Sandacz bengalski
fot. Natalia Kabanow / Teatr Polski we Wrocławiu

Sandacz bengalski

Paweł Soszyński

Siła rewelacyjnej „Wycinki” Krystiana Lupy nie polega na ostrości diagnozy, skądinąd nienowej, ale na tym, że idiotyzmy, które rządzą „kolacją wybitnie artystyczną”, reżyser artykułuje bez zająknięcia aż do najgorszego końca

Jeszcze 2 minuty czytania

„Lepiej po prostu nie nosić rękawiczek, wtedy się ich na pewno nie zgubi... Lepiej po prostu nie nosić rąk… Lepiej po prostu nic nie nosić, po prostu się nie urodzić...” – puentuje Joyce, młody pisarz, opowieść Aktora Teatru Narodowego o zgubionej rękawiczce. Ten absurdalny, straceńczy ciąg logiczny świetnie opisuje stan ducha gasnących gwiazd Sebastiansplatz, przy którym kiedyś zwykła zbierać się artystyczna śmietanka Wiednia. Jej kombatanci będą celebrować swój upadek w trakcie ciągnącej się bez końca „kolacji wybitnie artystycznej”. Podejrzany jest już sam pretekst spotkania – samobójcza śmierć Joany Thul, niespełnionej aktorki i tancerki, przyjaciółki gości, którzy będą w trakcie kolacji analizować motywy jej decyzji, głównie gromadząc punkty na koncie własnych karier i biografii. Przez scenę przepłynie potok bełkotu, kabotyństwa i zawiedzionych nadziei. Będziemy świadkami ostatnich artystowskich wyskoków i towarzyskich popisów, których fala zaniesie ostatecznie bohaterów na mieliznę. „Śmierć jest niedaleko” – wybełkocze wreszcie pijany w sztok Gerhard Auersberger (znakomity Wojciech Ziemiański), kłapiąc sztuczną szczęką wyciągniętą z ust. I będzie to gest równie śmieszny i niesmaczny, co autentyczny. Ostatecznie zaproszeni przez jego żonę goście do dyspozycji mają już tylko salonowe pozerstwo i kompromitację. Wcześniej będą siedzieć za długim, inkrustowanym złotem, masywnym jak ołtarz stołem. Będą czekać na sandacza balatońskiego i Aktora Teatru Narodowego. Sandacz balatoński, któremu Gerhard przypnie niezbyt apetyczną metkę „bengalskiego”, i Aktor Teatru Narodowego są zresztą siebie warci; to tylko pretekst dla bohaterów, którzy jak ćmy do światła zlecieli się do salonu Auersbergerów. Wiedzeni resztką stadnego instynktu, będą siedzieć w nim bez sensu i bez celu aż do pierwszej w nocy, godziny krańcowych bredni, kiedy pod wpływem zmęczenia obficie podlanego winem ich artystyczne dyskusje w pełni ujawnią swoją miałkość.

Thomas Bernhard, „Wycinka”, reż. Krystian
Lupa
. Teatr Polski we Wrocławiu, premiera
23 października 2014
Ośmieszona zostanie Jeannie Billroth (Ewa Skibińska), „tutejsza Virginia Woolf”, która rozwalona na kanapie, melancholijnie rozerotyzowana, wykrzyknie wreszcie ostatkiem sił: „Jestem zawiedziona tym wieczorem... Jestem zawiedziona brakiem tematu, brakiem intelektualnego dyskursu...”. Dostanie się Annie Schreker (Bożena Baranowska), „austriackiej Gertrudzie Stein” zazdrośnie mizdrzącej się w słownych potyczkach z tą pierwszą. Obnażona zostanie tępa megalomania Aktora Teatru Narodowego (brawurowy Jan Frycz), święcącego wątpliwy sukces w „Dzikiej kaczce” Ibsena. To zresztą jego opowieść o pracy nad rolą Ekdala będzie punktem krytycznym „Wycinki”. Grzęznąca w powtórzeniach i banałach, przeciągnie strunę sparodiowanych przez Bernharda, niedorzecznych monologów, od których roi się w spektaklu. Już za chwilę Aktor, studiujący Ekdala w górskiej chacie o chlebie i wodzie – „bo prawdziwa sztuka wymaga ofiary” – pomaszeruje przez scenę w rozchełstanej koszuli, trenując wdech i wydech, małpując kontakt artysty z naturą w „lesie, wysokopiennym lesie”, a przy okazji wciągając spektakl Lupy na szczyt groteski. Tą sceną Lupa pyta też o współczesną łatwość artystycznego ryzyka.

