dwutygodnik - strona kultury

Kwiecień 2009

01 2009

02 2009

Maj 2009

03 2009

04 2009

05 2009

Czerwiec 2009

06 2009

07 2009

Lipiec 2009

08 2009

09 2009

Sierpień 2009

10 2009

11 2009

Wrzesień 2009

12 2009

Wrzesień 2009

13 2009

Październik 2009

14 2009

15 2009

16 2009

Listopad 2009

17 2009

18 2009

Grudzień 2009

19 2009

Grudzień 2009

20 2009

Styczeń 2010

21 2010

22 2010

Luty 2010

23 2010

24 2010

Marzec 2010

25 2010

26 2010

Kwiecień 2010

27 2010

28 2010

Maj 2010

29 2010

30 2010

31 2010

Czerwiec 2010

32 2010

33 2010

Lipiec 2010

34 2010

35 2010

Sierpień 2010

36 2010

37 2010

Wrzesień 2010

38 2010

39 2010

Październik 2010

40 2010

Październik 2010

41 2010

42 2010

Listopad 2010

43 2010

44 2010

Grudzień 2010

45 2010

46 2010

Styczeń 2011

47 2011

Styczeń 2011

48 2011

Luty 2011

49 2011

50 2011

Marzec 2011

51 2011

52 2011

Kwiecień 2011

53 2011

54 2011

Kwiecień 2011

55 2011

Maj 2011

56 2011

57 2011

Czerwiec 2011

58 2011

59 2011

Lipiec 2011

60 2011

61 2011

Sierpień 2011

62 2011

63 2011

Wrzesień 2011

64 2011

65 2011

Październik 2011

66 2011

67 2011

68 2011

Listopad 2011

69 2011

70 2011

Grudzień 2011

71 2011

72 2011

Styczeń 2012

73 2012

74 2012

Luty 2012

75 2012

Luty 2012

76 2012

Marzec 2012

77 2012

78 2012

79 2012

Kwiecień 2012

80 2012

81 2012

Maj 2012

82 2012

KULTURA NA RAUSZU:
Zagłada Białego Domu

Figle Paweł Soszyński

14 marca 1843 los Edgara Allana Poe mógł całkowicie się odmienić. Tego dnia pisarz, znienawidzony przez literacki establishment, miał spotkać się w Białym Domu z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Do spotkania nie doszło, bo Poe zjawił się w jego siedzibie kompletnie pijany

„Edgar Allan Poe nie żyje. Zmarł w Baltimore przedwczoraj. Wiadomość ta może zaskoczyć wielu, lecz tylko niewielu będzie się z tego powodu smucić” – tak „Ludwig” (krytyk Rufus Wilmot Griswold) skwitował śmierć pisarza na łamach „New York Tribune” w dzień jego pogrzebu. Gdy trzydzieści lat później mieszkańcy Baltimore zorientowali się, że Poe był wielkim pisarzem, postanowiono wznieść w miejscu pochówku kamień nagrobny. Niestety żaden z poetów nie wyraził ochoty, by sklecić na tę okazję epitafium, które można by wyryć na kamieniu. W trakcie ceremonii świat literacki reprezentował tylko jeden, za to bardzo ważny autor – Walt Whitman. Pośmiertne przygody Poego są zresztą równie burzliwe, jak samo jego życie – złożyć by można z nich bardzo ciekawą nekrografię. Gdy na początku lat 80. XX wieku przedstawiciele świata literackiego uzyskali od burmistrza Nowego Jorku zgodę na to, by jedna z ulic metropolii nosiła imię pisarza grozy, powieszono na niej tablicę „Edgar Allen Poe St.”. Dopiero kilka dni później uważny przechodzień przyuważył byka w nazwie, i błędne „Allen” zmieniono na „Allan”. „Allen” nawet dziś pojawia się pod fotografiami w książkach biograficznych, towarzyszy także Edgarowi w dziennikarskich przejęzyczeniach rocznicowych. Są one jak echo przekleństwa, które nałożono na nazwisko autora za jego życia.

