Festiwal w Gdyni:  Na czworakach

6 minut czytania

/ Film

Festiwal w Gdyni:
Na czworakach

Jakub Socha

O ilu polskich filmach można powiedzieć, że nie są makietami? W ilu z nich jest wizja? Gdynia przynosi na razie druzgocącą odpowiedź – w niewielu

Jeszcze 2 minuty czytania

Zanim dotarłem do Gdyni, w ramach przygotowań poszedłem do teatru. Najpierw do TR Warszawa, a potem do Teatru Popularnego. W tym pierwszym Krzysztof Garbaczewski wystawiał „Roberta Robura”, spektakl oparty na ostatniej powieści Mirosława Nahacza. Poszedłem, bo kolega mnie uspokoił, mówiąc, że będę się czuł jak w kinie. I miał rację – praktycznie cały ten teatr szedł na ekranie, schowanym w oku uszytym z kołdry. Tylko co jakiś czas aktorzy wybiegali zza tego oka na scenę, ale potem szybko wracali z powrotem – do postapokaliptycznego berka, w którego gra się w świecie czekającym na kolejną katastrofę. Postaci – zakutane w torby z Ikei, połamane klawiatury, czapki czołgistów, bombki, kombinezony moro – biegają jak opętane po korytarzach jakiegoś mieszkania, przypominającego serwerownię, w którą trafił granat, albo lokalną elektrociepłownię, gdzie żyje król szczurów i legion bezdomnych. Przepaliło im przewody, zwariowały ich synapsy. Co im zostało? Może z dwa kwadranse, które starają się wykorzystać jak najlepiej, czyli poganiać się na całego i postrzelać do siebie z plastikowych karabinów. Wszystko to filmuje na żywo kamera. Ekwilibrystyka zespołu realizatorów, którzy ścigają to, co miga im przed oczami (i uszami), jest imponująca. A energia tego spektaklu, opowiadającego o biednej głowie, która połknęła za dużo obrazów (choć pewnie też innych rzeczy, chociażby w proszku) i teraz nie potrafi w żaden sposób scalić świata, zafiksowanej na tym, że „wszystko dzieje się równocześnie” (w internecie ta fraza wyskakuje zarówno na forach, gdzie rozprawia się o teorii hologramu, jak i na tych, gdzie rozmyśla się o Bogu) – ta energia jest naprawdę wariacka i zniewalająca.

Roburowi wydaje się, że ktoś na niego czyha, że chcą go zmusić, żeby napisał ostatni odcinek serialu, który już na dobre przeanieli telewidzów. I tutaj płynnie przechodzimy do drugiego teatru – Teatru Popularnego, bo to w nim rozgrywa się akcja serialu „Artyści” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Wspominam o tym nie bez kozery – dwa odcinki serialu zostaną zaprezentowane na specjalnym pokazie w Gdyni. Telewizja rzeczywiście ma się czym chwalić, od czasu „Gliny” nie było w żadnym polskim serialu tyle kina. Jest tak dobrze, że rzeczywistość ostatnio sama zaczęła się układać pod serial – da się tu znaleźć zarówno odniesienia do afery o wrocławski teatr, jak i afery o warszawskie grunty. Wszystko zaczyna się od śmierci starego dyrektora warszawskiego teatru. Potem przychodzi na jego miejsce młody reżyser z tzw. z prowincji. Facet ma dużo zapału i pomysłów, ogólnie chce dobrze, ale zwyczajnie nie może. Strzępka i Demirski pokazują, że robienie kultury w tym kraju to równocześnie orka i kopanie się z koniem. Chodzenie na udry z urzędnikami, dzielenie się psychotropami z księgową w depresji, głaskanie po głowie chimerycznych artystów i, jakby tego było mało, delikatne obchodzenie się z duchami. Ten teatr nie jest makietą, ale światem. Napędza go jakaś niedająca się łatwo zracjonalizować siła. I może dlatego chce się do niego wejść na dłużej.

O ilu polskich filmach można powiedzieć, że nie są makietami? W ilu jest wizja, jak w „Robercie Roburze”? Gdynia na razie przynosi odpowiedź druzgocącą – w niewielu. Filmowcy uczą się dopiero chodzić na czworakach. Weźmy takie „Sługi Boże”, kryminał Mariusza Gawrysia, który od piątku można oglądać w polskich kinach. Film zaczyna się sceną, w której kobieta wchodzi na kościelną wieżę i po chwili skacze z niej na główkę. Denatka jest Niemką, więc polski policjant dostaje do pomocy w śledztwie koleżankę zza Odry. Rodzimy pies jest w rozsypce, ciągle nie może pozbierać się po śmierci żony i córki. Działa na krawędzi, żadna kobieta nie potrafi mu się oprzeć. Wrocław, w którym rozgrywa się akcja, wygląda naprawdę ładnie, jak z folderu. Są pościgi, mroczny kierownik chóru, dawni agenci Stasi, kolejne zbrodnie, ponętna pani psycholog, proboszcz i patolog. Jest nawet intryga zahaczająca o grunty kościelne i lustrację. Bartłomiej Topa i Julia Kijowska dobrze wypadają jako para policjantów na tropie. Jest wszystko – tylko prawdziwego filmu nie ma. „Sługi Boże” przypominają raczej pracę na zaliczenie z gatunku niż rasowy kryminał, ogląda się je bez bólu, ale z rosnącym dystansem. Raczej z uśmiechem na ustach, zjawiającym się szczególnie wtedy, kiedy postaci próbują mówić Chandlerem. I raczej z uczuciem ulgi, że nikt tu się specjalnie nie wywrócił i nie potłukł.

Jeszcze gorzej ma się sprawa ze „Szczęściem świata” Michała Rosy, opowieścią o mieszkańcach kamienicy na Śląsku, rozgrywającą się latem 1939 roku. Rosa też próbuje w swoim filmie dużo upchać. Mamy więc piękną Żydówkę, na punkcie której wszyscy tracą głowę. Wariatkę, która potrafi oparzyć rękami i zna przyszłość. Jej siostrę, która boi się zarazków, męża siostry, który sprzedaje gumę do żucia i kocha Hitlera, oraz ich syna, który nie wiadomo skąd zna jidysz. A także wdowca, który zbudował specjalną machinę tylko po to, by zakwitły mu w mieszkaniu opuncje, i wreszcie ojca rodziny, który po nocach rozwiązuje zadania matematyczne. Trochę magii, trochę seksu. Trochę „Weisera Dawidka”, trochę „Amarcordu”. Dwie katastrofy, kilka tajemnic. I wiszące nad światem widmo końca starego porządku. Dawno tak wiele nie znaczyło tak mało. Rosa rozkręca kilka wątków, ale brakuje mu wyobraźni, żeby którykolwiek z nich porządnie rozwinąć. Jak zastraszony uczniak nie podejmuje żadnego ryzyka, na nic nie może się zdecydować. Kolejne sceny, dziwnie pensjonarskie i poczciwe, aż proszą się o odrobinę szaleństwa i rubaszności. O więcej życia.