W „Wycince” bezlitosny humor Lupy dosięga bowiem nie tylko starej gwardii, artystycznych emerytów i kombatantów awangardy. Na kolacji zjawiają się także Joyce (Adam Szczyszczaj) oraz James (Michał Opaliński), którzy w rewelacyjnych improwizacjach zarejestrowanych na wideo przez Karola Rakowskiego i Łukasza Twarkowskiego obnażają niezbyt wysokie napięcie „młodej energii” debiutantów. Ta dwójka, czająca się w toaletach na zapleczu salonów z lampką darmowego wina, prowadzi bezcelowe tyrady o tym, co należy zrobić, by artystycznie zaistnieć. To młodzi buntownicy w wersji koktajlowej – ich głównym problemem jest to, jak być uznanym za drugiego Rimbauda. I czy może to zagwarantować ministerialne stypendium? Pojawia się wreszcie „genialny dyrektor” Narodowej Sceny, „gazetowy buntownik”, autor „tego Damaszku”, od którego „flaki się przewracają”. Przyznać trzeba, że Lupa nie kryje zbytnio faktu, że mowa tu o Janie Klacie, dyrektorze Narodowego Starego Teatru w Krakowie. W tym najbardziej personalnym – i bezwzględnym – ataku Lupy Klata staje się sztandarowym pozerem polskiej współczesności.

fot. Natalia Kabanow / Teatr Polski we Wrocławiu

Wszystko to dzieje się w asyście dwóch postaci, pomiędzy którymi Lupa rozpiął tragikomiczne spektrum „Wycinki”. Jedną z nich jest Thomas Bernhard (Piotr Skiba), siedzący w uszatym fotelu na proscenium, nieśpiesznie komentujący wydarzenia i oskarżający środowisko artystyczne głosem zmęczonym i monotonnym, ale wciąż przykuwającym uwagę, jakby panował w nim nie tyle chłód rezygnacji, ile zero bezwzględne nadciągającej katastrofy. Równie powściągliwa jest Maja Auersberger (niesamowita, skupiona Halina Rasiakówna) – gospodyni wieczoru, zapomniana śpiewaczka, która ma wykonać – odraczaną w nieskończoność, a wreszcie zaniechaną – „Cold Song” Henry’ego Purcella. Aria, kończąca się zdaniem: „Let me freeze again to death!”, nawiedza co chwilę ścieżkę dźwiękową spektaklu i staje się – w wykonaniu Klausa Nomi czy w improwizacji Mieczysława Mejza – motywem przewodnim dla „kolacji wybitnie artystycznej”.

fot. Natalia Kabanow / Teatr Polski we Wrocławiu

Te dwie perfekcyjnie poprowadzone i zagrane postaci tworzą ramę dla „Wycinki” Lupy. Egzaltowana Maja Auersberger ma jeszcze nadzieję na ocalenie mitu Sebastiansplatz, choć jasne jest, że nie kieruje nią miłość ani do intelektualnych dyskusji, ani do sztuki. Jest raczej strażniczką pewnych form towarzyskich, dla których artyści są gwarantem ekskluzywności. To królowa porcelany, teatralnych foyer i bankietowych tartinek. Wciąż napięta jak struna, z głosem utrzymanym w taktownie niskim rejestrze słyszalności, jakby przytłumionym przez wszechobecny plusz tego salonu, jest czystym konwenansem, ale w interpretacji Rasiakówny ma też przejmujący, melancholijny rys zapowiadający od samego początku, że jej starania skazane będą na niepowodzenie. Sceniczny Bernhard zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że ukochane przez nią formy są równie martwe i zimne, jak główne danie jej kolacji. Bernhard Skiby pyta się przede wszystkim o treść, punktując przy tym konformizm artystycznego światka, jego tchórzostwo szczelnie opakowane w politycznie obłudne, prowokacyjne gesty.

fot. Natalia Kabanow / Teatr Polski we WrocławiuSiła „Wycinki” nie polega jednak na ostrości diagnozy, skądinąd nienowej. Rewelacyjność wrocławskiego przedstawienia bierze się przede wszystkim z doskonale wyreżyserowanej całkowitej transparentności szeregu kłamstw i idiotyzmów, które rządzą „kolacją wybitnie artystyczną”. To właśnie dokręcenie teatralnej śruby miażdżącej plany i perspektywy, w jakich artyści lubią na siebie patrzeć, jest tu najbardziej przejmujące. Stąd powrót do teatralnej maszyny, reżyserskiego rygoru i inscenizacyjnego rozmachu, jakich zdaniem wielu zawiedzionych zabrakło w dwóch poprzednich spektaklach Lupy. Czuć jednak, że „Wycinka” powstała po „Poczekalni”„Mieście snu”, bezlitosnej i – jeśli można tak powiedzieć – autoimmunologicznej fazie laboratoryjnej jego teatru.

W najnowszym spektaklu Lupa pokazuje wszystko, do końca. Nie boi się – a wraz z nim aktorzy – doprowadzić tej kolacji do intelektualnej katastrofy. Jak sceniczny Bernhard mówi spokojnie i bez zająknięcia. Nie stawia się ponad innymi artystami, nie jest już też erudytą z „Wymazywania”, który wyciąga logiczne wnioski i feruje wyroki. Nie chce objaśniać świata, pokazuje raczej jego drżący, straceńczy wycinek. Serwuje nam tego bengalskiego sandacza bez ognistych potępieńczych tyrad, powoli – i na zimno.