Nic

5 minut czytania

/ Teatr

Nic

Paweł Soszyński

W „Procesie” Lupa utwierdza nas w przekonaniu, że już po wszystkim i nic się nie da zrobić. Jeśli początkowo w naturalnym odruchu buntujemy się przeciwko tej diagnozie, to reżyser dokłada wszelkich starań, żeby wypuścić ze swojej widowni żywe trupy

Jeszcze 1 minuta czytania

Na ten spektakl czekali wszyscy. To miało być odkupienie, zadośćuczynienie, manifest, ekspiacja, rewolucja. Za dużo, za dużo oczekiwań wtłoczono w tę premierę, która miała stanowić akt solidarności teatrów warszawskich czy – jak mówiła Karolina Ochab – „gest międzynarodowej solidarności społeczności teatralnej”. Lupa zderzył się z wyjątkowo natrętną maszynką pijarową, w której wszystkie zaangażowane teatry prześcigały się w podkreślaniu, że to u nich Lupa wystawia. Pieniędzy na to poszło multum. Myślałem, że ten reżyser jest sprawnym graczem, ale jednak ugiął się pod publicystyczną machiną. 

Czas więc zderzyć się z rzeczywistością. Co Lupa wystawił? W gruncie rzeczy – świadomie nic. Myślał, że pokaże nam, jacy jesteśmy, ale tak naprawdę pozbawił nas czegoś ważnego. W swoim „Procesie” niestety utwierdza nas w beznadziei, że już jest po wszystkim i nic się nie da zrobić. Że jesteśmy chorzy, wydrylowani, poddańczy, opanowani marazmem. Jeśli początkowo w naturalnym odruchu buntujemy się przeciwko tej diagnozie, to reżyser dokłada wszelkich starań, żeby wypuścić ze swojej widowni żywe trupy.

Tak, po tym spektaklu nic się nie chce. Ani strajkować, ani maszerować w imię jakiejkolwiek racji. „Proces” Lupy szybko zmienia się w narcystyczny festiwal wyczerpania i niemocy, estetyczny bubel i dowcip, który nie śmieszy. Bo wystarczająco dużo czuje się podobnych emocji w życiu publicznym, by złapać się na gesty graniczne mistrza, który tę samą niemoc wciska nam w gardło. Nagie ciała w szpitalnym barłogu, sceny tonące w brunatno-czerwonym świetle, aktorzy szepczący na wydechach monologi o beznadziei, przygnębieniu. To jest łatwe. Podobnie jak uporczywy, jednolity charakter wszystkich scen jak w filmach Roya Andersona, gdzie jednak katastrofizm ma swoje optymalne trwanie. Z takich samych neurotycznych, absurdalno-depresyjnych scen składały się „Pieśni z drugiego piętra” szwedzkiego reżysera. Jednak Lupa przeciąga wszystko w nieskończoność, bawi się, lubuje się, kocha ten stan marazmu. I jeszcze, puszczając do nas oko, wyznaje, że wie, że to jest okropne i teatralnie nie do zniesienia.

Lupa rezygnuje też z niepokoju, który napędza powieść Kafki. Bohater spektaklu daje się uwodzić, prowadzać po pokojach przez równie złamanych, bezsilnych bohaterów. Jest zerem, utracjuszem, kukłą. Nie ma tu niepodobieństwa, buntu, nie ma absurdu kafkowskiego sądu. Wszystko załatwione jest łatwymi politycznymi aluzjami, banalnymi wyznaniami, które nie mają już mocy poprzednich autokompromitacji, bo nie dotyczą wcale teatru Lupy, ale chcą być komentarzem do współczesnej Polski. 

Proces, reż. Krystian Lupa. Nowy Teatr, premiera 15 listopada 2017„Proces”, reż. Krystian Lupa. Nowy Teatr, premiera 15 listopada 2017

Prowadzi to do tak wielkiego teatralnego deficytu, że przeszło sześć godzin spektaklu zmienia się w bezsensowną torturę, tautologiczne powtórzenie politycznej niemocy widzów. Wszystko więc staje się nieznośnie oczywiste, nieistotne, głupie, banalne i wtórne. To jakby obserwować w dużym zwolnieniu wodę powoli napełniającą przezroczyste naczynie. Gdyby choć ta woda się przelała. Ale nie, finał, w którym aktorzy stają w rzędzie zwróceni wobec publiczności, to totalna kapitulacja. W gruncie rzeczy mogliby tak stać od początku. Nic więcej nie powiedzieli, oprócz tego niemego trwania w niczym, w którym się odbijają. To jak przesunięcie przed widzami lustra – bez użycia lustra.

Co wypełnia te godziny? Nieistotne rojenia o oknach i herbacie, jęki, utwierdzanie się we własnym niczym, mentalne bazgroły o raku, który wyrasta na naszym grzbiecie i nas dusi. Na scenie panuje taka próżnia, że siłą rzeczy wysysa z widzów wszystko: energię, uwagę, przytomność, chęć działania. W ten sposób spektakl staje się szkodliwym, nieudanym żartem, który wyśmiewa resztki naszego idealizmu. I pozbawia nas wszystkiego.

Gdyby choć to nic zostało twórczo przetworzone, pokazane z dystansu, wyrażone w języku, który pozwoliłby nam oddzielić się od jego przytłaczającego ciężaru i przejrzeć na oczy. Ale to też się nie dzieje. Niewiele w tym spektaklu pomysłów na poruszające sceny, które przecież zawsze przełamywały nagle świat przedstawień Lupy. Jesteśmy wciąż w tej samej dekoracji, nieznacznie zmienianej projekcjami lochów, katedry, nieprzebranych skrzyń z aktami. Dramaturgiczny wykres spektaklu to linia pozioma.

Bezsilność nie staje sie też, jak w „Wycince”, obiektem krytyki. Jest przez Lupę zaakceptowana, co najwyżej potraktowana jako narracyjny żart. Nie jest tematem do przepracowania – ale teatralnym chwytem, który stosuje się na każdym poziomie świata przedstawionego. Ostatecznie staje się formą, sposobem na „Proces”, który w gruncie rzeczy Lupa adaptuje wiernie, od początku do końca, wybierając z powieści i doprowadzając do ekstremum wszystkie myślniki, wielokropki, znaki zapytania i średniki. Puste miejsca między akapitami. To w nich instaluje swoją opowieść, w miejscach, w których nic się nie wydarza, wszystko tylko trwa w oczekiwaniu na dalszy ciąg. Problem polega na tym, że nie są to momenty, w których łapiemy oddech. A oddechu bardzo nam potrzeba.