Jak tam woda?
fot. Janusz Szymański

Jak tam woda?

Paweł Soszyński

W „Nie ma tego złego, co by ładnie nie wyszło” Cezarego Tomaszewskiego wszyscy mamy moherowe marzenia. To bardzo prosty, ale przejmujący zwrot. Jego osią jest empatia

Jeszcze 1 minuta czytania

I doczekaliśmy się spektaklu, który bierze na warsztat czerwcową awanturę wokół „Golgoty Picnic” Rodrigo Garcii. Nie, nie jest to grzmiący teatr polityczny rozstawiający po ideologicznych kątach frakcje poznańskiej zawieruchy – jednej wypominający katolicką bigoterię, drugiej – nieumiejętność radzenia sobie ze społeczną rzeczywistością w wersji hard. „Nie ma tego złego, co by ładnie nie wyszło” Cezarego Tomaszewskiego (reżyseria) i Justyny Wąsik (dramaturgia) to – odwrotnie niż dyktuje teatralny nawyk – projekt koncyliacyjny. Jak zwykle u Tomaszewskiego utrzymany w tonie performatywnej fraszki. Bardzo zresztą udanej.

„Nie ma tego złego, co by ładnie nie wyszło”,
reż. Cezary Tomaszewski
. Festiwal Awangarda i 
Socrealizm, Teatr Nowy w Łodzi, premiera 15 listopada 2014
Wszystko zaczyna się grubo – jak w przeholowanym kabarecie. Od chłopaka z gitarą, moherowych swetrów i oazowego śpiewania. „Czy wy wiecie, że jesteśmy świątynią?”, przerwie nagle pojawienie się na scenie brodatego Fausta, który – w białej odblaskowej kurtce i jaśniejących lycrach – będzie pełnił funkcję konferansjera i Pana Boga w jednym. Zacznie od dowcipu o dwóch rybach, które na pytanie trzeciej, „jak tam woda?”, zastanawiają się, „co to, kurwa, jest woda?”. Ten żart ze słynnego wykładu Davida Fostera Wallace’a jeszcze powróci, bo w prosty, błyskotliwy sposób stawia pytanie o sens kurczowego trzymania się takiej, a nie innej wizji świata. Ostatecznie wszyscy jesteśmy tylko ignorantami, niezdającymi sobie sprawy z tego, że nasze racje są bezlitośnie i nieodwołalnie uwarunkowane przez środowisko, w którym przyszło nam żyć. I nie chodzi tu tylko o świątynię oazowców – ryby Wallace’a pływają raczej w teatrach i galeriach sztuki.

Światopoglądowo spektakl Tomaszewskiego i Wąsik szybko się skomplikuje, a komediowa scenka rodzajowa dramaturgicznie ustawiona między hostią i sucharem nagle zostanie rozsadzona przez arsenał awangardowego performansu. Wsadzanie patyczków między ciała performerów (ostatnio coś podobnego oglądać mogliśmy w „Terrym Pratchetcie” Komuny// Warszawa), tarzanie się w farbie i pierzu („Podróż zimowa” Kleczewskiej), gesty z repertuaru fluxusu i nowojorskiej awangardy – wszystko to okaże się równie obce, pokraczne i nieprzystawalne do naszego życia, jak religijne odloty neokatechumenatu. Lewicowi barowi artyści i fejsbukowi intelektualiści okażą się tak samo zacięci, wsobni i nieprzejednani, co walące w garnki Mohery. „Wolnomyśliciele? Tak, ale tylko na cudzym, na przykład katolickim podwórku. Na swoim, fanatycy” – padnie ze sceny. Hasła, które nas unoszą, można zresztą dowolnie tasować, aż poszczególne słowa na transparentach stworzą dadaistyczne, nonsensowne ciągi. Ostatecznie każde z nich jest jedynie ekwiwalentem poręcznego zadania – jak sprzątanie, praca – które pozwala nam związać dzień z dniem. Ich życiowość czy nie jest tylko kwestią preferencji. Nie podlega jednak, nie może podlegać, wartościowaniu. 

fot. Janusz Szymański

W „Nie ma tego złego…” najciekawsza nie jest kompromitacja dwóch skrajnych estetyk i zapatrywań. Najdziwniej zrobi się wtedy, kiedy śpiewacy z prowincjonalnej parafii zaczną – wpierw wstydliwie, później z ochotą – asystować dwójce performerów. Okaże się, że w tej jawnie utopijnej wspólnocie barykady znoszą nie tyle argumenty, ile prozaiczność życia i emocji. Pod ich wpływem wszyscy jesteśmy równie śmieszni, może głupi – ale spełnieni. Wszyscy mamy moherowe marzenia. To bardzo prosty, ale przejmujący zwrot. Jego osią jest empatia. „Opowiadam się za sztuką, którą można użyć jako deski do prasowania” – dopowiada do manifestu Claesa Oldenburga, zacytowanego w finale spektaklu, Faust. Chodzi o to, by dobrnąć do końca. No i żeby jeszcze, gdzieś po drodze, raz czy dwa było po prostu ładnie. A to bardzo trudne zadanie.