„Kret”, reż. Rafael Lewandowski

Jakub Socha

„Kret” to humanistyczne kino historyczne, które nikomu nie chce się narazić i nie mówi tak naprawdę nic ciekawego o dzisiejszej Polsce. Z założenia konformistyczne, próbuje podsycać zastępcze konflikty

Jeszcze 1 minuta czytania


Plakat jak do filmu akcji, trochę podobny do plakatu „Tożsamości Bourne'a”: ubrany w porządny garnitur Borys Szyc biegnie przed siebie, patrzy w prawo, za nim twarz Marina Dziędziela zwrócona na lewo. Starszy aktor spogląda jednak też w prawo. Co jest po prawej, co tak przyciąga? Historia pisana przez byłych komunistów: niesprawiedliwa, krzywdząca, kłamliwa. Sedno kłopotów.

 

W „Krecie” Rafaela Lewandowskiego nie ma zbyt wiele sensacji, a pościg jest dokładnie jeden. Mamy za to dużo dramatycznych rozmów i dwóch bohaterów: Zygmunta i Pawła (ojca i syna). Ten pierwszy był kiedyś jednym z przywódców demokratycznej opozycji, ten drugi – dobrze zapowiadającym się piłkarzem ręcznym.

 

Zygmunt nie patrzy wstecz. Nie interesują go kolejne odsłony ciągnących się w nieskończoność procesów przeciw byłym esbekom. Nie czyta do snu swoich akt z IPN-u. Nie rozdrapuje z trudem zagojonych ran. Paweł jest w tej kwestii podobny do ojca. Nie budzi się każdego dnia i nie myśli, co by było, gdyby nie „gruba kreska”. Nie uczy się na pamięć „Wieszania”. Nie kupuje codziennie trzech egzemplarzy „Gazety Polskiej”.

 

Obydwaj koncentrują się na teraźniejszości. W nowej Polsce pracują na własny rachunek. Prowadzą wspólny biznes, zajmują się dostarczaniem towaru do sklepów z używaną odzieżą. Dni spędzają w drodze. Wiecznie między Francją a Polską: w niedogrzanej kabinie, śmierdzących spalonym tłuszczem barach przydrożnych, na stacjach benzynowych. Nie o taką Polskę Zygmunt walczył, ale nie narzeka. Ma wnuka, którym się cieszy, synową, która go kocha i syna, wpatrzonego w niego jak w obrazek. Paweł wydaje się mniej zadowolony od ojca: denerwują go ciągłe wyjazdy, brak własnego kąta; myśli o wyjeździe za granicę. I może właśnie dlatego, gdy tylko pojawiają się na horyzoncie zmory pamięci, z łatwością się w nie zanurza.

 

To mógłby być dobry temat, ciekawe odwrócenie: teraźniejszość jako balast, teraźniejszość paraliżująca człowieka, pozbawiająca go sił witalnych; i przeszłość jako enklawa wolności, rzeczywistość na tyle nieskomplikowana, że nadaje się do przeżywania. Lewandowski w ogóle nie zbacza w tę stronę. Nie ma w nim nawet odrobiny przekory, którą miał chociażby Rafał Kapeliński, gdy wkładał w usta bohaterki filmu „Konfident” – żony tytułowego konfidenta, który nie mógł spać po nocach z racji tego, że znalazł się na „liście Wildsteina” – słowa: „Weź ty się tym wszystkim tak bardzo nie przejmuj”.

 

Lewandowski niestety się przejmuje, dodatkowo współczuje, niuansuje, i jeszcze próbuje być sprawiedliwy. „Ludzie ludziom”, „człowiek człowiekowi”, w ten deseń. W wiadomościach pojawia się informacja, że Zygmunt był konfidentem. Skandal na mieście. Ludzie plują, płaczą, złorzeczą. Oskarżony ucieka przed wrzaskiem za granicę, wprost w objęcia polonusów, wierzących święcie, że Polską nadal rządzą czerwoni. Syn stara się rozwikłać zagadkę, szybo popada w obsesję. Jeszcze jeden element do wzorowego obrazka: na horyzoncie pojawia się Wojciech Pszoniak, który w polskim kinie ostatnio symbolizuje urok wszeteczny tudzież szatana. W „Krecie” oczywiście gra agenta, wikłającego w zabójczą grę bogu ducha winnego byłego szczypiornistę.

„Kret”, reż. Rafael Lewandowski.
Polska 2011. W kinach od 5 sierpnia 2011
To dziwny film, dziwnie płaski. Nie trzeba wykonywać praktycznie żadnej pracy, nie trzeba kopać dołów, by odsłonić mechanizm poruszający światem. Wszyscy mielą te traumy od lat, wszystko już dawno jest na wierzchu. Lewandowski to zdolny filmowiec – dużo widzi, umie budować dramaturgię, radzi sobie z aktorami – ale za grzeczny. Nasłuchał się stróżów moralności, ich opowieści o świecie nieprzedstawionym, o tym, że „są rachunki krzywd”, naczytał się szlachetnych poetów, którzy pisali: „Jesteśmy mimo wszystko/ stróżami naszych braci/ niewiedza o zaginionych/ podważa realność świata/ wtrąca w piekło pozorów/ diabelską sieć dialektyki/ głoszącej że nie ma różnicy/ między substancją a widmem(…)”. Efektem jest humanistyczne kino historyczne, które nikomu nie chce się narazić, i nie mówi tak naprawdę nic ciekawego o dzisiejszej Polsce. Z założenia konformistyczne, próbuje podsycać zastępcze konflikty.

Może warto zmienić lektury, na przykład na takie: „Trzeba zatrzasnąć drzwiczki z tektury i otworzyć okno,/ otworzyć okno i przewietrzyć pokój./ Zawsze się udawało, ale teraz się nie/ udaje. Jedyny przypadek,/ kiedy po wierszach/ pozostaje smród.// Poezja niewolników żywi się ideą,/ idee to wodniste substytuty krwi.” I zapytać siebie, jaki obraz więcej mówi o dzisiejszej Polsce: były opozycjonista, który dorabia do emerytury, handlując z Francuzami używaną odzieżą, czy młody chłopak, który najbardziej ze wszystkiego martwi się o to, czy jego ojciec nie współpracował z SB.