KULTURA NA RAUSZU:  Zagłada Białego Domu
rys. Ronnie Gray / Flickr CC

KULTURA NA RAUSZU:
Zagłada Białego Domu

Paweł Soszyński

14 marca 1843 los Edgara Allana Poe mógł całkowicie się odmienić. Tego dnia pisarz, znienawidzony przez literacki establishment, miał spotkać się w Białym Domu z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Do spotkania nie doszło, bo Poe zjawił się w jego siedzibie kompletnie pijany

Jeszcze 2 minuty czytania

„Edgar Allan Poe nie żyje. Zmarł w Baltimore przedwczoraj. Wiadomość ta może zaskoczyć wielu, lecz tylko niewielu będzie się z tego powodu smucić” – tak „Ludwig” (krytyk Rufus Wilmot Griswold) skwitował śmierć pisarza na łamach „New York Tribune” w dzień jego pogrzebu. Gdy trzydzieści lat później mieszkańcy Baltimore zorientowali się, że Poe był wielkim pisarzem, postanowiono wznieść w miejscu pochówku kamień nagrobny. Niestety żaden z poetów nie wyraził ochoty, by sklecić na tę okazję epitafium, które można by wyryć na kamieniu. W trakcie ceremonii świat literacki reprezentował tylko jeden, za to bardzo ważny autor – Walt Whitman. Pośmiertne przygody Poego są zresztą równie burzliwe, jak samo jego życie – złożyć by można z nich bardzo ciekawą nekrografię. Gdy na początku lat 80. XX wieku przedstawiciele świata literackiego uzyskali od burmistrza Nowego Jorku zgodę na to, by jedna z ulic metropolii nosiła imię pisarza grozy, powieszono na niej tablicę „Edgar Allen Poe St.”. Dopiero kilka dni później uważny przechodzień przyuważył byka w nazwie, i błędne „Allen” zmieniono na „Allan”. „Allen” nawet dziś pojawia się pod fotografiami w książkach biograficznych, towarzyszy także Edgarowi w dziennikarskich przejęzyczeniach rocznicowych. Są one jak echo przekleństwa, które nałożono na nazwisko autora za jego życia.

Rufus Eilmot Griswold nie znosił Poego, a po jego śmierci dołożył wielu starań, by autor „Kruka” został uznany za wypadek przy pracy w dziejach amerykańskiej literatury. Ten beztroski idiota, który w swoim zacietrzewieniu preparował i publikował fałszywe listy pogrążające Poego (jego „Memoirs of the Autor” do dziś są wdzięcznym przedmiotem analizy akademickich detektywów), miał przeciwko sobie Charlesa Baudelaire'a – tłumacza Poego na język francuski. Nad Baudelaire'em miał jedną przewagę – opublikował pierwszą biografię, właściwie szkic biograficzny na temat pisarza. Rzecz małą, ale o wielkim zasięgu. Posiadał też wielu sprzymierzeńców i co do jednego miał rację: po śmierci Poego amerykańcy pisarze, krytycy i redaktorzy odetchnęli z ulgą. Poe miał być potępiony i zapomniany.

W swoich recenzjach prasowych (a potrafił napisać ich przeszło sto w ciągu jednego roku) Edgar Allan Poe był – jak na warunki dziewiętnastowiecznej Ameryki – straszliwym chamem. Błyskotliwym, piekielnie inteligentnym i brutalnie celnym – ale jednak chamem. „Pan Bryant nie jest zupełnym idiotą. Pan Willis nie jest całkowitym osłem” – tego typu puenty, które szybko zyskały mu opinię „ćwoka” (a hick), sprawiły, że Poe był w świecie literackim pariasem. Mimo to zapraszano go na odczyty, jego opowiadania publikowano (za śmieszne pieniądze, „Ligeię” sprzedał za 10$), a kilku współczesnych z niezrozumiałym dla establishmentu uporem uznawało go za najwybitniejszego pisarza amerykańskiego swoich czasów. Bo jak ktoś, kto bezustannie traci posadę z powodu alkoholowych wyskoków, może tworzyć wielką literaturę? – rozumowanie Amerykanów, którzy ekstremalną joie de vivre Paryża odkryć mieli za 50 lat, było proste i logiczne. Fatalną reputację Poego mogło odmienić zaproszenie do Waszyngtonu.

Najwcześniejsza znana fotografia Białego Domu, ok. 1846 / fot. John Plumbe

14 marca 1843 roku, w trakcie tournée w Waszyngtonie, Poe, znienawidzony przez wielu pisarz, uznawany za zjawisko przejściowe, w najlepszym razie irytujące (słynne „Poe is a jingle man” Emersona), słusznie uznawany za pijaka, miał swoją wielką szansę. Miał spotkać się z prezydentem w Białym Domu. W ciągu godziny mógł zmienić swoją sytuację życiową: wrogów wściekłych zmienić we wrogów przestraszonych, podbić dotychczasową jednodolarową stawkę za stronicę publikowanego tekstu, powrócić na salony namaszczony przez pierwszego męża stanu. Kilka dni poprzedzających audiencję zmienił jednak w alkoholowy rajd po uliczkach stolicy, w trakcie którego zaliczył niejedno zderzenie czołowe z przedstawicielami szanowanych redakcji, pisarzami i członkami śmietanki intelektualnej Waszyngtonu. We wspomnieniach z tego okresu Poe „chodzi pijany jak Indianin”, co w kontraście z jego statusem intelektualisty zdawało się szczególnie przykre, a dla wielu – zwyczajnie obrzydliwe. 10 marca John Hill Hewitt, krytyk i muzyk, spotkał Poego na Pennsylvania Avenue: „wyglądał jak prawdziwy un homme blasse – z obskurną aparycją, brudny, pożal się boże! Zbliżył się do mnie śmiałym krokiem i stwierdził, że nie miał niczego w ustach od zeszłego dnia. Błagał o pięćdziesiąt centów na coś do jedzenia. Choć wyglądał na mocno starganego – wciąż utrzymywał pozę gentelmana”. Gorzej, że w podobnym stanie pojawiał się na proszonych obiadach i rautach, gdzie jawnie naśmiewał się i wyzywał polityków. Jako erotoman platoniczny, zamiast obściskiwać – dogadywał ich żonom i zrozpaczonym debiutantkom. Jednak prawdziwą katastrofę zgotował szacownym wnętrzom Białego Domu, świeżo wybudowanej świątyni amerykańskich wartości.

