Jak nie widać, jak widać
„Homo Father”, reż. Piotr Matwiejczym

Jak nie widać, jak widać

Jakub Socha

„Maskarady męskości” to najważniejsza książka o polskim kinie, jaką przyszło mi ostatnio czytać, w której autor brawurowo przepisuje jego historię i pokazuje, że to, czego niby nie ma, jak najbardziej jest

Jeszcze 2 minuty czytania

Na przestrzeni ostatnich lat pojawiło się w polskim kinie kilka filmów, których bohaterami, i to nie takimi z trzeciego planu, ledwo wystającymi zza scenografii, byli geje. Jednak ich autorzy raczej nie mówili: „Tak, zrobiłem film gejowski”, podobna deklaracja jakoś nie mogła im przejść przez usta, co więcej, im częściej ktoś zwracał uwagę reżyserom na to, że może coś jest na rzeczy, tym mocniej oni powtarzali – „moja opowieść jest uniwersalna”. Ta gimnastyka nie jest w Polsce niczym nowym, o czym dobitnie przekonuje Sebastian Jagielski w swojej świetnie udokumentowanej książce „Maskarady męskości. Pragnienie homospołeczne w polskim kinie fabularnym”. Kiedyś jednak reżyserów nikt o kino gejowskie nie pytał, co najwyżej krytycy pisali w swoich recenzjach, że taki a taki film wcale nie traktuje o gejach, nie ma w nim wątków gejowskich, bo przecież geje to subkultura, a tutaj mamy do czynienia z czymś uniwersalnym. Uniwersalne kino znad Wisły to takie, w którym jest chyba tylko jeden reżyser, który otwarcie opowiadał w wywiadzie, że jego „Homo Father” jest filmem o gejach. Reżyser nazywa się Piotr Matwiejczym, jest twórcą offowym i, jak sam przyznaje, w czasie, gdy realizował swój projekt, nie znał żadnych gejów, co nie przeszkodziło mu w nakręceniu kto wie czy nie najbardziej afirmatywnej opowieści o homoseksualnym związku. Jego „Homo Father” nigdy nie było w kinach, telewizja publiczna też się go swego czasu przestraszyła i zrezygnowała z emisji.

„Maskarady męskości” weszły do księgarń po cichu, w mediach też chyba nikt o nich nie pisał, nie dopatrywałbym się jednak w tym jakiegoś spisku, prac filmoznawczych po prostu się u nas nie czyta. A jest to najważniejsza książka o polskim kinie, jaką przyszło mi ostatnio czytać, w której autor brawurowo przepisuje jego historię i pokazuje, że to, czego niby nie ma, jak najbardziej jest. Jagielski nie ogranicza się jednak do rejestru gejów. Krakowski naukowiec z impetem bierze się za polskie kino w całości, podążając za myślą Marii Janion, która w „Niesamowitej Słowiańszczyźnie” zwracała uwagę, że polska kultura „jest kulturą wybitnie męską. W jej obrazie na plan pierwszy wysuwają się związki homospołeczne”. Słusznie, w końcu jest to kino robione praktycznie wyłącznie przez mężczyzn i opowiadające praktycznie wyłącznie o mężczyznach. Jagielski pisze w „Maskaradach męskości” o tym, jak konstruuje się męskość, opowiada o jej różnych filmowych wariantach. Bada rytuały, kamuflaże, sposoby uwodzenia, języki, kompleksy i lęki, analizuje, jak system homospołeczny zajmuje się cementowaniem więzi między mężczyznami, co możliwe jest „za sprawą wykluczenia homoseksualistów i sprowadzenia kobiet do roli towaru”, opisuje wreszcie te miejsca, w których granica między „homospołecznym” a „homoseksualnym” zwyczajnie się zaciera.

