Czarci sejm
fot. Magda Hueckel

6 minut czytania

/ Teatr

Czarci sejm

Paweł Soszyński

Teatr zawiódł – to mocna teza „Każdy dostanie to, w co wierzy” Rubina i Janiczak. Zawiódł sceniczny cudzysłów, w który bezpardonowo i bardzo sprawnie ubrali się także widzowie

Jeszcze 2 minuty czytania

W spektaklu „Każdy dostanie to, w co wierzy” Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina z „Mistrza i Małgorzaty” pozostaje niewiele, w gruncie rzeczy sam cytat, który odgrywa rolę tytułu. Sam Mistrz i Małgorzata pojawiają się zaś wtedy, gdy widownia w demokratycznym głosowaniu decyduje, że zamiast teatralnej demistyfikacji woli literacką fikcję. Czarci sejm – w nim weźmiemy udział, zwodzeni, podżegani populistycznymi hasłami, obrazami wideo o mocnym ideologicznym konturze, pojeni wódką i zrelaksowani papierosami, które – och, co za radość! – pozwala nam się palić podczas spektaklu. Jak tu stawać okoniem, skoro Klara Bielawka jako Hela z barkiem na kółkach jest na każde nasze zawołanie? To drobne przekupstwo zadziwiająco skutecznie działa na dobre samopoczucie widowni, która łaskawszym okiem zaczyna patrzeć na diabły. Kiedy jednak wyborcza fiesta zmienia się w przepijaną wiśniówką tyranię, w której demokratyczny protokół załatwia całą sprawę?



W powieści Bułhakowa diabły podbijają Moskwę przy pomocy baśniowej iluzji, ale i szeroko zakrojonego gestu performatywnego. Już samo zjawienie się Wolanda i jego świty ma swój teatralny ciężar. Wspaniała, groteskowa scena z kotem w moskiewskim tramwaju – jak koci uśmiech z „Alicji w Krainie Czarów” – głębsze znaczenie zyskuje dopiero wtedy, gdy spojrzymy na nią jak na problematyczną, zagadkową i cudowną (cudaczną?) obecność właśnie w sensie scenicznym. Diabły dziwaczą pod publiczkę, zrywają umowę społeczną, działają wbrew logice systemu totalitarnego, także totalitaryzmowi praw fizyki, ale ich sztuczki udają się jedynie dzięki publiczności. Wszystko, co w „Mistrzu i Małgorzacie” zadziwia, zdaje się być zamocowane w rzeczywistości spektaklu. „Każdy dostanie to, w co wierzy” Rubina czerpie z tego rozpoznania pełnymi garściami. Czarci performans obnażający polityczne mechanizmy będzie osią starannie wyreżyserowanej demokratycznej procedury, usypiającej czujność widzów usadzonych wokół ogromnego okrągłego stołu. Michał Czachor (Woland) i Mateusz Łasowski (Behemot) z finezją i ironicznym wdziękiem grają przy nim z widownią w teatr interaktywny, nawiązują z nami kontakt, wchodzą w dialogi, świetnie improwizują – w gruncie rzeczy uwodzą, przymilają się, nawet randkują na boku. Mocno pracują na to, byśmy byli z siebie zadowoleni, co zresztą przekłada się na wyniki głosowań. Tak, mamy udane życie seksualne, satysfakcjonujące zarobki, w gruncie rzeczy nic się nie stało.

To nam pozornie oddaje się tu władzę – w trakcie głosowania decydujemy o przebiegu spektaklu, ale też natychmiast wyrażamy swoje opinie – jako ludzie o ukształtowanych światopoglądach i sympatiach politycznych mamy stworzyć tu grupę o wspólnych interesach. To wspaniałe, że razem – jak pokazuje wynik głosowań – stoimy murem za zepchniętymi na margines społeczeństwa. Nasze poglądy są słuszne, poruszamy się po tej samej etycznej mapie. Pytanie tylko dokąd zmierzamy? Dość łatwo wychodzi nam w tym przedstawieniu przekroczenie zasad rządzących teatrem – ilość śmiałków, którzy palą i raczą się wódką przy stole zwiększa się w dużym tempie, wprost proporcjonalnie do pustych głosów nieoddanych w kolejnych głosowaniach. Za pierwszą odciętą głową Berlioza toczą się tu kolejne. Okazuje się, że jesteśmy świetni w demonstracyjnych gestach, pod warunkiem że są one skrojone na stosowną miarę, ostatecznie – jak jeden z widzów – możemy nawet włożyć na siebie publicznie suknię ślubną, ważne tylko, by nasze działanie było wzięte w teatralny, bezpieczny nawias. Takim teatralnym nawiasem jest w końcu także uliczna demonstracja, gdzie w gronie przekonanych łatwo nam poddać się politycznym otrzęsinom, które zawsze z góry wpisane są w sferę świątecznego odstępstwa. Jak wszystko, co wydarza się w teatrze. Smuci filmik, w którym Mistrz (Dawid Rafalski) i Małgorzata (Julia Wyszyńska) wracają z KOD-owskiej demonstracji uwięzieni w szarej garsonce z książką Bułhakowa na smyczy. Tyle jeśli chodzi o idealizm.  

fot. Magda Hueckel

„Każdy dostanie to, w co wierzy”, reż. Wiktor Rubin. Teatr Powszechny w Warszawie, premiera 12 marca 2016

Teatr zawiódł – to mocna teza Rubina i Janiczak, zawiódł sceniczny cudzysłów, w który bezpardonowo i bardzo sprawnie ubrali się także widzowie, odpędzając dzięki niemu wszelkie wewnętrzne strachy. Przecież widzieliśmy, byliśmy, uczestniczyliśmy. Nie dotarło do nas tylko nigdy, że wspólnie stworzyliśmy pole do popisu Wolandowi, otworzyliśmy drogę dla stworzenia totalnej iluzji przekształcającej uczestnictwo w złudne działanie. Dopiero demokratyczne głosowanie odgrywane w teatrze ukazuje nam – jak „Msza” Żmijewskiego – potencjał demokratycznego rytuału. Odsłania działanie jako niedziałanie, pustą formę, która sama w sobie jest bezcelowa. Diabły, jak to diabły, są tu zarazem naszymi wrogami i sprzymierzeńcami. Inscenizują nasz wybór w formie magicznej sztuczki z kartami do głosowania. Naciśnięcie przycisku „tak” lub „nie” uruchamia algorytm matematycznego liczenia głosów, tworzy barwny interfejs z jego wynikiem, słupki wznoszą się i opadają, media nauczyły się już wokół tego czarować, a puste studyjne blue boxy prześcigają się w pomysłach na efektowny wieczór wyborczy. Największa iluzja demokracji zawarta jest właśnie w tym pustym, choć efektownym medialnie geście, którego realny efekt jest nieznany, a przynajmniej łatwo pogodziliśmy się, że jest poza naszym zasięgiem. Skoro kurtyna opada, to należy wstać z miejsc i udać się do wyjścia. Można jeszcze bić brawo bez końca, póki nas nie wyproszą, jak w groteskowym wideo, w którym na opustoszałej sali teatralnej bez końca klaszcze Mateusz Łasowski.

Czy to jest już nawoływanie do anarchii? Nie wiem. Może czasem, w sytuacjach skrajnych, należy – jak Małgorzata – wsiąść na miotłę i udać się na sabat, a może nawet zgodzić się na wystawione nam przez społeczny consensus żółte papiery?