatorskie wierszyki, jakie dziewczynki z pewnością znały na pamięć, choć w jego opowieści nie było jeszcze ani Księżnej, ani Kota z Cheshire, którzy mogliby w pełni zawładnąć ich nudną, wiktoriańską logiką. 4 lipca nie było też jeszcze pieprzu i prosięcia, i herbatki u zwariowanego Kapelusznika. Były za to piosenki – dzieci zaśpiewały „Sally Come Up” (Chodź tu, Sally), która w ustach Fałszywego Żółwia zmieniła się w „Salmon, Come up” (Chodź tu, Łososiu). Następnie, już na łódce, Dodgson zaczął opowiadać o Alicji (która, nomen omen, wpadła do króliczej nory w trakcie zaręczynowego przyjęcia, tak jakby Carroll chciał obronić Dodgsona przed nieuniknionym koszem!). „Czy ty teraz naprawdę improwizujesz?” – spytał zaskoczony starannością opowieści Duckworth. „Tak – odparł Dodgson – wymyślam to na bieżąco”.

„Alicja w krainie czarów”, il. John Tenniel, 1866

Może to ten zachwyt Alice skłoniły go do spisania całej historii. Jej dopieszczanie zajęło równo trzy miesiące. W egzemplarzu podarowanym dziewczynce autor zamieścił własnoręczne ilustracje. Manuskrypt, z zapytaniem o sensowność ewentualnej publikacji książkowej, przesłał też Duckworthowi. Przyjaciel był zachwycony lekturą – zaproponował też ilustratora, Johna Tenniela. To jego wizja Krainy Czarów zdominowała wyobraźnię przyszłych pokoleń. Resztę tej historii znamy, może oprócz niewdzięczności Alice, która, po debiucie na salonach Oksfordu, zapomniała o Dodgsonie, ku jego ogromnej, wielokrotnie przelewanej na papier rozpaczy.

Nie powinniśmy mieć do niej pretensji; czternastolatka woli inne „Eldorado”, niż szafy i kredensy pełne mechanicznych lalek. Ważne, że w wieku 10 lat spełniła misję swego życia: wypiła niewidzialne wino z przyszłym Carrollem, inspirując go do napisanie dzieła jego życia.

 

„Wiele lat upłynęło już od tamtego złocistego popołudnia, które dało Ci życie – wspomni sędziwy pisarz – a ja wciąż pamiętam wszystko, jak gdyby zdarzyło się wczoraj. Bezchmurny błękit nieba, lustro z wody pod nami, łódź dryfująca zwolna przy brzegu, drobne kropelki pryskające spod wioseł, które krążyły rytmicznie w górę i w dół, a nade wszystko to, co ożywiało tę senną scenerię – trzy rozemocjonowane twarze, złaknione wieści z krainy baśni, głosy powtarzające: «Proszę, niech Pan opowie nam bajkę». Taka prośba nie znosi odmowy, taka prośba kryje w sobie moc i nieuchronność przeznaczenia”.