Festiwal w Gdyni.
Po werdykcie

Jakub Socha

Najbardziej rozczarował werdykt. Nowe jury, tym razem składające się w dużej części z obcokrajowców, niechcący sprawiło, że znów więcej będzie się mówić o samych nagrodach, a mniej o zaproponowanych przez Chacińskiego zmianach. A zmiany są dobre

Jeszcze 5 minut czytania

Po werdykcie13.06.2011


Plotki chodziły już od piątku. O tym, kto wygra, mówili krytycy i reżyserzy. Sobota była dniem oczekiwania na nagrody. Najpierw jednak wjechały na scenę metalowe barierki, potem rozstawiono platformę widokową dla fotoreporterów i rozwinięto czerwony dywan, po którym kilka godzin później spacerował świat polskiego kina. Suknie i fraki, jak w Hollywood, niespecjalnie nawet mi to przeszkadza. Organizatorzy mogli tylko darować sobie zabawę w składanie podpisów na wielkiej butelce szampana, mam nadzieję, że w następnym roku sobie darują. Sama gala była krótka, skromna: białe tło, na którym wręczano i odbierano nagrody, na palcach jednej ręki liczone skecze, żadnych cudów w podziękowaniach, może poza jednym – Romą Gąsiorowską, wyraźnie w afekcie.

Najbardziej rozczarował werdykt. Nowe jury, tym razem składające się w dużej części z obcokrajowców, niechcący sprawiło, że znów więcej będzie się mówić o samych nagrodach, a mniej o zaproponowanych przez Chacińskiego zmianach. A zmiany są dobre, nic tylko chwalić. Wreszcie można było przestać być troskliwym, empatycznym akuszerem polskiego kina, który programowo uprawia niełatwy optymizm i desperacko szuka tego, co dobre. Wreszcie można było oglądać filmy, a że filmów było tylko 12, po 5 dniach nie miało się wrażenia zmęczenia i znużenia, i wszystko ze wszystkim nie zaczynało się człowiekowi zlewać. Wśród pokazywanych w Panoramie filmów („Bokser”, „Jeż Jerzy”, „Wygrany”, „Maraton tańca”, „Księstwo”) nie było ani jednego, który powinien być włączony do konkursu, a więc trzeba przyjąć, że wstępna selekcja też spełniła swoją rolę. W takim kształcie jak teraz, Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni jest wreszcie festiwalem, którego nie trzeba się wstydzić, a przy okazji ciągle pozostaje festiwalem narodowym, co chyba dla niektórych nadal jest sprawą kluczową.

Werdykt

WIELKA NAGRODA „ZŁOTE LWY” dla najlepszego filmu – „Essential Killing” w reżyserii Jerzego Skolimowskiego NAGRODA „SREBRNE LWY” dla filmu „Sala samobójców” w reżyserii Jana Komasy
NAGRODA SPECJALNA JURY dla filmu „Młyn i Krzyż” w reżyserii Lecha Majewskiego
NAGRODY INDYWIDUALNE:
– dla Jerzego Skolimowskiego za reżyserię filmu „Essential Killing”
– dla Janusza Margańskiego i Grega Zglinskiego za scenariusz filmu „Wymyk”
– za debiut lub drugi film ex aequo dla Bartosza Konopki za film „Lęk wysokości”
dla Grega Zglinskiego za film „Wymyk”
– dla Romy Gąsiorowskiej za główną rolę kobiecą w filmie „Ki”
– dla Marcina Dorocińskiego za główną rolę męską w filmie „Róża”
– dla Katarzyny Zawadzkiej za debiut aktorski w filmie „W imieniu diabła”
– dla Adama Sikory za zdjęcia do filmu „Essential Killing”
– dla Pawła Mykietyna za muzykę do filmu „Essential Killing”
– dla Katarzyny Sobańskiej i Marcela Sławińskiego za scenografię do filmu „Młyn i Krzyż”
– dla Gabrieli Muskała za drugoplanową rolę kobiecą w filmie „Wymyk”
– dla Mariana Dziędziela za drugoplanową rolę męską w filmie „Kret”
WYRÓŻNIENIE JURY za film Antoniego Krauzego „Czarny Czwartek” za wyjątkowy wkład w pielęgnowanie narodowej świadomości i za wyjątkowo osobistą nutę w kinie dotykającym wydarzeń historycznych.