Motorem napędowym tej pracy jest teza, którą autor formułuje w ten sposób: „Męskie zainteresowanie innymi mężczyznami obejmuje przyjemność lustrzanego odbicia, identyfikacji, nauki (bycia mężczyzną), towarzystwa, tęsknoty, miłości i – co istotne – wszystkich tych związków nie sposób oddzielić od cementującego je pożądania”. W kolejnych rozdziałach, które składają się na korpus książki, Jagielski pisze o kinie międzywojnia, adaptacjach Iwaszkiewicza, filmach Wajdy i Zanussiego, wreszcie o najnowszych produkcjach. Przygląda się komediom „transwestycznym” z lat 30., analizuje różnicę między przebranym Adolfem Dymszą a przebranym Egeniuszem Bodo i podobieństwa między przebranym Egeniuszem Bodo a nieprzebraną Mae West, gejowską ikoną, zajmuje się fantazyjną biografią Michała Waszyńkiego, ubogiego Żyda, filmowca, homoseksualisty, który skończył jako hiszpański książę. Kreśli ewolucję kina Krzysztofa Zanussiego, który w latach 70. postulował, by polskie kino otwarło się na kwestię seksu, a później zmuszał swoich bohaterów, by kąpali się w majtkach. Demistyfikuje filmy Pasikowskiego i równocześnie precyzyjnie opisuje lęk jego bohaterów, jakby spętanych tym, że ktoś może posądzić ich o niemęskość (czytaj: gejostwo). Wreszcie zajmuje się strategią udomawiania geja w najnowszych komediach romantycznych.

Sebastian Jagielski, „Maskarady męskości.
Pragnienie homospołeczne w polskim
kinie fabularnym”. 
Universitas, 556 stron,
w księgarniach od stycznia 2014 
Książka ma pięćset stron, roi się w niej od przypisów, jednak nie trzeba przedzierać się przez nią z siekierą. Jagielski pisze przejrzyście, ciekawie i nie boi się odchodzić od kanonicznych odczytań. „Ziemię obiecaną” analizuje jako „kino kumpelskie”, a adaptacje Iwaszkiewicza sytuuje w kontekście „kina dziedzictwa”. W „Maskaradach męskości” pojawiają się: filmowi ułani jako przedstawiciele homo glamour; gej jako figura desydenta; wywiedzione z Kristevy pojęcie „abiektu”, który „nie jest przedmiotem, ani podmiotem, jest – pomiotem”; girardowskie pragnienie „trójkątne”, które w polskim kinie jest najczęściej godowym tańcem dwóch mężczyzn i używanej przez nich instrumentalnie kobiety. Wszystkie te pomysły interpretacyjne i analogie wydają się trafione, ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że autor próbuje ukręcić coś jakby bicz z piasku. Jagielski trzyma się blisko filmu, jest dokładny, ma dobre argumenty i właśnie dlatego udaje mu się rzecz niezwykła – stworzenie alternatywnej historii polskiego filmu i udowodnienie, że jest ono mniej oczywiste niż się nam w większości wydaje, że motywy, które od zawsze były opisywane jako marginalne, tak naprawdę sytuują się w jego rdzeniu.

Swoją książkę kończy brawurową interpretacją „Dwóch ludzi z szafą”, w której zrywa z uniwersalizującym, alegorycznym odczytaniem krótkiej etiudy Polańskiego. „Szafa może zostać odczytana – pisze autor – jako symbol odmienności seksualnej. W tym ujęciu dostrzeglibyśmy w «Dwóch ludziach z szafą» konfrontację seksualnych wyrzutków z represyjną społecznością miasta. Bohaterowie znajdują oparcie tylko w swym uczuciu, opatrują nawzajem swoje rany, troszczą się o siebie, by w końcu – bici i wykluczani – powtórnie ukryć się w morskich otchłaniach. Inność może zostać zaakceptowana tylko wówczas, gdy zniknie z pola widzenia. Wyjście na powierzchnię, peregrynacja po mieście z odsłoniętą tajemnicą (szafą) rodzi opór i agresję. Warto dodać, że szafa ma wbudowane w środkowe drzwi lustro, które odbija homofobiczną, mroczną stronę rzeczywistości”. „Maskarady męskości” też można traktować jako coś na kształt lustra, w którym przegląda się nie tylko kino, ale i Polska.