„Made in Poland”, reż. Przemysław Wojcieszek

Jakub Socha

Obserwujemy kolejne scenki z przygodami Bogusia, nakręcone na czarno-białej taśmie, w estetyce oczywiście undergroundowej. Miało być głośno, wściekle, obrazoburczo i z przytupem – jest, niestety, tylko żałośnie

Jeszcze 1 minuta czytania

„Made in Poland”,
reż. Przemysław Wojcieszek.
Polska 2010. W kinach od 25 marca 2011
Buguś wytatuował sobie na czole „Fuck Off”, teraz chodzi po mieście i rozwala samochody – na złość całemu światu. W przerwach szuka sojuszników, ale wszyscy na jego widok pukają się w czoło, mówią mu całkiem rozsądnie, by lepiej poszukał pracy. Buguś jednak nie chce słuchać, nawet wtedy, gdy jego były nauczyciel recytuje mu wiersze Mandelsztama. Ma za swoje – na celownik biorą go lokalni gangsterzy, którym zniszczył auto. Chłopak dostaje dobę, by zdobyć dwadzieścia tysięcy na pokrycie zniszczeń, ale nic sobie nie robi z groźby. Zamiast szukać pieniędzy, droczy się z inwalidą na wózku i podrywa dziewczynę z masarni. Takie atrakcje. Obserwujemy kolejne scenki z przygodami Bogusia, nakręcone na czarno-białej taśmie, w estetyce oczywiście undergroundowej, poprzedzielane animacjami Krzysztofa Ostrowskiego, takimi w kolorze rewolucji. Miało być głośno, wściekle, obrazoburczo i z przytupem – jest, niestety, tylko żałośnie.

Nie chodzi o to, że Bogusia nosi mało spektakularnie, tylko – dlaczego? Naczytał się Bakunina, należał do sekty, uczęszczał na wykłady starego rewolucjonisty? A może bóg go wyznaczył? Nie wiadomo. Z filmu dowiadujemy się tylko, że Boguś w boga raczej nie wierzy. Poza tym to dobry chłopiec, tylko z bloku, w przeszłości ministrant, uczeń szkoły zawodowej, syn kobiety, która świata nie widzi poza Krzysztofem Krawczykiem. Wyobraźnie ukształtowała mu telewizja, „pedałów” nie lubi, tak samo zresztą jak amerykańskiej muzyki. Nosi się jak skinhead, ale chyba nie jest faszystą; zachowuje się jak przygłup, a mimo to potrafi zrobić rym do słowa „miłość”. Nie umie rozmawiać z dziewczynami, chyba w ogóle jeszcze z żadną nie był, zakochuje się jednak od ręki. Skąd się wziął taki cudak? Jesteśmy w Polsce czy już może na Marsie? Kto lub co pchnęło go w ramiona zniszczenia? Wojcieszek milczy, nie daje odpowiedzi. To, oczywiście, wygodna strategia, ale trudno oprzeć na niej krytyczną analizę zwyrodniałego systemu. Jeszcze trudniej oprzeć na niej manifest – jak w ogóle mówić o zmianach, kiedy nie wiadomo w ogóle, co jest nie tak?

Niby konstrukcja filmu przypomina koło, co by świadczyło, że stoi za nią świadomość melancholijna – autor, który czuje, że w dzisiejszym świecie rewolucja nie może się udać, nie ma szans na zmiany, jednak atmosfera, w jakiej całość jest skąpana, świadczy o czymś zgoła przeciwnym. Żadnych wątpliwości, żadnego zwątpienia, rozpaczy, tego „nic, które boli”. Wojcieszka cechuje zadziwiająca pewność. Widać, że wszystko wie, wszystko przejrzał, co pozwoliło mu wszystko dokładnie poukładać. Kościół jest taki, a ludzie w blokach są tacy. Hamburgery są niesmaczne, pieniądze brudne, supermarkety nieuczciwe, a sobotnie grillowanie po prostu złe. Brakuje tylko żartów o moherach, ciemnogrodzie i księdzu Rydzyku. Mimo wszystko zazdroszczę wnikliwości, tylko nie rozumiem, co jest złego w grillowaniu? W ogóle nie rozumiem, o co tak naprawdę Wojcieszkowi chodzi? Że ludzie za dużo telewizji oglądają? Że wiara Polaków jest powierzchowna? Że patriotyzm tylko na pokaz? Że szum medialny miesza ludziom w głowach? Że trzeba skończyć z postpolityką, neoliberalizmem, imperializmem? To są gazetowe tematy, gazetowe strachy i gazetowe mądrości. Diagnozy powierzchowne, lament trochę śmieszny.

Oglądając „Made in Poland” zastanawiałem się, jakby wyglądałby ten film, gdyby główny bohater miał na czole wytatuowany inny wyraz, na przykład „żuczka” albo „sarenkę”. Może zwierzątkom udałoby się przekuć ten pretensjonalny balon, teatrzyk kukiełkowy, który udaje punk rocka.

Patrząc na kotłowaninę tych wszystkich postaci, niby odjechanych, a przecież tak mało oryginalnych: chłopca z fuckiem na czole, dziewczyny z masarni, księdza, który nawrócił się w Rwandzie, gangstera nawijającego bez przerwy o Krawczyku – widać tylko papier: papierowy gniew, papierowe emocje. Wojcieszek nie ma nic ciekawego do powiedzenia o ich świecie, wkłada natomiast Bogusiowi w usta śmieszne antysystemowe frazy i myśli, że nikt się nie połapie, że to tak naprawdę tęsknoty samego reżysera. Jasne, „mamy butelki z benzyną”, a „punk’s not dead”. Czas jednak najwyższy, żeby dorosnąć albo chociaż trochę się skomplikować.