Wiele można by mówić o pracy jury. Chodziły słuchy, że zagraniczni jurorzy nie potrafili odnaleźć się w świecie wykreowanym w „Róży” przez Smarzowskiego; zważywszy na to, ile nagród dostał „Daas” Adriana Panka (zero), trzeba założyć, że tego filmu też nie zrozumieli. Można na werdykt spojrzeć też od innej strony, trochę przez doświadczenia z jury Konkursu Polskiego na Erze Nowych Horyzontach, do którego Roman Gutek konsekwentnie zaprasza wyłącznie zagranicznych gości, którzy potem konsekwentnie wybierają do nagrody głównej prawie same gnioty. Te decyzje mówią nam coś więcej poza tym, że co nam się podoba, niekoniecznie musi podobać się na zewnątrz. Bo jak wymierzyć to, co podoba się na zewnątrz? Jak robić film pod statystycznego widza europejskiego? Czy w ogóle jest w tym jakiś sens?

Wierzę, że jurorom rzeczywiście najbardziej spośród filmów pokazywanych w konkursie podobało się „Essential killing”, a zaraz za nim „Sala samobójców” Jana Komasy, w wyborze ich widzę jednak źle rozumianą prowincjonalność, ten rys, od którego „nowa Gdynia” tak bardzo chce uciec. Film nagrodzony nie tak dawno przez samego Quentina Tarantino w Wenecji i film o nastolatkach i internecie. Zarówno jeden, jak i drugi formą maskujące swoją pustkę. Skolimowski wkomponowuje historię o arabskim więźniu przetrzymywanym w Polsce przez amerykański wywiad wojskowy w baśń o człowieku, którego polityczna przemoc redukuje do roli zaszczutego zwierzęcia. W „Essential killing” główny bohater praktycznie przez cały czas biega, w tym pędzie rzeczywiście można znaleźć wszystko to, co się chce. Natomiast w tych kilku symbolicznych scenach (Mohammad spotyka piękną samarytankę, która tak jak on nie mówi po polsku – nie mówi, bo jest niema; Mohammad siłą dobiera się do piersi polskiej wieśniaczki i wysysa z niej mleko; wreszcie Mohammad jedzie na białym koniu, brudzi go swoją krwią i w końcu umiera) widzę kicz, który boli, który byłby pewnie powodem niejednego żartu, gdyby tylko jego autorem nie był sam Skolimowski – człowiek-legenda, filmowiec po przejściach, z przeszłością, autor arcydzieł („Rysopis”).

W „Sali samobójców” już w pierwszej scenie widzimy głównego bohatera z „Hamletem” w dłoni, potem poznajemy środowisko, w którym żyje (bogata szkoła, zblazowani rówieśnicy, nieobecni, zaganiani i bogaci rodzice, pełna empatii gosposia z Białorusi i krwawiący przed ekranami monitorów Werterzy internetu), a następnie jego dramat – dramat chłopca, który został wzięty na języki i wyśmiany. Tyle że tak naprawdę nie ma w tym dramatu, Komasa wrzuca natomiast mnóstwo gadżetów, które mają nieść jego historie: wspomniany „Hamlet”, Second Life, Mishima, Plath. Reżyser próbuje nimi łatać dziury w scenariuszu i zasłaniać stereotypy. W pewnym momencie pojawia się scena, w której Dominik ze słuchawkami na uszach sunie przez szkolny korytarz. W tle leci smutna rockowa muzyka. Kolejni uczniowie odwracają twarz w kierunku Dominika, pokazują go sobie rękami. Ktoś, kto obejrzał w życiu przynajmniej kilka amerykańskich filmów o młodzieży, albo chociaż serial „Beverly Hills 90210”, widząc podobną scenę pewnie się uśmiechnie, a potem zada sobie pytanie: to tak na serio?

