Szynka wyborcza

Jakub Socha

Autor „Cyrku polskiego” ślizga się po powierzchni. Kręci się wokół PR-owców, gapiów, lokalnych polityków. Tu zamieni słowo z wójtem, tu z panią z koła gospodyń wiejskich, tu z chłopakiem, który nie lubi wsi. Młodego reportera wyraźnie ściąga w stronę Charliego LeDuffa, autora „Detroit” i „Shitshow!”

Szynka wyborcza

Jeszcze 3 minuty czytania

Szynka wyborcza

Po przeczytaniu zapowiedzi wydawniczej koleżanka z redakcji zastanawiała się głośno, czy to nie jest aby polska odpowiedź na „Obcego we własnym kraju” Arlie Russell Hochschild. Mnie jednak przyciągnęło coś innego – informacja, że w książce „Cyrk polski” Dawida Krawczyka pojawia się Stalowa Wola, miasto nierzadko mylone z Żelazową Wolą, gdzie urodził się Fryderyk Szopen. W Stalowej urodził się Maciej Zakościelny. Powstała w międzywojniu, w ramach budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego. To tu do szkoły chodzili Omar Sangare i Elżbieta Jaworowicz, a Maciej Szczęsny złamał szczękę stalowowolskiemu kibicowi po tym, jak ten wbiegł na murawę i rzucił się na warszawskiego bramkarza, żeby uczcić zwycięstwo Stalówki nad Legią 1:0 po bramce z rzutu karnego strzelonej przez Mieczysława Ożóga. Skąd to wiem? Byłem z ojcem na tym meczu – Stalowa Wola to moje rodzinne miasto. Tego miasta gomułkowskich bloków, poprzetykanych przykładami architektury art déco, ze szkaradną, gargantuiczną rzeźbą Patrioty na rondzie, pilnowanym przez krzyż ze stali nierdzewnej, z Muzeum Regionalnym, gdzie jedną z pierwszych wystaw była wystawa Andy’ego Warhola, z upadłą hutą, nową trybuną na stadionie miejskim, tego miasta w książce Krawczyka nie ma. Jest jego prezydent, ale i on pojawia się w formie wycinanki, jako facet z loczkami, młoda gwiazdka PiS, który zaprasza do siebie kolegów z Warszawy, bije im pokłony, chociaż ci przekręcają jego nazwisko.

Dawid Krawczyk, „Cyrk polski”. Czarne, 240 stron, w księgarniach od lutego 2021

Krawczyk przyjeżdża do Stalowej Woli dwa razy, dokładnie wtedy, kiedy przyjeżdżają tu politycy PiS w trakcie dwóch kampanii – tej do parlamentu, i tej prezydenckiej. Łapie jeden obrazek z daleka, drugi obrazek, ucina sobie pogawędkę z panem, który przyszedł zobaczyć polityków, rzuca okiem na scenę, gdzie stoją politycy, przepisuje do notesiku pięć zasłyszanych zdań – jeden slogan, jedna złota myśl, jeden fragment przemówienia, jeden fragment z programu wyborczego, jedno marzenie – w międzyczasie podjada kilka pierożków. Potem rusza dalej, na kolejne spotkanie wyborcze w innej wiosce, miasteczku, połączone czasami z dożynkami, a czasami nie. Zachowuje się w gruncie rzeczy tak samo jak politycy. Imituje ich grę. Jest to ten rodzaj gry, w której politycy jadą na prowincję w zasadzie tylko po to, żeby sztabowcy cyknęli im fotkę, jak kupują od staruszka jabłko z bagażnika starego sedana. Tę samą fotę cyka też reporter, żeby chwilę później całe zajście opisać. Tom i Jerry, jeden drugiego napędza. Dobrze to widać w tym fragmencie, gdy Krawczyk opisuje, jak to Robert Biedroń odwiedził kamienicę w Kazimierzu Górniczym, gdzie mieszkał kiedyś Leon Kruczkowski. Biedroń oczywiście zagaduje mieszkańców o Kruczkowskiego, Krawczyk, zanim zrelacjonuje to zapytanie, chwilę wcześniej oznajmia czytelnikowi, że właśnie znalazł się w kamienicy, w której mieszkał kiedyś Kruczkowski. Kto tu kogo tak naprawdę goni, kto jest myszą, a kto kotem, trudno powiedzieć. Reporter ma jednak o tyle łatwiej, że nie czai się na niego niebezpieczeństwo zostania memem. A na polityka, który w jednym momencie musi rozstrzygnąć, czy spełnić prośbę potencjalnego wyborcy i założyć na głowę maskę gazową, czy też raczej go spławić, owszem.

