Po drugiej stronie

7 minut czytania

/ Film

Po drugiej stronie

Klara Cykorz

Najodważniejsze i najbardziej intymne sceny „Beksińskich. Albumu wideofonicznego” wzbudzają jednocześnie poczucie niedosytu. To, co nie da się wpisać w obsesję umierania, jest tu boleśnie wyrzucone poza kadr

Jeszcze 2 minuty czytania

Jest taki prosty, chyba hollywoodzki zabieg, który bardzo lubię w filmach „opartych na faktach”: napisy końcowe, zdjęcia/klipy „prawdziwych osób”, czasem zestawione z wizerunkami aktorów, czasem nie, odsłonięcie iluzjonistycznej sztuczki, wywoływanie duchów. Właśnie tak, trzema migawkami z archiwum Zdzisława Beksińskiego, kończyła się rok temu „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego: Beksiński, Beksińska i ich syn. Pan Zdzisław, pani Zosia i Tomek-Tomcio. „Album wideofoniczny” Marcina Borchardta rozpoczyna się w miejscu, gdzie film fabularny stawiał ostatni akord. Rozpoczyna się seans spirytystyczny na warszawskim Służewie. Obiegowa opinia o nieszczęściu „Albumu wideofonicznego”, który wchodzi na ekrany w cieniu obsypanego nagrodami poprzednika, wydaje mi się niesprawiedliwa, ponieważ ich połączenie właśnie, oglądanie jednego po drugim, daje efekt: filmy Matuszyńskiego i Borchardta tworzą obraz podwojony, a może wręcz „film podwójny” (by przywołać tytuł książki Magdaleny Grzebałkowskiej). Pierwszy akt był odgrywaną przez aktorów morderczą wyliczanką, historią nieustannego przepowiadania śmierci i czekania na śmierć (od fantazjowania o przemocy po brutalny mord; od słynnych sanockich klepsydr po ostatnią audycję Tomasza Beksińskiego; „Tomcio pierwszy pójdzie do grobowca, ale to tajemnica”, szeptały na cmentarzu jego babcie, kiedy ich wnuczek podejmował kolejne próby samobójcze). W szerokich kadrach Kacpra Fertacza powracała często taka oto kompozycja: drobna postać aktora w zagraconym regałami mieszkaniu, na tle niekończących się półek książek, płyt, kaset magnetofonowych i wideo, wśród płócien i innych szpargałów. Domowa biblioteka, kolekcja, archiwum. W drugim akcie aktorów już nie ma, znaleźliśmy się po drugiej stronie. Oglądamy pamiątki po zmarłych.

Borchardt montuje całość z archiwaliów; montuje klasycznie, raczej chronologicznie, zajmując podobną do Matuszyńskiego perspektywę. Tytuł książki Grzebałkowskiej, wskazujący na dwóch głównych bohaterów, wydaje mi się w tym punkcie trafniejszy od nadmiarowych „Beksińskich”. Oba filmy – w przypadku dokumentu chyba rzeczywiście warunkują to źródła – nie tylko stawiają relacje ojca i syna w centrum, ale po prostu są opowieścią starszego Beksińskiego, opowieścią ojca, który patrzy na syna, martwi się z jego powodu i cierpi. Kreacja Dawida Ogrodnika, która wzbudziła rok temu pełną rozgoryczenia reakcję przyjaciół i znajomych Tomasza Beksińskiego, w źródłach wideo z archiwum rodzinnego znajduje swoje bolesne usprawiedliwienie. Tomek Beksiński jest na tych nagraniach może mniej ekspresyjny, ale równie przykry. Znowu: to efekt przyjętej ojcowskiej optyki, użycia pozostawionego przez Zdzisława Beksińskiego materiału, w którym artysta rejestruje swoje i żony zmagania z potomkiem. W nagraniach przytaczanych na początku „Albumu wideofonicznego” Beksiński senior opowiada o swojej wizji ojcostwa, przyjaźni z synem-kumplem. W ciągu następnej godziny filmu – i czterdziestu lat życia Tomka – te nadzieje rozsypują się w proch. Wybitnie inteligentne, a w każdym razie wyjątkowo wygadane dziecko zamienia się w ukochany ciężar nadwyrozumiałych rodziców. Zatrzaśnięty w sobie, a jednocześnie agresywny syn nawiedza mieszkanie rodziców i babć jak tornado i, jak ujmuje to babcia Stankiewicz, matka Zofii, „choleruje”. Ojciec Zdzisław przyznaje, że kiedy Tomek je – lepiej się trzymać z dala od kuchni. A Tomek je u rodziców często, prawie zawsze, chociaż bieganie na wysokie piętro bloku z wieczną awarią windy „wkurwia go”; ale sam sobie u siebie, po drugiej stronie ulicy, kolacji nie zrobi, bo musiałby „pięćdziesiąt razy latać”, „bo nie ma składników”.