Dużo ciekawszym filmem był nagrodzony za scenariusz „Wymyk” Grega Zglińskiego – historia brata (świetny Robert Więckiewicz), który nie sprawdził się w sytuacji granicznej (co najmniej jak Jim ze znanej lektury) – stchórzył i teraz musi z tym żyć, podczas gdy jego brat leży w śpiączce w szpitalu, a bandyci, którzy go pobili, ciągle są na wolności. Ekspozycja, w której reżyserowi szybko udaje się zbudować konflikt między braćmi, i tło, na którym film się rozgrywa – podwarszawskie miasteczko, rzeczywistość zawieszona między centrum a peryferią – są bez zarzutu. Nie można tego samego niestety powiedzieć o zawiązaniu akcji, trochę jak z ostatnich scenariuszy Krzysztofa Piesiewicza, które żywą historię zamienia w układankę, redukującą życie do mechanicznych ruchów i tych kilku szalenie poważnych słów: winy, przebaczenia, ofiary.

Równolegle ze Zglińskim nagrodę za debiut dostał Bartosz Konopka za „Lęk wysokości”. Konopka podjął się trudnego tematu: postanowił nakręcić historię o chorobie umysłowej, co więcej, historię zaczerpniętą po części z własnego życia. Pomimo wybitnej roli Krzysztofa Stroińskiego, który wciela się w ojca, film pozostawia niedosyt. Konopka zbyt mocno stara się wpisać całość w humanistyczną opowieść. Szaleństwo nie jest tu stanem, wobec którego bylibyśmy bezradni, przestrzenią życia zamkniętą na świat. Staje się podrzędne wobec napisanej dość stereotypowo relacji ojca z synem, w której to syn najpierw dostrzega siebie w oczach ojca, a potem, mimo wszystko, bierze za niego całkowitą, bezwarunkową odpowiedzialność. Całe szczęście, odpowiedzialność ta na niewiele się zdaje. I ta bezradność jest paradoksalnie największym atutem „Lęku wysokości”.

Z nagrodą z Gdyni dość niespodziewanie wyjechała Roma Gąsiorowska – za „Ki” Leszka Dawida. Rola duża, ale film nieudany, choć rzeczywiście podejmujący temat jakby nie do końca polski. Oto młoda dziewczyna – bezrobotna matka, która dorabia na życie jako modelka w ASP – opuszcza dotychczasowego partnera i ląduje z dzieckiem w mieszkaniu swojej przyjaciółki. Mieszkanie udaje jej się po krótkim czasie zamienić w ruinę, z przyjaciółką traci kontakt, zyskuje natomiast przyjaciela w osobie niejakiego Miko, alpinisty z zasadami. Dawid pokazuje niegotowość swojej bohaterki, jej niezdecydowanie, rozbicie, niezborność, słomiany zapał, naiwność, niestety pokazuje też jej głupotę. Trudno jest patrzeć na kogoś tam bezbronnego jak Ki i jednocześnie obserwować, jak reżyser wbija jej co jakiś czas małe szpileczki, by w ostatniej scenie zostawić ją samą jak palec, samotną jak kot w mieszkaniu czekający na swojego pana. „Widzisz, co zrobiłaś ze swoim życiem” – zdaje się dobiegać głos zza kadru, gdy bohaterka tępo gapi się na trzymanego w ręce papierosa. Tania nauczka.

