Jazda trójką

6 minut czytania

/ Film

Jazda trójką

Jakub Socha

„Zgoda” Macieja Sobieszczańskiego to film duszny i niewygodny – wciąga w okrutny świat i zakłóca obraz rzeczywistości obozowej

Jeszcze 2 minuty czytania

Wyobrażam sobie nawet to spotkanie: reżyser z operatorem radzą nad kształtem filmu, który za chwilę będą realizować. Na samym początku umawiają się, że interesuje ich kino artystyczne i że będą kręcić niestandardowo. Pierwsze, z czego rezygnują, to telewizyjna maniera, czyli kontrplany. Wpadają na pomysł, żeby oprzeć całość na długich ujęciach. A że ponoć pierwsza myśl jest najlepsza, nie kombinują już nic innego – owocem jest film zlepiony z majestatycznych jazd, które oprowadzają widza po przestrzeni, i ujęć kręconych z ręki, sygnalizujących oczywiście pewną nerwowość i dramat. Zdjęcia Valentyna Vasyanovycha w „Zgodzie” Macieja Sobieszczańskiego są pierwszej jakości, przypominają realizowane w szkołach etiudy, w których operatorzy starają się pochwalić swoim warsztatem. Ich manieryczność sprawia, że na filmowany świat patrzy się trochę jak przez szybę. To już druga szyba, pierwszą postawiła scenarzystka.

Nie wiem, czy polscy filmowcy są namiętnymi czytelnikami René Girarda, który próbował ująć relacje międzyludzkie w schemat trójkąta – jego wierzchołki wyznaczają: podmiot pożądania, przedmiot pożądania oraz rywal („podmiot pożąda przedmiotu, gdyż pożąda go rywal”). Tak czy owak, trójkąt pozostaje ulubioną figurą naszych filmowców, to na nim budują schematy narracyjne. Da się je opisać dużo prościej niż zrobił to Girard: dwaj byli przyjaciele z boiska, a między nimi, zawsze poniżej – ona. Ten model znalazł wzorowe zastosowanie w ostatnim, okropnym filmie Janusza Kidawy-Błońskiego, opowiadającym o dwóch piłkarzach i żonie jednego z piłkarzy, traktowanej trochę właśnie jak piłka. Nie każdy trzyma się go równie sztywno, dostępne są różne wariacje, film Macieja Sobieszczańskiego prezentuje właśnie jedną z nich.

Najpierw pojawia się cytat z Orwella, potem zdjęcie trójki młodych ludzi: dwaj chłopcy i dziewczyna; Niemiec i dwoje Polaków. Chwilę później jeden z chłopców, któremu na imię Franek, podjeżdża rowerem pod płot i zaczyna ryć pod nim podkop. Za zasiekami znajduje się świętochłowicki obóz pracy dla Polaków, Ślązaków i Niemców. Więźniowie są przetrzymywani w tych samych barakach, którymi jeszcze niedawno zarządzali hitlerowcy. Jest rok 1945. Wojna dobiega końca – nastał czas zemsty. Franek zrobił podkop, żeby uzmysłowić zarządcom, że muszą uszczelnić ogrodzenie. Chce wkupić się w ich łaski – dostać pracę taką jak oni. Kieruje nim jednak nie zemsta, tylko miłość – w obozie znajduje się Anna. Franek wymyślił sobie, że gdy dadzą mu mundur, łatwiej mu będzie ją wydostać. Misja się komplikuje, gdy okazuje się, że wśród więźniów znajduje się również Erwin – Niemiec, który także kocha się w Annie. I na dodatek: zdaje się, że przez wspólnotę doświadczeń – na przekór Wandzie – Anna woli Niemca.

Gdy Franek – odprowadzany przez oko kamery – wraca z pracy do domu, gdzie oczekuje go zbolała matka, wygląda jak samotny astronauta – wszystko zamarło, dźwięki ucichły, ludzie się gdzieś pochowali. Jeszcze to niebo w kolorze atramentu i te górnicze hałdy, które przypominają wygasłe kratery. Powojenna Polska nocą wygląda w „Zgodzie” jak księżyc; jak obca planeta, do której nie mamy dostępu. Sobieszczański rozpina między obozem a domem Franka linę i bezustannie wzdłuż niej chodzi. W tę i z powrotem. Ten rytm pogłębia absurdalność jego misji, ale równocześnie sprawia, że nie ma szans, żeby rozejrzeć się po bokach – zobaczyć, jak wyglądała Polska chwilę po wojnie, zorientować się w nastrojach rodaków. Nie ma w filmie nic o tych, którzy decydowali o rodzajach zemsty i manipulowali tłumem, ani o tym, że podobnych obozów jak ten w Świętochłowicach między 1945 a 1950 rokiem istniało w Polsce ponad dwieście. Jest tylko miłość i ten konkretny obóz – nie wiemy, skąd się wzięło ani jedno, ani drugie. Za całą wiedzę muszą wystarczyć emocje i afekty.

„Zgoda”, reż. Macieja Sobieszczański„Zgoda”, reż. Maciej Sobieszczański. Polska 2017, w kinach od 13 października 2017 Sobieszczański umie się jednak w tym trójkowym układzie porozpychać. I choć zbyt często konstruuje sceny jakby dla czystego efektu, właściwie za każdym razem udaje mu się je poprowadzić bez wywrotki – pomaga mu w tym bezsprzecznie troje młodych aktorów w rolach głównych: Zofia Wichłacz (Anna), Jakub Gierszał (Erwin) i szczególnie Juliusz Świeżewski (Franek). Oczywiście najwięcej do powiedzenia ma tu Franek, jest jedynym, który może stosunkowo swobodnie o sobie decydować, jednak za cenę wejścia w rolę kata. Sobieszczański nie boi się ostrych scen, umie sugestywnie pokazać bezmyślną agresję, która wybucha nagle – rodzi się z całkowitej ciszy; działa to mocniej niż ostre jatki u Smarzowskiego. „Zgoda”, mimo dwóch szyb, to film duszny i nieprzyjemny – wciąga w okrutny świat i zakłóca obraz rzeczywistości obozowej, przedstawia coś, czego do tej pory w polskim kinie nie było. W roli katów oto widzimy tych, którzy przywykliśmy traktować jako ofiary; ofiary zaś to ci, którzy jeszcze niedawno stali po drugiej stronie.

W strukturę opowieści autorzy jednak wmontowali bezpieczniki, żeby nikt nie posądził ich o zbyt wiele. Źli Polacy to oczywiście komuniści, najczęściej żydowskiego pochodzenia, nierzadko chłopi – najgorsi Niemcy to ci, którzy służyli w SS. Sobieszczański nie zapuszcza się w niebezpieczne dywagacje o tym, kto najmocniej bił, komu bardziej było wolno, komu mocniej trzeba było odpłacić, a komu mniej. Podważa jednak jedną zasadę – że tylko niektórzy są zdolni do pewnego rodzaju zła. Franek i inni Polacy w roli katów radzą sobie brawurowo.

Sam tytuł trzeba traktować ironicznie i jest to gorzka ironia. „Zgoda” – taką nazwę nosił obóz w Świętochłowicach. Jedyna zgoda, która jest w opowiadanej przez Sobieszczańskiego historii możliwa, to ta, która wyrasta na trupie kobiety. Nie wiem, czy więcej to mówi o samym filmie, czy o Polsce.