Na spotkanie z prezydentem po całonocnym pijaństwie wcale się nie stawił. Biały Dom nawiedził, całkiem pijany, następnego dnia. Chwiejąc się, żądał natychmiastowego widzenia z prezydentem – zamiast tego uciął sobie krótka, bełkotliwą pogawędkę z gwardią i wylądował, piekląc się i zbyt głośno powołując na własną pisarską renomę, na bruku. Świadkami zdarzenia byli urzędnicy, ambasadorzy, zgorszone damy wizytujące tłumnie wciąż od nowa aranżowane wnętrza, interesanci i artyści, przymierzający się do dekorowania amfilad oraz sal przestronnego gmachu: na informacje z ich ust czekały niezliczone pary uszu. Trudno wyobrazić sobie gorsze miejsce na pijacki wyskok, bądź co bądź wciąż aspirującego (głównie z przyczyn finansowych) pisarza; trudno też o większą profanację. „Całkowicie się ośmieszył” – ten komentarz powraca w korespondencji kilkorga ostatnich przyjaciół pisarza, co jest dowodem na to, że tak właśnie mówiło o wyskoku Poego całe miasto. Ostatnich sześć lat życia pisarza było pośrednio efektem tego ośmieszenia; cień Białego Domu zaciążył nad jego literaturą, katastrofalną sytuacją finansową i pijaństwem.

Edgar Allan Poe, portret z 1910 rokuO pijaństwie pisano wiele, może zbyt wiele, szczególnie w licznych biografiach z XX wieku (niestety w Polsce mamy tłumaczenia, najczęściej fragmentaryczne, zaledwie ułamka z nich). Biografowie spierają się, czy było ono wynikiem innych chorób (cukrzyca), czy też stanowiło problem sam w sobie. Wedle pierwszej frakcji Poe wcale nie pił dużo (co całkowicie nie zgadza się z zachowaną korespondencją, gdzie „nadmierne pijaństwo” jest stałym refrenem), a upicie do nieprzytomności miało być efektem niewielkiej dawki alkoholu. Przyznać trzeba, że marna to pociecha – dla tych, którzy z jakichś przyczyn bardzo usprawiedliwić chcą „indiański” chód Poego: nawet jeśli Poe upijał się do nieprzytomności kieliszkiem Porto, to kieliszek ten wychylał z dużą ochotą, nie bacząc na jego straszliwe efekty.

Teorii na temat alkoholizmu Poego, najdziwaczniejszych , powstało kilka. Psychoanalityczną, freudowską analizę zaprezentowała Marie Bonaparte w ekscentrycznym, wydanym w 1933 roku, dwutomowym dziele „Edgar Poe: Etude Psychoanalitytique”. Według Francuzki, która podpiera swe wnioski skomplikowaną analizą kompleksu edypalnego, zderzonego – jako konstrukt teoretyczny – z dziecięcą biografią pisarza, Poe był w rzeczywistości ukrytym homoseksualistą, bo – pyta retorycznie [sic!] Bonaparte – czyż wszyscy alkoholicy nie są w rzeczywistości ukrytymi homoseksualistami? Następnie Bonaparte dodaje, że pisarz był także „potencjalnym sadonekrofilem”. Ta praca, urocza i często komiczna jak wszystko, co pisali ortodoksyjni freudyści, pozostaje jednym z ciekawszych dowodów na to, że alkoholizm Poego nigdy nie był czymś, nad czym krytycy literaccy mogli przejść do porządku dziennego.

„Piłem – Bóg jeden wie jak często i jak dużo. Moi wrogowie mówią o mej nieprzytomności w piciu bardziej, niż piciu do nieprzytomności” – pisał sam Poe. Baudelaire dodał do opinii wrogów Poego wyjaśnienie, pochodzące z ducha filozofii głębi: Poe pił „nie jak smakosz, a w sposób dziki […] jakby chciał uśmiercić coś wewnątrz siebie, robaka, który nie chciał umrzeć”.

Robak ten wił się szczególnie mocno 14 marca 1843 roku w Białym Domu, który – jak słynny Dom Usherów – został przez Poego zrównany z ziemią, sprofanowany; z białą karnacją klasycystycznych elewacji, niepokalany jak Madeline, która została pochowana żywcem w grobowych piwnicach przez Ushera – złego bliźniaka samego autora (czy nie był nim także żul z Pennsylvania Avenue?). W tych świętych dla Amerykanów murach Poe najdosadniej być może w całym swoim życiu wyraził opinię o „idiotach” i „osłach” z socjety, przez którą ostatecznie został odrzucony.