Najgorsze jest oczywiście w całym tym finalnym rozdaniu to, że praktycznie żadnych nagród nie zdobyły dwa najlepsze filmy festiwalu: „Róża” Wojtka Smarzowskiego i „Daas” Adriana Panka. Smarzowski znowu przyjechał do Gdyni z mocnym filmem. Historię byłego żołnierza AK, który próbuje odnaleźć się w nowej Polsce, Polsce bandyckiej, ksenofobicznej, sparaliżowanej przez terror, Smarzowski opowiedział rewelacyjnie. „Róża” jest przykładem kina, w którym każdy z elementów (muzyka Trzaski, zdjęcia Sobocińskiego Jr., montaż Laskowskiego) pracuje bez zarzutów, podejmującego tematy, które niespecjalnie mieszczą się w polskiej polityce historycznej. Niedługo pewnie film trafi na ekrany, wtedy przyjdzie się nim dłużej i szerzej zająć. Już teraz wiadomo jednak, że narodził się w polskim kinie prawdziwy autor, twórca, który w ciągu kilku lat i zaledwie trzech filmów zdołał zbudować w kinie swój własny świat. Opowiada się tu o Polsce w inny sposób: daleki od uproszczeń, niewygodny, rzetelny. W „Róży”, tak jak w „Domu złym”, znów idzie w ruch siekiera, leje się krew, szaleje banda gwałcicieli, w piwnicach katują bohaterów. Smarzowskiego fascynuje przemoc, przez taki pryzmat kraj nad Wisłą mało kto chyba ogląda.

Wreszcie „Daas” Adriana Panka – największe zaskoczenie i, jak dla mnie, najlepszy film festiwalu. To właśnie temu filmowi powinny przypaść Złote Lwy. Po pierwsze dlatego, że mu się należały. Po drugie dlatego, że może by mu pomogły. A tak nie wiadomo, czy w ogóle wejdzie do dystrybucji. Oby. W „Daas” wszystko w zasadzie jest intrygujące: osoba XVIII-wiecznego fałszywego żydowskiego mesjasza Jakuba Franka; zderzenie trzech porządków: religii z polityką oraz techniką; umysłu mistyka, racjonalisty i cynika; kreacja przeszłości; dramaturgia, w której dochodzi do mieszania struktur czasowych, odważnego wykorzystywania elips i niedopowiedzeń. Niektórzy narzekali na film Panka, skarżąc się, że w zasadzie nie wiadomo, o co w nim chodzi. Ale czy to właśnie nie jest jego największa zaleta? W polskich filmach często od początku wiadomo, o co chodzi, a skoro tak, to po co je oglądać? Żeby przypomnieć sobie, jak ważna jest rodzina, jak straszna samotność i jak nieraz trudna do zaakceptowania przeszłość? W „Daas” próba demaskacji Franka, której podejmują się równocześnie carski urzędnik i były uczeń, kończy się kompromitacją. Na scenę wkracza cesarz, który zaczyna śmiać się w twarz mistykom, alchemikom i tym, którzy chcą zgodnie z etosem służyć państwu. Przeklęte pytania zostają sparodiowane, pogoń za czymś, co ma zmienić świat staje się nieważna, uczciwość – niemożliwa. Panek w swoim filmie w gruncie rzeczy opowiada o porażce wszystkich projektów, w które wierzył nowoczesny świat, i nastaniu ery cynicznego rozumu i jego wszystkich mutacji, które zaczynają się od przedrostka „post” (i nie chodzi mi bynajmniej o „postmodernizm”) i zawierają się w słowie: „post”.

Kto jest kim10.06.2011

Pogoda się popsuła, przyjechały gwiazdy, festiwal się kończy. W kinie tłumy, na filmy trudno się dostać, przed kinem kilku panów zbierających na wino i chmara fotoreporterów. Stoją grupkami, piją kawę ze styropianowych kubeczków, z leniwego nastroju wyrywa ich od czasu do czasu jakaś znana twarz. Chłopcy z aparatami mówią o nich po swojemu. Znajomy opowiada anegdotę. Pali papierosa przed budynkiem, obok rzeczeni chłopcy. Nagle wychodzi jakaś grupka aktorów. Pada fraza: „Mordy przyszły”. Potem jest bieg i krzyki: „Tu się patrz”. „W lewo”. W prawo”. Jeden z fotografów jednak nie strzela zdjęć, stoi obok znajomego i rzuca mu jeden tekst, który wszystko wyjaśnia: „Z Cannes dopiero wróciłem”.