Rufus Eilmot Griswold nie znosił Poego, a po jego śmierci dołożył wielu starań, by autor „Kruka” został uznany za wypadek przy pracy w dziejach amerykańskiej literatury. Ten beztroski idiota, który w swoim zacietrzewieniu preparował i publikował fałszywe listy pogrążające Poego (jego „Memoirs of the Autor” do dziś są wdzięcznym przedmiotem analizy akademickich detektywów), miał przeciwko sobie Charlesa Baudelaire'a – tłumacza Poego na język francuski. Nad Baudelaire'em miał jedną przewagę – opublikował pierwszą biografię, właściwie szkic biograficzny na temat pisarza. Rzecz małą, ale o wielkim zasięgu. Posiadał też wielu sprzymierzeńców i co do jednego miał rację: po śmierci Poego amerykańcy pisarze, krytycy i redaktorzy odetchnęli z ulgą. Poe miał być potępiony i zapomniany.

W swoich recenzjach prasowych (a potrafił napisać ich przeszło sto w ciągu jednego roku) Edgar Allan Poe był – jak na warunki dziewiętnastowiecznej Ameryki – straszliwym chamem. Błyskotliwym, piekielnie inteligentnym i brutalnie celnym – ale jednak chamem. „Pan Bryant nie jest zupełnym idiotą. Pan Willis nie jest całkowitym osłem” – tego typu puenty, które szybko zyskały mu opinię „ćwoka” (a hick), sprawiły, że Poe był w świecie literackim pariasem. Mimo to zapraszano go na odczyty, jego opowiadania publikowano (za śmieszne pieniądze, „Ligeię” sprzedał za 10$), a kilku współczesnych z niezrozumiałym dla establishmentu uporem uznawało go za najwybitniejszego pisarza amerykańskiego swoich czasów. Bo jak ktoś, kto bezustannie traci posadę z powodu alkoholowych wyskoków, może tworzyć wielką literaturę? – rozumowanie Amerykanów, którzy ekstremalną joie de vivre Paryża odkryć mieli za 50 lat, było proste i logiczne. Fatalną reputację Poego mogło odmienić zaproszenie do Waszyngtonu.

Najwcześniejsza znana fotografia Białego Domu,
ok. 1846
/ fot. John Plumbe

14 marca 1843 roku, w trakcie tournée w Waszyngtonie, Poe, znienawidzony przez wielu pisarz, uznawany za zjawisko przejściowe, w najlepszym razie irytujące (słynne „Poe is a jingle man” Emersona), słusznie uznawany za pijaka, miał swoją wielką szansę. Miał spotkać się z prezydentem w Białym Domu. W ciągu godziny mógł zmienić swoją sytuację życiową: wrogów wściekłych zmienić we wrogów przestraszonych, podbić dotychczasową jednodolarową stawkę za stronicę publikowanego tekstu, powrócić na salony namaszczony przez pierwszego męża stanu. Kilka dni poprzedzających audiencję zmienił jednak w alkoholowy rajd po uliczkach stolicy, w trakcie którego zaliczył niejedno zderzenie czołowe z przedstawicielami szanowanych redakcji, pisarzami i członkami śmietanki intelektualnej Waszyngtonu. We wspomnieniach z tego okresu Poe „chodzi pijany jak Indianin”, co w kontraście z jego statusem intelektualisty zdawało się szczególnie przykre, a dla wielu – zwyczajnie obrzydliwe. 10 marca John Hill Hewitt, krytyk i muzyk, spotkał Poego na Pennsylvania Avenue: „wyglądał jak prawdziwy un homme blasse – z obskurną aparycją, brudny, pożal się boże! Zbliżył się do mnie śmiałym krokiem i stwierdził, że nie miał niczego w ustach od zeszłego dnia. Błagał o pięćdziesiąt centów na coś do jedzenia. Choć wyglądał na mocno starganego – wciąż utrzymywał pozę gentelmana”. Gorzej, że w podobnym stanie pojawiał się na proszonych obiadach i rautach, gdzie jawnie naśmiewał się i wyzywał polityków. Jako erotoman platoniczny, zamiast obściskiwać – dogadywał ich żonom i zrozpaczonym debiutantkom. Jednak prawdziwą katastrofę zgotował szacownym wnętrzom Białego Domu, świeżo wybudowanej świątyni amerykańskich wartości.