Krawczyk porusza się po Polsce z przymkniętymi oczami, jak inaczej można nazwać reportera, który opisuje jakieś miasteczko, porównując je z opisem tego miasteczka z Wikipedii? Jak inaczej nazwać reportera w podróży, który patrzy przez okno i widzi tylko taki obrazek: „Na poboczach można kupić seks i jagody – przy zjazdach do lasu stoją na zmianę pracownice seksualne i kobieciny z fioletowymi słoikami”. Tak to idzie, kobieciny, wariaci, źle ubrane gospodynie, spoceni faceci i ci, którzy mówią gwarą, popełniają błędy językowe, co autor „Cyrku polskiego” lubi im delikatnie wytykać. Sam „Cyrk polski” opowiadany jest w popularnej, ogranej poetyce „Och, czego tu nie ma”, gdzie po tym właśnie zdaniu następuje wyliczanka dziwności i sprzeczności. Ale te dziwności i sprzeczności nie są na tyle intensywne, żeby choć przez chwilę uwierzyć, że oto jedziemy na harleyu z nadwiślańskim Hunterem S. Thompsonem i zaraz skosztujemy polskiego gonzo. W jednym z rozdziałów Krawczyk relacjonuje spotkanie ze strażakiem, któremu pomógł zawiązać krawat. Reporter z Warszawy chce się dowiedzieć od strażaka, dla kogo tak się stroi – dla premiera czy prezesa? Gdy słyszy, że dla żadnego z nich, że po prostu gdyby nie miał krawata, komendant by go zbeształ, całej sprawy nie ciągnie. Gdy z kolei trafia na Monikę i Rafała, którzy opowiadają mu, że wiedzę o świecie czerpią na zmianę z OKO.press i telewizji internetowej Marcina Roli, gdzie mówi się dużo dobrego o nacjonalistach i niemało o teoriach spiskowych, informacja ta w zasadzie domyka mu obrazek tej dwójki. Lekturze „Cyrku polskiego” cały czas towarzyszy wrażenie, że kolejni bohaterowie znikają ze sceny w momencie, gdy tak naprawdę powinna zacząć się rozmowa; taka rozmowa, jaką podjęła w „Obcym we własnym kraju” Hochshild, pani profesor z dużego miasta, której wydawało się, że wszystko wie, i która zadała sobie trud, żeby zbadać, czy aby na pewno. Poświęciła jednak swoim rozmówcom, wyborcom Trumpa, nie dwie minuty w przelocie, a wiele dni. I okazało się, że sprawy nie są takie proste, ludzie trochę bardziej skomplikowani, a ich poglądy, jeśli nawet pełne błędów logicznych i sprzeczności, nie są dowodem na ich bezdenną głupotę.

Krawczyk ślizga się po powierzchni. Kręci się wokół PR-owców, gapiów, lokalnych polityków. Tu zamieni słowo z wójtem, tu z panią z koła gospodyń wiejskich, tu z chłopakiem, który nie lubi wsi. Rozmawia z tymi, którzy lepią pierogi, z tymi, którzy pilnują wałów powodziowych, i tymi, którzy biorą udział w strajkach przedsiębiorców. Młodego reportera wyraźnie ściąga w stronę Charliego LeDuffa, autora „Detroit” i „Shitshow!”, który w swoich książkach opisuje amerykański cyrk. Ale jego cyrk jest prawdziwym cyrkiem, pełnym niecodziennych oryginałów – przegrywów, bohaterów, odszczepieńców, straceńców, bandytów. No i ten cyrk jest tylko punktem wyjścia. LeDuff za każdym razem zadaje pytanie: jak się tu znaleźliśmy? Jego książki to w końcu opowieść o zdradzie klasy robotniczej, skowyt rozpaczy, podszyty sardonicznym humorem. Mięsisty, dosadny język, bohaterowie, których trudno sobie wyobrazić. I podkreślane na każdym kroku – ja jestem stąd, jestem częścią tego cyrku, zależy mi. Krawczyk tymczasem patrzy na wszystko z bezpiecznego dystansu. Jego bohaterowie to w zasadzie ci, którzy nawinęli mu się pod rękę. Relacja podana jest w gazetowym stylu, do którego zakradło się kilka popkulturowych porównań, gdzieniegdzie przekleństwo albo kolokwializm, okraszona niekiedy zabawną anegdotą – moją ulubioną jest ta, w której autor opisuje, jak to w trakcie imprezy na wsi z udziałem polityków oddawał się tańcu i uderzył głową w szynkę powieszoną pod sufitem i jak to z tego zdarzenia zarówno głowa, jak i szynka wyszły cało. W dużej mierze jednak, czytając „Cyrk polski”, w zasadzie wiadomo, jak dana scena, sytuacja, zdarzenie się potoczy. Gdy Krawczyk opisuje trzech tenorów lewicy na wiecu, to oczywistym jest, że Czarzasty będzie gadał ze starszymi wyborcami, Biedroń z klasą średnią, a Zandberg z lokalnym intelektualistą łamanym na ekscentryk, więc po co to wałkować i udawać, że opisuje się jakieś nikomu nieznane sprawy? Odkryciem nie jest też to, że Lechowi Wałęsie często odpinają się wrotki ani to, że Małgorzata Kidawa-Błońska naprawdę się starała. Jesteśmy w zupie medialnej. Niejeden talerz tej zupy już zdążyliśmy zjeść, Krawczyk serwuje dolewkę, chociaż każdy chyba o tych wszystkich faktach medialnych – skandalach ze środkowym palcem posłanki, robieniem z samolotów taksówek dla marszałka i jego rodziny – chciałby już nie pamiętać. Niech sobie leżą w starych gazetach, kiedyś, za sto lat jakiś uparty historyk pewnie do nich zajrzy, ale czy czegoś się z nich dowie? Chyba tylko tego, jak wyglądała w Polsce w drugiej dekadzie XXI wieku rzeczywistość medialna.