„Beksińscy. Album wideofoniczny”, reż. Marcin Borchardt

Ze swoją miłością do Jamesa Bonda i nastoletnim podejściem do kobiet Tomek wydaje się polską odmianą amerykańskiego nerda piwniczego: chłopcem, który nigdy nie uniezależnił się od rodziców, chociaż miał ku temu materialne warunki, chłopcem, którym wciąż trzeba się zajmować. „Tracisz kontakt z rzeczywistością”, mówi Zdzisław Beksiński podczas tej samej kłótni o „latanie do sklepu”. Tomek wyznaje, że ogląda „Lokatora” Polańskiego jako film o sobie (ciary). Film nie diagnozuje i tak naprawdę nie docieka przyczyn, tylko trwa przy zasmuconym ojcu. Depresja wyzierająca spod całkowitego zanurzenia w popkulturze wydawałaby się grubą kreską rysowana, ale trudno dyskutować ze zmarłymi, a już tym bardziej z ojcem, który grzebie syna i przyznaje się po jego śmierci do odczucia ulgi. Chociaż to ostatnie po trzech godzinach z okładem już nas nie dziwi: śmierć w rodzinie Beksińskich zostaje skojarzona z wytęsknionym spokojem, rozprężeniem. Sam Zdzisław – i w „Ostatniej rodzinie”, i „Albumie wideofonicznym” – zaczyna się interesować swoją własną matką dopiero, gdy ta leży na łożu śmierci. Tym sposobem dochodzi do paradoksu: najodważniejsze i najbardziej intymne sceny „Albumu...” wzbudzają jednocześnie poczucie niedosytu, ujawniają bolesne wyrzucenie poza kadr tego, co nie da się wpisać w obsesję umierania.

Nie chcę być „Tą Osobą” – krytyka oparta na frustracji, że coś nie jest czymś innym, wielbłądem na przykład, szybko staje się jałowa, ale może warto podkreślić raz jeszcze, jak bardzo męska jest to opowieść, i że „moda na rodzinę Beksińskich” dotyczy w istocie tylko „Beksińscy. Album wideofoniczny”, reż. Marcin Borchardt„Beksińscy. Album wideofoniczny”, reż. Marcin Borchardt. Polska 2017jednej płci. W perfekcyjnie odmierzonej „Ostatniej rodzinie” starsze panie umierają wręcz w funkcji figur stylistycznych, służą do stopniowania napięcia. Od filmu Borchardta, jako dokumentu, oczekiwałabym jakiegoś wytłumaczenia – film to nie praca naukowa i nie musi rozliczać się z metodologii ani selekcji materiału, ale czy w całym archiwum malarza nie znalazły się dostatecznie intrygujące materiały dotyczące starszych pań, matek Beksińskiego i Beksińskiej? Jakie relacje panowały pomiędzy kobietami w mieszkaniu na Służewie? I czy życie dwóch kobiet, które dożyły uparcie sędziwego wieku, nie byłoby ciekawym kontrapunktem dla „rodziny przeklętej”?

Ostatecznie przed homogenizacją, przed totalnością dzielonej przez ojca i syna obsesji, opowieść ratuje trzecia kobieta, Zofia Beksińska rzecz jasna. To najbardziej znaczący rozłam pomiędzy „Ostatnią rodziną” a „Albumem wideofonicznym”. Czułość kamery, którą malarz kieruje w kierunku żony. I wypowiedziana przez Beksińską złość na syna. Małe pęknięcie na drugim planie po wyciszonej albo wręcz ściszonej kreacji Aleksandry Koniecznej; choć jestem zaprawiona w boju, na samą myśl o cierpliwości jej Matki Polki zaczyna boleć mnie brzuch. „Ja jestem tylko do roboty”, mówi tymczasem wycieńczony duch Zofii Beksińskiej, co daje niewiele, ale i tak myślę: nareszcie. „Ja jestem śmieć!”, ogłasza żona i matka słynnych mężczyzn, otwierając na moment jakąś zupełnie inną przestrzeń, zupełnie inną historię.

Cykl tekstów współfinansowany przez:

PISF