Przedbiegi

Przedbiegi

Jakub Socha

W „Nimfomance” w von Trierze odzywa się po raz kolejny licealny egzystencjalista, który nie może pogodzić się z faktem, że jesteśmy sami we wszechświecie, a wszystko jest jałowe i skończy się źle

Jeszcze 2 minuty czytania

Na razie przedbiegi. Rozgrzewanie stawów, rozciąganie mięśni, zestaw regularnie powtarzanych ćwiczeń. Kilka zdjęć, które pojawiają się w trakcie napisów końcowych do pierwszej części „Nimfomanki”, wyjętych z następnej części, którą w kinach będzie można oglądać pod koniec stycznia – mocniejszych, bardziej intensywnych i niejednoznacznych od tego, co już się zdążyło obejrzeć – sugeruje, że ta historia dopiero się zaczyna. Zaczyna się przez dwie godziny? Trochę długo. Może jednak wcale się nie zaczyna, może za kilkanaście dni zobaczymy coś zupełnie innego, inne otwarcie. Von Trier lubi zaskakiwać. Tym razem też zaskoczył – miało być porno, a nie ma. Niby obserwujemy sporo seksu, ale jakby przez grubą szybę. Nic nie swędzi, ani nie drapie, nie skraca się granica między wzrokiem a ekranem, jest taniec ciał, ale jakoś nie chce się ucieleśnić. Śmiech, którym odpowiada się na kolejne sceny, nie jest reakcją obronną przed obsceną, „mroczną stroną”, która przyciąga, tylko naturalnym odruchem na różnego typu skecze. Tak, wydaje się, że Duńczyk nakręcił komedię.

Zaczyna się ona jednak dość tajemniczo. Trzeba dobrą chwilę poczekać, aż się zacznie – czarna plansza, która przysłania ekran, uparcie nie chce ustąpić. Gdy wreszcie znika, odsłania nie świat, tylko jego zaplecze: ciemne, wąskie uliczki wciskają się między tylne części zabudowy z czerwonej cegły. Jest noc i śnieg z deszczem, pada tak, jakby nie mogło się na dobre ani zacząć, ani skończyć. Krople ospale odbijają się od blach i eternitu, gdzieś w tle słychać wiadro wyciągane ze studni, uliczne lampy świecą tak, że w ogóle nie chce się wychodzić się z domu. Ogólna martwota. Na małym, wilgotnym placyku leży kobieta; ona też się nie rusza. I wtedy rozlega się sygnał – wchodzą ostre, wściekłe dźwięki gitar zespołu Rammstein. Świetna scena.  

W końcu pojawia się starszy facet i podnosi ją z ziemi. Potem zabiera ją do siebie do domu, kładzie do łóżka, pod ciepłą kołdrę, robi jej herbatę z mlekiem. Facet nazywa się Seligman i wygląda jak zubożały inteligent z dawanego bloku wschodniego. Ona ma na imię Joe i jest cała poobijana. Pytanie o to, skąd sińce, rodzi opowieść, której bohaterką jest kobieta o ponadprzeciętnym popędzie seksualnym. Pierwsze doświadczenia z waginą, pierwszy seks, pierwsze przygody i ekscesy. Joe wprowadza na scenę poboczne postaci, eksponuje swoją mroczną stronę, ale Seligman nie widzi w niej mroku. Zamiast potępiać, idzie w dygresje – zaczyna od wędkarstwa, a kończy na Bachu. Dygresje przesuwają punkt ciężkości, kwestionują wykładnię głównej bohaterki, która widzi w sobie tylko zło i grzech. W sceny z życia Joe, najpierw młodziutkiej, potem trochę starszej, wchodzą ujęcia z filmów przyrodniczych, edukacyjnych i kronik filmowych. Pojawiają się: wędka spinningowa, organy kościelne, drapieżniki w klatkach, stare ryciny, Związek Radziecki. Von Trier bawi się w ciągi skojarzeń, z premedytacją rozstraja rejestry. Historię Joe, którą bohaterka opowiada w tym samym tonie, on prawie za każdym razem opowiada inaczej. Jedna scena wygląda jak pyszna satyra mieszczańska, druga przypomina pastelowe kino inicjacyjne, trzecia wydaje się być nakręcona w konwencji naturalistycznej, choć z odwołaniem do filmów grozy.

Obiektem zabawy Duńczyka są także stereotypy i klisze. Najpierw pada w filmie sformułowanie, że miłość to nic więcej, jak pożądanie plus zazdrość. Potem jednak ktoś mówi, że tak naprawdę dopiero miłość pozwala poczuć, czym może być seks. I tak to się ciągnie. Pierwsze rozpoznania podważają drugie, drugie naśmiewają się z tych trzecich. Obraz węża, który zjada własny ogon, mógłby dla kogoś być straszny; języki, które nawzajem się znoszą, mogłyby dla kogoś być czymś, co budzi niepokój, ale i wzmaga fascynację – jednak nie dla von Triera. Tak samo zresztą, jak seks i perwersja. „Nimfomanka” zawieszona jest w dziwnym bezczasie, w dziwnej przestrzeni, wygląda trochę jak narysowane kredą miasteczko z „Dogville” i dlatego ostatnie, co można o tym filmie powiedzieć, to że pokazuje, jak cywilizacja tłamsi naszą seksualność. Nie sprawdza się on również jako narracja o iluzjach rewolucji seksualnej ani o tym, skąd biorą się „perwersyjne skłonności”. Von Trier przedrzeźnia figurę zimnej matki i dobrego ojca, jakby już na początku chciał powiedzieć, że szukanie wśród korzeni jest mało sensowne.

„Nimfomanka – Cześć I”, reż. Lars von Trier.
Dania, Niemcy, WIelka Brytania 2013,
w kinach od 10 stycznia 2014 
Perwersja w ogóle nie jest tu problemem, wydaje się, że w świecie von Triera, w którym już zniesione zostały różnice, każdy może bawić się tak, jak chce. Seks perwersyjny interesuje autora „Melancholii” o tyle, że jest w nim dziwny rodzaj uporządkowania i praktycznie brak w nim emocji. Taki seks jest dla niego synonimem życia na ziemi, jego życia, bo przecież o nie tu chodzi. W von Trierze odzywa się po raz kolejny licealny egzystencjalista, który ciągle nie może pogodzić się z faktem, że jesteśmy sami we wszechświecie, a wszystko jest jałowe i skończy się źle. Ta rozpacz przebija przez „Nimfomankę”, która odwraca się od większości opowieści o problemach z seksem, bo ich sednem – jak słusznie zauważyła Linda Williams – jest myśl, że na tego typu problemy najlepszy jest właśnie seks. Tu problemem jest kosmos.

Ego von Triera ostatecznie przysłania niestety historię Joe, kobiety, która „wiedzę o swoim ciele zdobyła trochę za wcześnie lub trochę za późno”. „Nimfomanka”, która jest lawiną lepszych i gorszych pomysłów, czymś niemalże na kształt sylwy reżysera, a może raczej mozaiki, jest miejscami filmem intrygującym, ale ostatecznie przeciążonym i chłodnym, tak jakby reżyser w swoim zbolałym sercu nie znalazł emocji i energii, by przejąć się emocjami swojej bohaterki (lub ich brakiem).