Na spotkanie z prezydentem po całonocnym pijaństwie wcale się nie stawił. Biały Dom nawiedził, całkiem pijany, następnego dnia. Chwiejąc się, żądał natychmiastowego widzenia z prezydentem – zamiast tego uciął sobie krótka, bełkotliwą pogawędkę z gwardią i wylądował, piekląc się i zbyt głośno powołując na własną pisarską renomę, na bruku. Świadkami zdarzenia byli urzędnicy, ambasadorzy, zgorszone damy wizytujące tłumnie wciąż od nowa aranżowane wnętrza, interesanci i artyści, przymierzający się do dekorowania amfilad oraz sal przestronnego gmachu: na informacje z ich ust czekały niezliczone pary uszu. Trudno wyobrazić sobie gorsze miejsce na pijacki wyskok, bądź co bądź wciąż aspirującego (głównie z przyczyn finansowych) pisarza; trudno też o większą profanację. „Całkowicie się ośmieszył” – ten komentarz powraca w korespondencji kilkorga ostatnich przyjaciół pisarza, co jest dowodem na to, że tak właśnie mówiło o wyskoku Poego całe miasto. Ostatnich sześć lat życia pisarza było pośrednio efektem tego ośmieszenia; cień Białego Domu zaciążył nad jego literaturą, katastrofalną sytuacją finansową i pijaństwem.

Edgar Allan Poe, portret z 1910 rokuO pijaństwie pisano wiele, może zbyt wiele, szczególnie w licznych biografiach z XX wieku (niestety w Polsce mamy tłumaczenia, najczęściej fragmentaryczne, zaledwie ułamka z nich). Biografowie spierają się, czy było ono wynikiem innych chorób (cukrzyca), czy też stanowiło problem sam w sobie. Wedle pierwszej frakcji Poe wcale nie pił dużo (co całkowicie nie zgadza się z zachowaną korespondencją, gdzie „nadmierne pijaństwo” jest stałym refrenem), a upicie do nieprzytomności miało być efektem niewielkiej dawki alkoholu. Przyznać trzeba, że marna to pociecha – dla tych, którzy z jakichś przyczyn bardzo usprawiedliwić chcą „indiański” chód Poego: nawet jeśli Poe upijał się do nieprzytomności kieliszkiem Porto, to kieliszek ten wychylał z dużą ochotą, nie bacząc na jego straszliwe efekty.

Teorii na temat alkoholizmu Poego, najdziwaczniejszych , powstało kilka. Psychoanalityczną, freudowską analizę zaprezentowała Marie Bonaparte w ekscentrycznym, wydanym w 1933 roku, dwutomowym dziele „Edgar Poe: Etude Psychoanalitytique”. Według Francuzki, która podpiera swe wnioski skomplikowaną analizą kompleksu edypalnego, zderzonego – jako konstrukt teoretyczny – z dziecięcą biografią pisarza, Poe był w rzeczywistości ukrytym homoseksualistą, bo – pyta retorycznie [sic!] Bonaparte – czyż wszyscy alkoholicy nie są w rzeczywistości ukrytymi homoseksualistami? Następnie Bonaparte dodaje, że pisarz był także „potencjalnym sadonekrofilem”. Ta praca, urocza i często komiczna jak wszystko, co pisali ortodoksyjni freudyści, pozostaje jednym z ciekawszych dowodów na to, że alkoholizm Poego nigdy nie był czymś, nad czym krytycy literaccy mogli przejść do porządku dziennego.

