Smutek
fot. Krzysztof Bieliński

Smutek

Paweł Soszyński

Szkoda, że się nie udało, bo pomysł jest świetny, a „Dożynkami polskiej piosenki” w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego ustępujący dyrektor, Tomasz Konina, mógł wsadzić palec w oko marszałkowi i opolskim decydentom

Jeszcze 1 minuta czytania

Ten spektakl miał nas – chyba – zażenować. Miało być tak głupio, żeby i nam zrobiło się głupio. Miał epatować idiotycznymi gagami, depresyjnie beznadziejnym tekstem dramatu, nachalnie szytym aktorstwem. To się wszystko udało. Jest źle. Widzowie siedzą zażenowani. Problemem jest to, że głupi okazuje się ten teatr, a nie polska rozrywka, którą na celownik biorą reżyser Jędrzej Piaskowski i autor dramatu Mateusz Pakuła. Szczególnie ten ostatni kładzie dzieło jak betonowe domino umysłowym ciężarem swojego dramatu.

Szkoda, że się nie udało, bo pomysł jest świetny, a przy okazji tym spektaklem ustępujący dyrektor, Tomasz Konina, mógł wsadzić palec w oko marszałkowi i opolskim decydentom. Chcecie rozrywkę? Nie wystarcza wam wieczorna ramówka TV? Nie nasycił waszego poczucia humoru festiwal piosenkowego obciachu znad Odry? Proszę bardzo – oto jak może wyglądać teatr festiwalowy, sceniczny festyn. Dorżnijmy tę deskę do końca, niech lecą wióry, konfetti, cekiny. Chcecie kasy? Więc macie Złotówkę (Łukasz Wójcik) – wodzireja, przygłupiego konferansjera brylującego w świetle scenicznego odpustu zaprojektowanego przez Justynę Elminowską. Fajnie, tylko że Pakuła wsadza w jego usta frazesy, jak choćby tę ewaluację polskiego teatru prowincjonalnego: „Zamiast kontemplować rzeczywistość lepiej pokazywać strefy półcienia i nigdy nie przedstawiać jasnych pojęć. Albo w ogóle robić po prostu gofry. Rzeczy dla ludzi”. Na co rzecze Kabareton (Grażyna Misiorowska) przebrana oczywiście za gofra: „Polska muzyka i polska piosenka jest totalnie beznadziejna. (…) Głębokie dupsko nicości”.

Mateusz Pakuła, „Dożynki polskiej piosenki”, reż. Jędrzej Piaskowski. Teatr Kochanowskiego w Opolu, premiera 26 września 2015Mateusz Pakuła, „Dożynki polskiej piosenki”, reż. Jędrzej Piaskowski. Teatr Kochanowskiego w Opolu, premiera 26 września 2015Wiadomo. To komunały, dupsko intelektualne. Sterta dżołków i pisanych bez polotu, odrobiny choć żaru dialogów. Ważna sprawa przegrywa z fuszerką dramatopisarza. Szkoda zdolnej ekipy aktorskiej z Opola, bo przecież jak wszystko pójdzie tak, jak idzie zwykle – już wkrótce będą się oni pławić tylko w podobnych banałach i płaskich tekstach. Litości, oszczędźmy im tego jeszcze trochę. Ale nie, Piaskowski z Pakułą już pieką gofry. I smutnie brzmią aktorskie zawołania „z czego się śmiejecie?” w głuchej jak studnia, gigantycznej sali teatru. Bo choć wszystko pracuje tu na śmieszność, to śmiesznie ni w ząb nie jest. A może nie, nie miało być śmiesznie. Tylko wtedy, po co komu taki teatr, który walcząc z obciachem, odwzorowuje go bez zająknięcia? Zamiast wchodzić na scenę, podcinać nogę amatorom kiełbasy, sam staje się ofiarą wrogiego przejęcia.

Jędrzej Piaskowski stara się jak może, „Dożynki polskiej piosenki” to jego debiut, młody reżyser myśli szerokimi planami, zadziwiająco dobrze radzi sobie na wielkiej scenie Teatru Kochanowskiego, ma pomysły. Nie jest jednak jeszcze na tyle obyty z językiem teatralnym, by z najbanalniejszego tekstu wykrzesać błyskotliwy teatr. A Pakuła robi co może, by mu to zadanie utrudnić. Do formy wraca tylko, montując z biesiadnych szlagierów monolog Polskiej Piosenki dogorywającej na szpitalnym łóżku. To jednak za mało. Nie pomagają dwie tandetne syreny (jedna z nich na wózku inwalidzkim), Atreju z „Niekończącej się opowieści”, który misję uratowania Fantazji kończy zalany wrzątkiem. Poruszająca jest tylko Violetta Villas handlująca bujną czupryną – ogolona jak owca ofiara szołbiznesu. Może szkoda, że w „Dożynkach” nie mówi się więcej o ofiarach. W końcu teatr, w którym jesteśmy, jest jedną z nich. Etatową reżyserka była tu Maja Kleczewska, w Opolu debiutował Krzysztof Garbaczewski i Paweł Świątek. Z tym pewnie koniec. Jeszcze tylko bankiet, pieczony świniak na pożegnanie i poczucie przegranej sprawy, niewykorzystanej szansy. Klopsiki zamiast prztyczków. Smutek.