Rzeczywiście, Gdynia to nie Cannes. Bankiety niby zamknięte, ale w sumie łatwo wejść na zamkniętą imprezę, na której wszyscy są pod ręką i wszystko widać. Aktorzy, którzy jakiś czas temu się rozstali, ciągle ze sobą rozmawiają. Młodzi reżyserzy machają do swoich dystrybutorów, po sali krążą ubrani na czarno panowie, którzy chętnie sfinansowaliby jakiś film. To na bankietach, ale w sklepach, takich zwyczajnych, na przykład z ubraniami, to samo – gwiazdy są w naszym zasięgu. Opowiada znajoma o swoich zakupach. Wchodzi do jednego sklepu, a tam gwiazda, wchodzi więc do drugiego, a tam kolejna, w trzecim jeszcze lepiej – znany reżyser stoi przed przymierzalnią, z której wyłania się po chwili jego partnerka, też ze świata mediów. Z innej strony: wchodzę na film do kina, przede mną idzie legenda, autor chyba najsłynniejszych polskich komedii. Przed wejściem pan bramkarz rzuca w stronę reżysera: a pan skąd? I dla równowagi: młody adept reżyserii podchodzi do swojego wykładowcy i pyta, jak się nazywa. Młody reżyser teatralny, ale przede wszystkim filmowy, mówi swoje nazwisko, na co słyszy: a, to pan jest asystentem Krystiana Lupy. No nie. Pudło.

W międzyczasie, albo już po tych wszystkich sytuacjach, znajoma dziennikarka prosi, żebym odpowiedział do kamery na dwa pytania: 1. „Czy udała się rewolucja?”; 2. „Czy potrzebny jest festiwal polskich filmów, czy kino polskie powinno być polskie?”. Z pamięci odtwarzam swoje odpowiedzi, choć może być tak, że teraz piszę coś zupełnie innego.
Ad. 1: Żadnej rewolucji nie było, skrócenie konkursu do mniejszej liczby filmów, umówmy się, nie jest czymś tak niezwykłym, tak niecodziennym, żeby trzeba było jakoś się na nowo definiować i odnajdować się w nowym świecie. A tak poza tym: dobrze, że tak się stało, w tym roku wreszcie nie było wstydu. 12 filmów i żadnej kompromitacji. W każdym coś jest, czegoś można się złapać i to nie jest ten kadr: tonący-woda-brzytwa.

Ad. 2: Tak, kino polskie powinno być polskie (na marginesie: dziwne pytanie, czy w takiej Francji w ogóle ktoś by je sformułował w podobnym stylu?), dlaczego mamy tracić szansę, by obcować tylko z naszymi gwiazdami, tylko z naszym językiem, tylko z naszymi problemami. Wszystko i wszyscy na wyciągnięcie ręki. To zamknięcie oczywiście na dłuższą metę skończyłoby się nie do wytrzymania zaduchem, no ale pięć dni można spokojnie wytrzymać. Zresztą w masie wychodzą ciekawe rzeczy. Na przykład to, że kino polskie jest ciągle chyba kinem aktorów. Niektórzy w Gdyni wręcz nie schodzą z ekranu, każdy do swojego filmu zabiera siebie z poprzednich obrazów. Gdy tylko pojawia się na ekranie Roma Gąsiorowska, z miejsca wszystko wiadomo. Nie ma znaczenia, czy gra akurat w filmie o internecie, zakonie czy macierzyństwie. Ciągle te same gesty: zdziecinnienie, lekkomyślność, egzaltacja. Ciągle ta sama postać, nawet już nie postać, tylko Roma Gąsiorowska. Podobnie jest z Marianem Dziędzielem. Świetny aktor, który przyjechał tu z czterema filmami („Kret”, „Róża”, „Wymyk”, „W imieniu diabła”). Patrząc na niego, nie ma się takiego wrażenia, jak przy Gąsiorowskiej, Dzędziel nie prezentuje siebie, ale tak czy inaczej za każdym razem jest sobą: twardym facetem, który niejedno już przeżył i całkiem sporo wie. Może właśnie to jest ten problem, że człowiek za blisko jest tego polskiego kina, za dobrze je zna, za dużo rzeczy widział, dlatego tak szybko wszystko mu się kojarzy. Widzi Pszoniaka, myśli: coś kombinuje, źle mu z oczu patrzy. Widzi Dorocińskiego, myśli: ten się nie podda, ten się nie splami. Widzi Szyca, myśli: ten jeszcze nie dojrzał. Widzi Radwan, myśli: w środku coś się gotuje. Widzi Popławską, myśli: dobra i mądra. Nic nie poradzę. Ale też nie narzekam za mocno, jakby się zastanowić, to chyba wszędzie tak jest.

