Brutaż solo
fot. Patrycja Płatnik

Brutaż solo

Paweł Soszyński

„This is a musical” Tymińskiego udowadnia, że rezygnacja z artystycznej umowności może być najbardziej skutecznym, bezpretensjonalnym i przejmującym nawiasem, jakim dysponuje sztuka

Jeszcze 1 minuta czytania

Karol Tymiński przyzwyczaił nas do tego, że w jego choreografiach ciało traktowane jest jako materialny konkret. Jest przedmiotem, instrumentem, którego skala wciąż jest przekraczana. Pokazana na zeszłorocznym festiwalu Ciało/Umysł „Pussy” na kwartet tancerzy kazała widzom zaglądać w zakamarki ludzkiego ciała, których zwykle nie oglądamy na scenie. Ciało zmęczone, ćwiczone, agresywne, narażone na przemoc – zawsze jednak ciało konkretne, to ciało, nieuwikłane w semantyczne rozgrywki, niezmetaforyzowane, irytujące widza i uwodzące go brakiem symbolicznych współrzędnych, dzięki którym moglibyśmy je opanować, oswoić – zdobyć. Obcość, nieprzystawalność ciała jest też tematem znakomitego „This is a musical” – solowego projektu, którego premiera miała odbyć się w trakcie tegorocznego festiwalu Ciało/Umysł. Do festiwalowej premiery nie doszło, dla dyrektorki Edyty Kozak propozycja Tymińskiego okazała się zbyt „destrukcyjna”. Zabrakło w niej „podmiotu” – cokolwiek to znaczy. Na wysokości zadania stanął Instytut Teatralny i to w nim pokazano „This is a musical”.

Karol Tymiński, This is a musical. Instytut Teatralny, premiera 14 listopada 2015Karol Tymiński, „This is a musical”. Instytut Teatralny, premiera 14 listopada 2015Spektakl jest drastyczny, choć wpisana w performatywną strukturę brutalność nie jest przez Tymińskiego trwoniona, tworzy zwartą gęstą narrację. Tancerz upada, wykręca stawy, uderza i szura mikrofonem po skórze, własną cielesność przekłada na dźwiękowe frazy, zapętlane przez Graduala odpowiedzialnego za warstwę muzyczną projektu. W ten sposób „This is a musical” zmienia się w koncert progresywnego techno o niebywałej dynamice, brutaż solo. Gdyby nie muzyka, cały projekt łatwo by było oskarżyć o solipsyzm. Tymczasem performans Tymińskiego jest poruszający i porywa. Autoagresja nie jest w nim aberracją, staje się rodzajem filozoficznej praktyki, fenomenologicznym zakładem. Bo właśnie o przekroczenie cielesnej granicy między podmiotem i światem tu chodzi. O podmiot, który dąży do autodestrukcji, by przełamać granicę między własną samotnością a tym, co kryje się za horyzontem jednostkowego świata. Tym, co utracone.

Tymiński z całą bezwzględnością stawia się w uległej pozycji, z aktywnie poszukującego podmiotu zmienia się w czystą bierność i dopiero w układzie całkowicie pasywnym odnajduje rozkosz, ironiczne spełnienie. Towarzyszą temu coraz ostrzejsze, bardziej rytmiczne brzmienia, cielesna partytura tworzy muzyczną, a następnie podporządkowuje się techno-narracji. W ten sposób to, co zamknięte w głębi ciała, zaczyna porozumiewać się z zewnętrzem i widzem. A choreografia nagle się otwiera, zajmuje coraz większą przestrzeń.

W finale spektaklu – już na ekranie – choreograf oddaje się światu całkowicie i dosłownie. Partnerem tej spełnionej utopii jest campowo rozgwieżdżona męska sylwetka, a świat wdziera się w pasywny podmiot w realistycznie ukazanym seksualnym akcie. To humorystyczna reinterpretacja metafizycznego mitu i marzenia idealistycznych filozofów, w której upragniony eidos – to co jest całkowicie stamtąd – znajduje niespodziewanie namacalną postać. Na innym poziomie Tymiński wskazuje na zawsze przemocowe, nierówne współistnienie ja i ty, których równość we wzajemnym dopełnieniu jest figurą tyle poetycką, ile fikcyjną. „This is a musical” pokazuje jednak nie tylko ironię wpisaną w fenomenologiczny projekt czy stosunek miłosny; udowadnia również, że konkret, bezpośredniość i rezygnacja z artystycznej umowności może być najbardziej skutecznym, bezpretensjonalnym i przejmującym nawiasem, jakim dysponuje sztuka. Warto o tym pamiętać, szczególnie w czasie, gdy do dyskusji publicznej wraca temat „pornografii” w teatrze.