„Restless”, reż. Gus Van Sant

Jakub Socha

Van Sant – niestrudzony towarzysz młodych, wnikliwy obserwator ich trosk, przybrał w swoim ostatnim filmie pozę nauczyciela. Złego nauczyciela, który udaje, że wie. Dlatego ciężko jest mu zaufać

Jeszcze 1 minuta czytania


Annabel Cotton (Mia Wasikowska), dziewczyna z pieprzykiem na twarzy, po lewej stronie, tuż nad górną wargą. Enoch Brae (Henry Hopper), chłopiec bez znaków szczególnych, jedynie z lekką rozwianą grzywką nad czołem. Ona choruje na raka, czeka na śmierć, która zjawić się ma, według prognoz lekarzy, za trzy miesiące. On nie chodzi do szkoły, od szkoły woli pogrzeby, jego rodzice zginęli niedawno w wypadku samochodowym. Dystrybutor pisze o nich, że są inni od reszty. Szkoda tylko, że tego typu ładnie ubranych innych są obecnie w kinie całe zastępy.

Spotykają się podczas jednej z ceremonii – ona żegna znajomego, on udaje, że też go zna. Miłość wybucha, ale chyba bardziej z jej inicjatywy – Annabel to chodzące dobro. Świat chciałaby objąć w ramiona i uściskać. Chemię przyjmuje wręcz z radością, śmierci patrzy w oczy ze spokojem godnym buddyjskiego mnicha, często się uśmiecha, taka dziewczyna. Jej idolem jest Karol Darwin, choć wydaje się, że nad jej łóżkiem powinien raczej wisieć plakat Paola Coelha. Młodzi schodzą się ze sobą trochę na przekór Enochowi, chłopak jest pełen gniewu i jedną nogą żyje w fikcji, gdzie spędza godziny w towarzystwie wymyślonego przyjaciela o imieniu Hiroshi (Ryo Kase), zaskakująco romantycznego, jak na japońskiego kamikaze, który zabił się podczas II wojny. Prawdziwy cyrk na kółkach. Van Sant bawi się w najlepsze.

„Restless”
to pop-egzystencjalizm dla hipsterów; film wykalkulowany i w jakimś stopniu cyniczny. Van Sant zamienia w nim grozę śmierci, widmo utraty, w kolejny produkt. Czaruje i przekonuje, że prawdziwa miłość i młodzieńcza wyobraźnia mogą góry przenosić – że dzięki nim można bezpiecznie zejść ze szczytów rozpaczy. Młodzi kąpią się w „Restless” w pysznych promieniach słońca, chodzą w ubraniach jakby nie z tej epoki i fantazjują: obrysowują swoje ciała kredą na ziemi, odwiedzają kostnicę, bawią się w hallowen, rozmawiają ze zmarłymi. Piękne to bycie ku śmierci, naprawdę nie ma się czego bać. Nie ma?

„Restless” jest idealnym przykładem, jak amerykańskie kino niezależne upodabnia się do hollywoodzkiego mainstreemu. W kinie niezależnym też – tak jak w filmach, od których tak bardzo chce się odróżniać – króluje ładność. Są oczywiście lekkie przesunięcia, począwszy od kostiumów, kończąc na doborze piosenek, ale stoi za tym ta sama strategia usypiania: puste kalorie. Najnowszy film autora „Słonia”, żeby zminimalizować pracę odbiorcy, składa się z elementów doskonale przyswajalnych, tzw. pustaków – dyskursywnych i estetycznych gotowych bloków, kalek i klisz, scen, jakby wyjętych z wideo-biblioteki. Gdy już się je połknie, za spokojem można usiąść do biurka i napisać wypracowanie o dziwnym tańcu Erosa z Tanatosem.

„Restless”, reż. Gus Van Sant.
USA 2011, w kinach od 25 listopada
Gdzieś w końcowej partii filmu poza kadrem gra piosenka, w której jak mantra wybrzmiewają słowa: „to nie twoja wina”. Te same słowa już kiedyś pojawiały się u Van Santa. Wypowiadał je psychoterapeuta młodego Matta Damona w kluczowej scenie „Buntownika z wyboru”. Wtedy tkwiła w nich moc – zaklęcie wypowiadane z pasją; nie było w nich tej irytującej pewności, ale raczej wątpliwość, niepewność, czy tego typu przekazy mogą w ogóle przynieść ulgę. Co więcej, były one elementem terapii, pocieszeniem wypowiadanym przez kogoś, kto wie, czym jest gorycz, kto stara się pomóc pacjentowi zrozumieć siebie, zobaczyć w sobie złe, a nie całą winę zrzucać na świat. Dziś został już tylko pusty refren.

Między frazą, która dopada bohaterów z chmur, a frazą, która pada w dialogu, jest znacząca różnica. Van Sant, niestrudzony towarzysz młodych, wnikliwy obserwator ich trosk, przybrał w swoim ostatnim filmie pozę nauczyciela. Złego nauczyciela, który udaje, że wie. Dlatego tak ciężko jest mu zaufać.