Czy to znaczy, że Gdynia nie zaskakuje? Tak mocno to jakoś nie. W tym kontekście ciekawie pobrzmiewają toczące się na marginesie Konkursu debaty zorganizowane przez Restart, w którym różni rozmówcy zastanawiają się nad surrealizmem w polskim kinie i twórczością takich reżyserów, jak: Barański, Królikiewicz, Szulkin czy Żuławski. Może poza „Daas”, które jednak bardziej czerpie z twórczości Wojciecha Jerzego Hasa niż ze wspomnianej czwórki, i filmem „Italiani” Barczyka, bardziej zakorzenionego chyba jednak w teatrze niż w kinie, nie ma w tym roku w Gdyni rzeczy na tyle osobnych, odważnych, które skłaniałyby do tego, by można było powiedzieć, że pojawiła się jakaś indywidualność, jakiś rodzaj opowieści totalnie innej. Nie znaczy to jednak, że brak zaskoczeń trzeba od razu wiązać z brakiem dobrych filmów. Po zakończeniu wczorajszej projekcji „Róży” Wojtka Smarzowskiego ludzie byli tak poruszeni, że długo nie wstawali, a potem długo się do siebie nie odzywali. Ciszę przerwał znajomy, mówiąc: „tak powinno wyglądać polskie kino martyrologiczne”. Film Smarzowskiego, opowieść o AK-owcu, który bierze w opiekę i pod ochronę rodzinę Mazurów i równolegle opowieść o wstydliwych kartach z polskiej historii, tych ciągle nie opisanych, typowana jest powszechnie do głównej nagrody. Czy Smarzowski ją dostanie? Trudno powiedzieć, napięcie rośnie. Już wszyscy zapomnieli o zdaniu pewnego pianisty, które pada w „Wygranym” Wiesława Saniewskiego, i dość rozsądnie udowadnia, że jakiekolwiek konkursy, w których ocenia się sztukę, są w gruncie rzeczy bezzasadne. Jedno jest pewne: Saniewski nagrody nie dostanie, bo jego filmu nie ma nawet w Konkursie Głównym. I dobrze, bo nie jest to, niestety, świetne kino.

Obrazki z Gdyni8.06.2011

Relacja z festiwalu, pisanie o filmach, które i tak – miejmy nadzieję, bo ona umiera ostatnia – w końcu trafią do polskich kin. Pierwsze podsumowania dwa dni po starcie, na trzy dni przed końcem. Krótki maraton małych form, recenzje, aforyzmy na max. 500 znaków, byle by tylko jak najwięcej ich pomieścić w tekście, byle by było widać, że się jest. Konkurs główny. Wydać wyrok: dobrze zrobił Chaciński, czy jednak nie. Panoramy i panele: zająć stanowisko, opowiedzieć się za czymś, napisać, czy sprawdza się lansowana przez niektórych teza, że to, co poza Konkursem, będzie niewidoczne. Pamiętać o słowach Kundery: „Nie ma żadnej możliwości, by sprawdzić, która decyzja jest lepsza, bo nie istnieje możliwość porównywania. Człowiek przeżywa wszystko po raz pierwszy i bez przygotowania”. I jeszcze mieć w odwodzie słodzik – pudel-plotki. Kilka z brzegu: Doda w kinie; czerwony dywan, po którym najpierw przeszli goście, a potem burza; bankiet otwarcia, na którym przebrany za Oscara (dlaczego nie za Złotego Lwa?) mężczyzna obłapiał niektóre kobiety.

