Przytul mnie!

Przytul mnie!

Jakub Socha

„W imię…” jest filmem mocno wykalkulowanym. Dla każdego coś miłego: trochę poprawnej publicystyki, parę ładnych kadrów, jedna czy dwie metafory wizualne i kilka dokumentalnych ustawek

Jeszcze 1 minuta czytania

Polska – dziki kraj, dzikie pola. Wśród pól zniszczony cmentarz żydowski, który jest sceną. Mali chłopcy inscenizują na niej „Władcę much” – dręczą upośledzonego umysłowo kolegę, wyzywają go od ciot i od Żydów, każą mu jeść dzikie mrówki. Na innej scenie, w innej parafii młody ksiądz, który ma na imię Adam, próbuje naprawić zepsutych chłopaków z poprawczaka. Na kazaniach leci grubą metafizyką, mówi coś o małym punkcie w duszy człowieka, niepokalanym punkcie nicości, który należy tylko do Boga; po mszy zasuwa na budowie, nosząc kamienie, albo gra z wychowankami w piłkę nożną. Gdy wszyscy kładą się spać, wkłada dres i ze słuchawkami na uszach idzie biegać po lesie, gdzie zazwyczaj dopada go wzniosła muzyka. Nie dla epifanii jednak ksiądz biega, tylko żeby rozładować napięcie seksualne. Kiedy bieg nie pomaga, pozostaje ręka. Sporo w Adamie tego napięcia, a na dodatek większość parafian zachowuje się tak, jakby chciała mu ulżyć. Pracujący z nim Michał, jego żona Ewa, chłopiec o tlenionych włosach, który reprezentuje tak zwany urok wszeteczny, chłopiec o ciemnych kręconych lokach, małomówny i niewinny. 

Więzienie, w którym miota się Adam, ma podwójne kraty. Ksiądz jest uwięziony w swoim ciele i uwięziony w Polsce. Początkowo nic się nie dzieje; lawina rusza, gdy pojawia się nieszczęśliwa figura tlenionego młodzieńca, który swoim bezczelnym wzrokiem przewierca księdza na wskroś. Potem jest jeszcze scena, w której główny bohater „W imię…” przypadkowo nakrywa dwóch wychowanków, uprawiających seks na starej wersalce. Według Szumowskiej to wystarczy, by dorosły facet odszedł od zmysłów. Szaleństwo ma wymiar jak najbardziej lokalny: ksiądz idzie w ciąg, novum stanowi to, że upija się przy kawałku Band of Horses oraz to, że pijany zaczyna tańczyć z portretem Benedykta XVI. Tak wygląda rebel w polskim kinie. Na kacu Adam zaczyna szukać pomocy. I tu znowu Szumowska idzie na skróty, bo inaczej nie można nazwać scen, w których widzimy, że bramy kościoła są zamknięte dla potrzebującego i słyszymy, jak rodzona siostra mówi do księdza: „nie, nie jesteś gejem, jesteś tylko chory”.

Szumowska mocno rozwodziła się na pofilmowej konferencji w Berlinie nad tym, jak wiele rzeczy spośród tych, które znalazły się w filmie, zrodziło się bezpośrednio na planie. Rzeczywiście, można mieć takie wrażenie, że całość nie została do końca domyślana. Postaci są zbyt enigmatyczne, wątki niedociągnięte albo zwyczajnie niedopracowane – szczególnie ten opowiadający o więzi, która łączy księdza z milczącym brunetem. Nie ma w filmie ani jednego psychologicznego konkretu, który pozwalałaby wierzyć, że jest to miłość przenosząca góry. Są natomiast dwie poetyckie sceny, rozegrane w naturze: jedna w wodzie, druga – na polu kukurydzy. Poezja – jakby z filmów Sokurowa – jest w ogóle zaprawą, która ma łączyć tę rozchwianą budowlę.

„W imię…”, reż. Małgośka Szumowska.
Polska 2013, w kinach od 20 września 2013 
Mimo opowieści o twórczej wolności na planie, trudno nie zauważyć, że „W imię…” jest filmem mocno wykalkulowanym (filmem bardzo na czasie, ale jeszcze bardziej modnym). Dla każdego coś miłego: trochę poprawnej publicystyki, parę ładnych kadrów, raz skąpanych w słońcu, raz zamglonych, jedna czy dwie metafory wizualne, kilka dokumentalnych ustawek, w których Szumowska podpatruje kanciaste i dzikie twarze autochtonów. Dla jednych Mykietyn, dla drugich – Band of Horses. Szczególnie polecam piosenkę amerykańskiego zespołu wykorzystaną w kluczowych momentach filmu. Utwór nosi tytuł „The Funeral”, ale o czym się w nim śpiewa, naprawdę trudno powiedzieć. O czym opowiada tak naprawdę Szumowska – też trudno stwierdzić, i chyba o to chodziło.

Szumowska deklaruje zawzięcie, że jest artystką, a nie politykiem, że nie należy jej kolejnego projektu odbierać w kategorii wypowiedzi politycznej i ideologicznej, tylko wyłącznie artystycznej. Wszystko pięknie, tylko że w tego typu słowach jest całkiem sporo ideologii. Jaka to ideologia? Ano taka, której owocem jest film o geju, któremu nie będzie dana ani jedna okazja, by kogokolwiek pocałować. O geju, który libido ma jak wojskowy garnizon, ale tak naprawdę do działania popycha go wyłącznie chęć, by móc się do kogoś przytulić. Taki słodki pluszak.