„Piłem – Bóg jeden wie jak często i jak dużo. Moi wrogowie mówią o mej nieprzytomności w piciu bardziej, niż piciu do nieprzytomności” – pisał sam Poe. Baudelaire dodał do opinii wrogów Poego wyjaśnienie, pochodzące z ducha filozofii głębi: Poe pił „nie jak smakosz, a w sposób dziki […] jakby chciał uśmiercić coś wewnątrz siebie, robaka, który nie chciał umrzeć”.

Robak ten wił się szczególnie mocno 14 marca 1843 roku w Białym Domu, który – jak słynny Dom Usherów – został przez Poego zrównany z ziemią, sprofanowany; z białą karnacją klasycystycznych elewacji, niepokalany jak Madeline, która została pochowana żywcem w grobowych piwnicach przez Ushera – złego bliźniaka samego autora (czy nie był nim także żul z Pennsylvania Avenue?). W tych świętych dla Amerykanów murach Poe najdosadniej być może w całym swoim życiu wyraził opinię o „idiotach” i „osłach” z socjety, przez którą ostatecznie został odrzucony.

Paweł Soszyński, redaktor działu teatralnego w dwutygodnik.com.

Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu, prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.

Film

Japońskie kino erotyczne

Jasper Sharp

Literatura

O nagości

Krzysztof Rutkowski

Produkty uboczne

Skok w bok.
Królewska wysokość

Jan Gondowicz

Sztuka

Jestem poszukiwaczem przygód

Rozmowa z Tomaszem Platą

Felietony

Z WYSOKA I NISKA:
1001 rzeczy (i recenzji), które nie mają sensu

Grzegorz Wysocki

Literatura

Znakomita diagnoza w beznadziejnej sytuacji

Marcin Król

Sztuka

Inny Witkacy

Adam Mazur

Muzyka

MUZYKA 2.1:
Dariusz Przybylski

Maria Peryt

Muzyka

„Medeamaterial” Dusapina w reż. Barbary Wysockiej

Paweł Soszyński

Teatr

Efekt Kasandry

Paweł Soszyński

Teatr

Uwięzieni w Szekspirze

Paweł Soszyński

Teatr

„Nosferatu” Grzegorza Jarzyny

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Virginia Woolf w Bloomsbury

Paweł Soszyński

Teatr

Wysiadanie

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Bankiety z diabłami

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Trzeźwienie Kleista

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Kinoteatr „Tęcza” w latach 90.

Paweł Soszyński

Teatr

„Mała narracja” Ziemilskiego

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Niewidzialne wino z Oksfordu

Paweł Soszyński

Teatr

Śmierć we Wrocławiu

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Rzymska orgia

Paweł Soszyński

Teatr

„Księgi”
w komunie//warszawa

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Lunch Mistrzyń

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Bal Tysiąca i Drugiej Nocy

Paweł Soszyński

Literatura

Virginia Woolf „Noc i dzień”

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
„Fucky birthday”

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Uczta Grudniowa

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Wściekłe królowe. Zamieszki w „Stonewall Inn”

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Wino pod Grunwaldem

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Bal czarno-biały

Paweł Soszyński

Teatr

Persona. Książka Lupy

Paweł Soszyński

Figle

KULTURA NA RAUSZU:
Bankiet na cześć Rousseau

Paweł Soszyński

Fikcje

Osoby

Paweł Soszyński

Teatr

„Yerma”, reż. Wojtek Klemm

Paweł Soszyński

Teatr

UWAŻNOŚĆ:
Grotowski – mit percepcji

Paweł Soszyński

Film

Lustro Almodóvara

Paweł Soszyński

Sztuka

Komiksy Sieńczyka

Paweł Soszyński

Literatura

Andrzej Stasiuk, „Czekając na Turka”

Paweł Soszyński

Teatr

Król-Ciało

Paweł Soszyński

Teatr

Grotowski i czego robić nie trzeba

Paweł Soszyński