Jeszcze nie czuję, że już się zaczęło, a Naczelny już dzwoni, żeby pisać, żeby dać głos. Nie chcę szczekać, bo i nie ma na co. Jest nieźle, dobra pogoda, pyszne nudle, naleśniki pod beszamelem trochę gorsze, ale też w sumie nieźle. Jedna drzazga: reklam przed pokazami trochę za dużo, za każdym razem te piętnaście minut gapienia się w marki jest jednak męczące.

Tylko w Gdyni tak mam: pięć polskich filmów dziennie. Mówią po polsku, myślą po polsku, chodzą po polsku. Duchota, ćwiczenia z empatii, powracające pytanie po projekcji: i co myślisz? Za dużo Polski, narastające z dnia na dzień: nie pytaj o Polskę! A już na pewno nie o stan polskiego kina. Byłem ostatnio na debacie o tymże stanie (nie w Gdyni, trochę niżej na mapie). 12 osób na scenie. Rzucanie bumerangiem, magiczny krąg powracających zawsze i wszędzie problemów; problemów, poza które nikt nie potrafi wyjść, worek tych samych postulatów. Liczmy: brakuje kina środka, kina gatunków, producentów, promotorów, scenarzystów i namysłu. Coraz częściej rozmawia się u nas chyba o tym, jak nasze kino ma wyglądać, a rzadziej o tym, jakie jest.

Niby nie chcę być projektodawcą, ale kiedy oglądam „Lęk wysokości” Bartka Konopki, to zamiast historii syna, który próbuje pojednać się ze swoim odchodzącym od zmysłów ojcem, widzę: Grzegorza Królikiewicza, który ucieka przed polskim kinem w szaleństwo, a potem w góry. Krzysztof Stroiński, który gra u Konopki ojca, w pewnym momencie goli włosy na głowie i zostaje z wielką, siwą brodą – wtedy naprawdę wygląda jak reżyser „Na wylot”. Dorociński, który gra syna, syna, który jest dziennikarzem polskiej telewizji publicznej, w pewnym momencie traci głos – zetknięcie się z bezkompromisowością i szaleństwem ojca głos mu odbiera. Ostatecznie jednak to syn wygrywa, a ojciec umiera.

W Gdyni widzę na razie obrazki raczej niż całe filmy. Drapieżny ptak, który przysiada na roztrzaskanej głowie figury Matki Boskiej w „W imieniu Boga” Barbary Sass. Młoda Polka z „Ki” Leszka Dawida, która najpierw pyta się alpinisty (znowu góry), co to jest „ezbollah”, a potem przenosi się razem z widzem wprost do arabskiego miasteczka – tamtejszy kurz wypełnia cały ekran. Matka i żona z „Czarnego czwartku” Antoniego Krauzego, która nocą nie może usnąć, przewraca się z miejsca na miejsce, a w końcu mówi do męża: „ogarnia mnie mgła”; jakby wieszczyła gazy łzawiące, które będą za chwilę wypuszczać milicjanci na gdańskich robotników. Matka i syn z „Italiani” Barczyka. Jest ciepły dzień. Gdzieś we Włoszech. On leży na kamieniu. Ona podchodzi ze szlauchem, zaczyna go polewać. On irytuje się, wyrywa jej węża, by za chwilę skierować strumień wody wprost na jej łono. Za chwilę matka skoczy z wieży. Za chwilę Przemek, bokser z „Boksera” Tomasza Blachenki, odda córce swoją nerkę; na razie bije się z cieniem na warszawskiej ulicy, jest przez chwilę jak Rocky. Wymioty – jeden motyw, o którym pamięta się po wyjściu z „Jeża Jerzego”. I wreszcie największe zaskoczenie – rewelacyjny „Daas” Adriana Panka: dwóch mężczyzn (jeden – zawiedziony uczeń żydowskiego mesjasza, alchemik, twórca gumy; drugi – urzędnik cesarski, który przegrał z urzędem, prorokiem, stracił żonę) patrzących na statek, który kołysze się na falach. Jeden myśli o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych, drugi o Brazylii.

Ja na razie nie ruszam się z Gdyni. Czekam na nowe obrazy, niedługo kolejna relacja, potem podsumowanie, w którym wreszcie będzie coś na poważnie o filmach.