Niewinność

6 minut czytania

/ Film

Niewinność

Jakub Socha

„Pewnego razu w listopadzie” Andrzeja Jakimowskiego powinno się oglądać właśnie w Dzień Niepodległości. To z pewnością najważniejszy polski film tego roku

Jeszcze 2 minuty czytania

Wracając z „Pewnego razu w listopadzie”, przy rondzie Dmowskiego minąłem dobrze odżywionego mężczyznę z ręką w gipsie, którą zamiast temblaka podtrzymywał szalik w barwach biało-czerwonych z napisem Polska – ten szybki obrazek skojarzył mi się z najnowszym filmem Andrzeja Jakimowskiego. Ale nie dlatego, że obserwujemy w nim chory organizm Polaka, któremu pozwala wrócić do siebie, który amortyzuje przed bólem właśnie Polska. Jeśli chodzi o to, jest wręcz odwrotnie. Wszystko się poodklejało, straciło swoje znaczenie i sens, zastosowanie i właściwości. Jakby na potwierdzenie, przed porannym pokazem „Pewnego razu w listopadzie” wyświetlono krótką reklamę społeczną, w której Agata Kulesza wypowiada jedno zdanie: „Można stracić dach nad głową, ale nie można stracić zasad”. Czego dotyczyła ta reklama? Fundacji wspierającej ludzi wyrzuconych na bruk? Otóż nie – walki z piractwem w sieci. Niszcząca subtelność.

Zresztą akurat w filmie Jakimowskiego kobieta grana przez Kuleszę nigdy by sobie nie pozwoliła na tę frazę, widzi aż za wyraźnie, że zdania zmieniono w slogany, więc woli się nie przyłączać do tego trendu. Który skutkuje tym, że wszyscy wycierają sobie gęby powstaniem, a nikt nie potrafi się schylić, żeby uprzątnąć śmieci zalegające wokół miejsc upamiętniających tych, którzy podczas niego zginęli. Bohaterka Jakimowskiego podnosi je z uporem godnym lepszej sprawy, chyba wierzy, że w taki sposób da dobry przykład. Jeden facet rzeczywiście schyla się po wyrzuconego przed chwilę peta, czy schyli się, gdy nie będzie patrzyła? Niekoniecznie.

Śpij, mówi Marek, główny bohater filmu, do wystraszonego imigranta, na którego dom napadło kilkudziesięciu bandytów w kominiarkach – uczestników „Marszu Niepodległości”, skandujących naprzemiennie: „To my, to my – Polacy” i „Cześć i chwała bohaterom”. Jak ma spać pod okiem swoich stróżów, skoro nie obronili go i pojawili się na miejscu, gdy już było po wszystkim? Jak w ogóle może ufać im Marek, skoro kilkadziesiąt godzin wcześniej na komendzie zamiast protokołu przesłuchania, o który prosił, otrzymał uderzenie paralizatorem po żebrach, wymierzone w wilgotnej piwnicy? U Jakimowskiego policjanci pojawiają się punktualnie tylko wtedy, gdy trzeba wyrzucić kogoś na bruk, ewentualnie wtedy, gdy trzeba wybawić panią komornik od udzielania odpowiedzi na kłopotliwe pytania. Sposób, w jaki wykonują swoje obowiązki, jest tutaj tylko częścią większego problemu.

„Państwo polskie istnieje tylko teoretycznie” – powiedział swego czasu pewien polityk, co wszystkich nagle strasznie oburzyło, mimo że powtórzył diagnozę stawianą co najmniej od lat 90. U Jakimowskiego praktycznie jedyną instytucją, która działa sprawnie – opiekuje się ludźmi, chroni przed przemocą, daje dach nad głową, szansę na edukację – jest anarchistyczny skłot. Całkiem niezła paranoja. W skłocie wszystkie decyzje podejmuje się wspólnie, ale jakoś nie stwarza to wielkich problemów.

Poza nim jest więcej niż kiepsko. Warszawa w „Pewnego razu w listopadzie” już nie wygląda tak jak pięknie jak w serialach z TVN-u. Słoneczko się schowało, z każdego kąta wyłazi zimna breja i błoto. Wygnani ze swych domów ludzie gnieżdżą się w chatkach z dykty, na uniwersytetach rozprawia się o prawie, które z dłużników robi współczesnych niewolników, ale nie widać nikogo, kto chciałby je zmienić. Gdy w listopadowy dzień Marek wpada przypadkiem na ubranego w kominiarkę kolegę, który w Święto Niepodległości przyszedł podpalić warszawski skłot, widać na twarzach jednego i drugiego lęk i zdziwienie. One też urosły w tej pustce, której nikt nie potrafił zagospodarować.

„Pewnego razu w listopadzie” Andrzeja Jakimowskiego

Nie jest to jednak opowieść o dwóch kolegach z podwórka, tylko o Marku – bezdomnym studencie prawa, tułającym się po Warszawie wraz z mamą i czarno-białym kundelkiem, który w pewnym momencie znika mu z horyzontu. Marek rusza na poszukiwania, w międzyczasie chodzi na uniwersytet, spotyka się z dziewczyną, urządza gniazdko, w którym mogliby się wieczorem spotkać, wykupuje mamie recepty, szuka jej miejsca do spania. On sam ma gdzie mieszkać – rodzice jego dziewczyny wydzielili mu miejsce we własnym garażu, próbuje więc „Pewnego razu w listopadzie” Andrzeja Jakimowskiego„Pewnego razu w listopadzie” Andrzeja Jakimowskiego. Polska 2017, w kinach od 3 listopada 2017usnąć w nim, obserwowany przez dwa koty właścicieli, którym widocznie też nie wolno chodzić po pokojach. Chłopak jest kolejną z galerii postaci, które w swoim kinie portretuje Jakimowski. Nie ma w nich złych emocji, nigdy się nie skarżą i nie posługują się ironią w opisie ludzi i świata. Są delikatni, wydają się niedzisiejsi. Marek na przykład do swojej matki cały czas zwraca się „mamusiu”. Charakter ma po niej.

W kinie takich postaci – jasnych i równocześnie wiarygodnych – nie spotyka się dzisiaj za często. Jeśli już, to funkcjonują one najczęściej w przestrzeni bardziej lub mniej umownej, jak to ma miejsce np. u Kaurismäkiego czy Jarmuscha. Jakimowski tymczasem wpuszcza swoich bohaterów w sytuację jak najbardziej rzeczywistą. Splata ich losy z atakiem na Skłot Przychodnia z 11 listopada 2013 roku – w tym geście, robiącym potężne wrażenie, nie ma nic z gazetowej publicystyki. Rzeczywistość wdziera się w fikcję, jedna się w drugiej ogląda. Czerwone race i budzące strach emocje wygenerowane przez tłum pojawiają się w świecie młodego chłopaka, który po prostu szuka nowego domu.

I nagle staje się coś dziwnego – gdy Marek wbiega w tłum demonstrantów, w którym wypatrzył swojego psa, narodowcy z flagami się rozmywają, ich misja uwolnienia Polski od zdrajców, komunistów i dziwaków staje się niczym w porównaniu z misją Marka, który idzie na pomoc swojemu psu. A wszystko to w filmie faceta, którego kiedyś kiedyś chciano wpychać do szuflady „kina dla dzieci”. A on, jako jeden z niewielu, robi kino polityczne. I pokazuje, że w byciu dobrym Polakiem chodzi w zasadzie o coś całkiem innego.