Książka nieprzypadkowo zaczyna się od sceny, w której Krawczyk, zniechęcony kolejnym wypadem reporterskim, w trakcie którego nikt nie chciał z nim rozmawiać, ogląda w małym pokoiku debatę w programie „Studio Polska”, nadawanym w TVP Info. To, co widzi na ekranie, reportera zniewala na tyle mocno, że postanawia udać się do telewizji i zasiąść wśród publiczności. Gdy już zasiada, dostrzega to, co można się spodziewać, że dostrzeże – trochę pokręconych ludzi, trochę ludzi skrzywdzonych, i trochę znudzonych. Nie mogę rozgryźć tej zagadki, czemu przegrana w kontakcie z rzeczywistością przywiodła go do wizyty na Woronicza. Czyżby chodziło o to, że ludzie nie chcą gadać z Krawczykiem, bo oglądają TVP Info? Ktoś tam ją pewnie ogląda, ale czy naprawdę żyjemy w książce Baudrillarda, a Legoland zbudowany przez prezesa Jacka Kurskiego zadał szacha i mata polskiemu reportażyście? Zanim zdążymy postawić to pytanie, wypad do telewizora płynnie przechodzi w raport dziennikarski z trzech kampanii wyborczych. Kampanii, podczas których dziennikarze stoją stłoczeni na zewnątrz budynku, gdzie odbywa się polityczny mityng, albo siedzą przed telewizorem w małym kantorku na jego zapleczu. Odcięci od prawdziwych informacji, produkują newsy z przymusu, w potwornym znudzeniu, tylko dlatego, że jakaś redakcja tak chciała; latają z miejsca na miejsce, chociaż uważają, że jedno od drugiego niczym się nie różni, są zbyt zmęczeni, żeby te różnice dostrzec. To z kolei prowadzi do jeszcze innej książki o współczesnej Ameryce – „Nienawiść sp. z o.o.” Matta Taibbiego. Taibbi opisuje w niej, jak współczesne media, nastawione na sensację, powierzchowne, żywiące się memami i katastrofą, szczujące na siebie dwie strony, robiące z dziennikarzy tresowane małpki, przyczyniły się do kryzysu. W Polsce jest podobnie, i Krawczyk poniekąd opisuje ten stan, w którym wszyscy kręcą się dookoła w jakimś chocholim tańcu. Chciałoby się powiedzieć, że reporter to jednak nie to samo co dziennikarz, a książka to nie to samo co gazeta, no i właśnie to mówię. W tym samym momencie odbija mi się po głowie pomarańczowa piłeczka pingpongowa, jedno zdanie z wywiadu z Krawczykiem, w którym mówi on: „Cóż, ja nie mam backgroundu klasowego, który pozwoliłby mi poświęcić się przez kilka lat wyłącznie pisaniu książki i trzaskaniu pogłębionych wywiadów z każdym polskim wyborcą”, i nie chce się zatrzymać.